sobota, 31 grudnia 2011

12. (175)

Rok 2011 za kilka godzin się skończy. To chyba jest odpowiedni moment, by podsumować cały rok na blogu. Z tego miejsca dziękuję wszystkim, WSZYSTKIM, którzy poświęcali swój cenny czas na czytanie moich wpisów, okraszonych amatorskimi próbami przekazywania informacji literacko, pod postacią przenośni i epitetów. Przeglądając archiwum, widzę, jak bardzo doskonalę swój niszowy i niedopracowany styl pisania, widzę, jak poprzez kolejne dziesiątki postów przechodzi zmiana, na lepsze, jak moje słowa przestają być tylko zbiorowiskiem niepoukładanych myśli, ale czymś... czymś wartościowym, jak wspomnienia. Cieszę się z tych trzech tysięcy osiemset osiemdziesięciu dwóch wyświetleń, cieszę się z każdego komentarza, z każdego nowego obserwatora. Jest ich już piętnastu. 175 wpisów, licząc z tym. Kto by pomyślał... Aż 175 razy siadałam przed komputerem, mając przed oczami puste okienko bloggera, 175 razy przelewałam tu samą siebie. 175 razy usuwałam raz po raz jakieś zdania, karcąc się w myślach, że za bardzo odbiegam od tematu. 175 razy pozwalałam, by serce mną dyrygowało. Chcę, by następny rok, 2012, był zarówno dla mnie, jak i dla was, Wiernych Czytelników, owocny w dobro. I w prawdę. Prawda jest czymś, co definiuje miłość, przyjaźń i wszelkie wartości. Zachęcam, nie bójcie się komentować.Jeśli lubicie sprawiać, że człowiek potem uśmiecha się do siebie przez 15 minut, to śmiało. Dla mnie to więcej, niż parę liter.Dla mnie to pewnego rodzaju odznaka. Docenienie mojej pracy. Chcę także wymienić nazwy blogów niektórych z moich obserwatorów, tych, co je posiadają. Są to:
http://soundnessofmind.blogspot.com/
http://kochamciedwaczterynadobe.blogspot.com/
http://myslaislowem.blogspot.com/
http://niepoprawnaegoistka.blogspot.com/
http://artbypeyton.blogspot.com/
- http://iwantateardrophitting.blogspot.com/ (tu szczególne podziękowania, naprawdę, Magda, zasługujesz na wyróżnienie)
http://mokasyny.blogspot.com/
http://let-it-fall.blogspot.com/
http://maartyskaa.blogspot.com/.

Dziękuję raz jeszcze!

piątek, 30 grudnia 2011

11. (174)

To chyba dobry czas na zmiany. Nie tylko te związane z wprowadzeniem porządku w życie, ale także te wewnętrzne, głębokie i istotniejsze od całej reszty. Czas rozciąć sznury trzymające przywiązaną do mnie tabliczkę z napisem "Uwaga, mam problemy i nie umiem odsunąć ich na drugi plan". Trzeba to skończyć. Zaufanie musi znać granice, musi wiedzieć, kiedy zaczyna być czymś chorym, czymś zbyt łatwym. Nie mogę oczekiwać od świata zrozumienia. Świat nie jest mną, a ja - nie światem. To ze sobą nie gra. I choć przeciwieństwa się przyciągają, to nie tym razem, nie teraz. W życiu nie warto posługiwać się definicjami, wyjątków jest więcej niż reguł. To mi, niestety, nie służy. Naiwność mnie niszczy. Jest wadą równie upierdliwą jak wrażliwość. Jednak to nie to jest najgorsze. Znacznie bardziej nużącym faktem jest to, że, podczas gdy nadwrażliwość wrzyna mi się w skórę i miota mieczami porażek, ja nawet nie próbuję się bronić. Nie daję z siebie ni krzty siły, zakładając, że jej po prostu nie mam. Głosów sprzeciwu słyszę mnóstwo. Ale to mój jest najgłośniejszy i dla mnie najważniejszy - to chyba zasadnicza cecha egoizmu. Być może tylko jakiś anioł potrafi mnie nawrócić i pokazać mi zalety istnienia. A może to także za mało. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo...
Czekam z wielką niecierpliwością na moment, gdy, spojrzawszy na ekran telefonu, ujrzę piękną cyfrę 2012. To dla mnie symbol grubej krechy pod tym, co za mną. Ostatnie miesiące sprawiły, że coś we mnie umarło. Coś przestało istnieć. Coś zostawiło mnie uboższą. Wiem, nie zmyję z siebie blizn, które pozostawił los. Trzeba to zakończyć, przerwać, zdecydowanie się sprzeciwić. Trzeba zacząć nowy rozdział. Po raz nasty, ale jednak z większą wiarą i świadomością. Świadomością, jak wiele zła wyrządziłam i nadzieją, że mogę choć spróbować je naprawić. I jak wiem, co będzie, gdy schowa mnie ciemność. Wiem, bo nie raz czuwałam z ciszą przerywaną cichym pochlipywaniem i drażniącym bólem. Różnica będzie jednak zasadnicza - świat się o tym nie dowie. Światu, ludziom i Bogu podoba się uśmiech. I będzie. Będzie. Z zaciskaniem dłoni, aż palce pobieleją, z odwracaniem głowy, by ukryć łzy, z uciekaniem wzrokiem. Ale będzie. My, ludzie, nie wdajemy się w szczegóły. Nie czytamy instrukcji obsługi, nie zerkamy na naklejki opakowań. My, ludzie, wszystko wiemy najlepiej, wszystko umiemy, prócz życia.


Jeśli umrzesz, zanim umrzesz,
to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

czwartek, 29 grudnia 2011

10. (173)

Miałam swoją szansę. Nie jedną, nie dwie, a kilkadziesiąt. Miałam wiele szans. Straciłam je. Stojąc na linii startu, nie raz słyszałam strzał pistoletu i głos krzyczący "Start!". A jednak nie biegłam, patrzyłam na okazje śmigające mi przed oczami. Jak idiotka czekałam, aż ktoś przyjdzie, weźmie mnie za rączkę, poprowadzi i jeszcze wytłumaczy, co powinnam powiedzieć. Czekałam, aż to meta przyjdzie do mnie, zamiast po prostu zacząć działać i dążyć do celu. Czekałam, choć podświadomość wrzeszczała na mnie, wykrzykiwała konsekwencje zwlekania, które przewidywała, a które dzieją się właśnie teraz. W gruncie rzeczy nie powinnam być nawet zaskoczona. Pesymizm płynący w mojej krwi od razu ukierunkował mnie na porażkę. Byłam świadoma zakończenia, spodziewałam się bólu. Nie powinnam zbytnio cierpieć. A więc dlaczego...? Skąd to uczucie, skąd to... rozczarowanie? Pieprzona nadziejo, mogłabyś choć raz umrzeć! Mogłabyś odejść, zabrać za sobą wyobrażenia o szczęściu i wszelkie niepoprawne motywacje. Rozeszłoby się po kościach to, co teraz zakrząta mi głowę. Dziś ci się, głupia nadziejo, sprzeciwię. Usunę się w cień. Zniknę. Przestanę się narzucać i ufać przeznaczeniu. Wiem, że to nie będę ja. Ale tak trzeba. Jedyny i najlepszy sposób na ukrywanie uczuć to  powtarzanie sobie, że jest okey, idealnie okey, zajebiście okey, tak, kurwa, okey, że wcale nie okey, cudnie okey. Wiem, to jak picie kranówy w butelce z napisem "Krystaliczna woda termalna z Alp". Ale wiara podobno czyni cuda. Ja będę wierzyć, że uda mi się grać, że uda mi się zaprzyjaźnić z ignorancją, że to wszystko przykryje się warstwą kurzu i niedopowiedzeń aż do chwili, gdy nikt, prócz mnie, nie będzie o tym pamiętał. Nie mogę teraz kierować się sercem, bo ono się rwie, wali w płuco, pompuje krew z szaleńczą siłą. Ono jest głupie. Ono chyba zapomniało, jak potem jest ciężko. Z natury swojej znów wszystko legnie w gruzach. Znowu się nie uda, ale to przecież nie jest najgorsze. Najgorsza jest ta świadomość, już po fakcie, że miało się tyle szans, tyle genialnych okazji, tyle możliwości aby wznieść ten budynek, aby znaleźć jakiś fundament dla dwojga dusz, a się to zaprzepaściło. Tak, poddaję się. Choć, w gruncie rzeczy, ktoś kiedyś powiedział mi, że w nie których sytuacjach jedyne, co mogę zrobić, to nic. Właśnie taką taktykę chcę przyjąć. Chcę nie robić nic tylko cierpieć, chcę czekać i nurzać się w bezczynności. Nikt nie mówi, że to będzie proste. Ale to próba. I, tym razem, nie ode mnie zależy, czy uda mi się ją przetrwać i wyjść z niej cało, bez nowych blizn na duszy.
A nadzieja? Ona będzie zawsze, czy tego chcę, czy nie. Ona nie potrafi umrzeć. Chyba, że ja umrę. Nadzieja jest jednym z naszych organów. Takim, który wylezie z każdej choroby. Takim, co daje nam więcej, niż serce, pompujące krew dla naszego istnienia. Bez nadziei to nie ma większego sensu. Bez nadziei nic nie ma.
Nic.


Jeżeli jeszcze nie wiesz,
to ci powiem:
nie ma szczęścia.
Nie ma.

wtorek, 27 grudnia 2011

9. (172)

Chcę cierpieć z miłości. Chcę cierpieć właśnie w taki sposób. Chcę cierpieć ze świadomością, że mam szczęście na wyciągnięcie ręki. Chcę cierpieć właśnie tak, bo to najlżejszy z wszystkich rodzai cierpienia. Chcę się wić z bólu, chcę ryczeć co wieczór i chcę umierać właśnie przez miłość. Nie, wcale nie zwariowałam. Nie postradałam zmysłów, w każdym razie nie bardziej niż zwykle. Cierpienie przez kogoś/dla kogoś/w imię kogoś jest na swój sposób piękne. To niczym nieegoistyczna kara za wszelkie błędy. Znacznie lepiej jest cierpieć, gdy to nie my jesteśmy powodem bólu. Wtedy przynajmniej można zrzucić z siebie winę... Wówczas można łudzić się, bądź co bądź, idiotycznym stwierdzeniem, że cierpienie ma jakikolwiek sens. Tak, dostrzegam go, choć jakby przez zdumiewająco gęstą mgłę. Ból duszy uszlachetnia nasze życie. W jakiś sposób staje się kropką nad "i", ostatnim słowem. To nie jest proste. Ale zobacz - gdy będziesz wstawać codziennie o 7.00, przyzwyczaisz się do tego. A gdy będziesz cierpieć codziennie, to to także stanie się dla ciebie czymś normalnym. Cierpienie zawsze będzie nieodłącznym elementem życia. Czas to pojąć i przestać kłócić się z Bogiem ,wypominając mu błędy w scenariuszu. Tak najwyraźniej ma być. Chcę tego. Chcę czuć ból serca - to idealne potwierdzenie jego istnienia. Dlaczego? Bo to lżejsze, wbrew pozorom, od samotności czy lęku przed samym sobą. To lepsze od nienawiści do siebie i trwaniu w tej brudnej powłoce na Ziemi, niekoniecznie tak zielonej, jak na obrazkach. Gdy pozwalasz sobie na cierpienie przez kogoś, to albo jesteś cholernie słaby albo ci po prostu cholernie zależy.
Tak będzie lepiej. Schowam się w kąt z książką, kubkiem gorącej herbaty i moimi uczuciami. Tak będzie wygodniej, choć, na Boga!, nie dla mnie. Już teraz czuję, jak zrezygnowanie, rozczarowanie i tęsknota uwierają moje ciało, skracają oddech, blokują przepływ krwi. Ale po co o tym mówić? Ważne, że się uśmiecham, że tak pozytywnie wyglądam na tle szarej mozaiki codzienności, że jestem tak dobrą aktorką życiową. Ważne, że wszystkim się podoba moje bezproblemowe oblicze. Trzeba mieć sokoli wzrok duszy i mnóstwo chęci, aby zajrzeć mi do wnętrza. To dobrze, tak myślę. Chyba dobrze. Dobrze...?
Tak, to dobrze. To gwarancja, że ludzie, którzy chcą zajrzeć pod moją maskę naprawdę się starają. Chcieć nie zawsze oznacza móc. Ale zawsze oznacza próbować. I z tego miejsca gratuluję tym, co odkryli moje prawdziwe ja. Gratuluję im, bo to nie była łatwa droga. Stroma. Wiesz, co to oznacza? Można się z niej szybko stoczyć.
To nie będzie dobry wieczór. Czuję to, o tu, w serduchu. Ale co tam, dziś będę pięknie cierpieć z miłości. Życzyliście mi tego, czego tylko chcę. To macie.


Umrę za kogokolwiek,
byle już, dzisiaj, teraz
pójść do nieba i nie czuć żadnego bólu.

piątek, 23 grudnia 2011

8. (171)

Chcę z tego miejsca wszystkim moim Czytelnikom, tym znanym i nieznanym, życzyć cudownych Świąt Bożego Narodzenia, spędzonych z ludźmi, których kochacie. Niech te dni nie będę tylko okazją do podniecania się prezentami i ogólnoświatowym obżarstwem, ale czymś więcej - czymś, co choć w jednej setnej procenta zmieni nasze dusze na lepsze. Przecież wcale nie chodzi o śnieg (który, nota bene, jest passe) ani o uginający się pod ciężarem potraw stół, ale o to, co w sercu. 24 grudnia zwierzęta przemawiają ludzkim głosem. Może i my w końcu powinniśmy zacząć być nieco bardziej ludzcy?
Korzystając z okazji, dziękuję za wszystkie komentarze, i odwiedziny, jak też za aż piętnastu obserwatorów. To dla mnie naprawdę wiele znaczy, dzięęęęekuję!


Wesołych Świąt!

7. (170)

Nie ma śniegu,
nie ma choinki,
nie ma karpia,
nie ma opłatka,
nie ma życzeń
i nie ma kolęd.
Jest tylko twoje serce,
tak brudne i zimne.
Myślisz, że ono zmartwychwstanie...?

6. (169)

Gdy spotykasz aniołów na swej drodze - nie doszukuj się białych skrzydeł na ich plecach, aureoli nad głową oraz bieli na skórze. Nie czekaj na bijące od nich światło i boskie znaki. Anielskości nie widać oczami. Jeśli chcesz poznać anioła, zajrzyj mu do duszy. Przekonaj się, że altruiści jednak istnieją, że są na tej zimnej ziemi tacy, co samym uśmiechem potrafią roztopić lód. Anioły nie budują wieżowców w ciągu paru minut ani nie latają. Anioły leczą ludzi - choć, co dziwne, sami nimi są. Anioły mają w sobie coś, co jak powietrze wpływa do płuc, a z nich do każdej komórki ciała, napełniając ją wzruszeniem, ciepłem i, przede wszystkim, leczącą, prawdziwą nadzieją. Anioły w cudowny sposób zabijają wszelkie zło, anioły wypędzają z człowieka pesymizm, by choć na parę minut, godzin, dni stać się sobą, bez udawania, bez gry, bez jakiegokolwiek patrzenia na innych.   Dają wolność. A co to jest wolność? To właśnie bycie sobą, tylko i wyłącznie sobą. My, łamliwi przedstawiciele homo sapiens udający twardych, mamy na oczach czarne opaski, nie widząc niemal niczego, prócz własnego "ja" i jego potrzeb. Chodzimy po omacku, wpadamy na siebie z hukiem, ale rzadko pada z naszych ust słowo "przepraszam". Podobno przepraszanie nic nie da, nie da się cofnąć czasu. Ale wyrządzone zło można choć spróbować naprawić, aby choć sumienie mogło zasmakować spokoju. To nie prawda, że przepraszanie nie działa. Nie ma nic bardziej skutecznego, niż szczerość słowa i świadomość, że komuś jednak zależy na tym, byś nie cierpiał. Nie ma nic lepszego niż bliskość. Pozwól jakiemuś aniołowi zdjąć czarny materiał z oczu zasłaniający ci świat. Pozwól, aby obraz nie był tylko czarny. Zobacz miłość. Zobacz.
Nie od dziś wiadomo - dobro jest znacznie trudniej dostrzec, niż jakikolwiek negatyw. Może czas to zmienić. Niech nadzieja nas ratuje. Niech anioły nas prowadzą. Niech wyciągną z nas piekło. Nie chcę się już wstydzić, że jestem człowiekiem.


Bądź.
To mi wystarczy.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

5. (168)

Jak się cierpi, to cała reszta zaczyna znikać za mgłą. Nie wtedy rzeczy ważnych i ważniejszych. Jest tylko ten ból i jego powód. Jest tylko ta chwila i świadomość, jak bardzo samych siebie zawiedliśmy. Jest tylko to dziwne, nieokreślone uczucie, w sercu, nieprzyjemne, bolesne, ale zdecydowanie bardziej psychiczne niż fizyczne. Wszystko można znieść - piekące od potoku łez oczy, roztrzęsione, rozdygotane serce, drapanie w gardle od płaczu, łomot w głowie... Wszystko, z wyjątkiem tego bólu, którego zwykłam nazywać rozczarowaniem i tęsknotą w jednym. Czasem po prostu nie da się przeskoczyć pewnych etapów cierpienia. Trzeba wylać hektolitry łez, przesiedzieć kilka godzin bezczynnie, pobłądzić parę nocy w labiryncie myśli - to oczyszcza. Jak antybiotyk - pomaga, choć nie jest wcale przyjemne, a jednak konieczne. Wszystko po to, by być pustką. Ale tylko taką, którą można ponownie napełnić nadzieją i prawdą. Gorzej, gdy wraz z wylaniem wszelkiego bólu w ciekłym stanie skupienia wszelkie rany zaszyjemy nicią egoizmu. Wtedy nadejdzie prawdziwa tragedia. Obojętność. To jest pustka. Próżnia wewnątrz ciała. Stan nicnieczucia. Podobno po każdej powodzi w końcu wstanie słońce. Najbardziej krytyczny moment mam już za sobą. Teraz tylko czekam na ten suszący błysk światła, czekam na moment, gdy nie będę łudzić się, że świecąca żarówka może być źródłem nadziei. Czekam na chwilę, gdy moja głowa uwolni się od tego bólu. Usuwam się w cień - to moja technika. Właśnie tak ucieka się od miłości. Tak się poddaje, właśnie tak. Tak się upada, aczkolwiek zawsze z uśmiechem, bo "co ludzie powiedzą...". Schowam to uczucie, głęboko, w zakamarki serca. Będzie kuło mnie i uciskało, lecz jestem w stanie się przyzwyczaić. Jedyne, co mogę zrobić, to nie zrobić zupełnie nic.  Jestem w zgodzie z prawdą - a prawdę mówi się zawsze z miłością. Zrobiłam swój ruch. Czy był dobry - to okaże się w trakcie dalszej gry.
Nie, to wcale nie oznacza, że mam siłę, by powstać. Jeszcze długo tu poleżę. Jeszcze długo będę miała nadzieję, zapewne do momentu, gdy poziom wody opadnie i zobaczę, jakich ta ulewa uczuć dokonała zniszczeń. Zapewne do momentu, gdy ten świat spojrzy na mnie z wyrzutem i powie "Zobacz, co zrobiłaś..., to nie ma sensu, nikt cię tu nie chce, JA cię tu nie chcę". Wtedy znów zamknę się w pokoju i będę pluć tym stanem, będę pozbywać się go, będę wylewać te emocje i uczucia przez wszystkie pory i błony śluzowe. Będę rzygać miłością. Będę nią gardzić... Choć tak naprawdę, w środku, czuję, że to nie będzie takie proste, jak wklikanie paru słów na klawiaturze.
Słowo "ból" jest zdecydowanie za krótkim odzwierciedleniem tego, co się pod nim kryje.


Nie myśl, że jeśli uciekniesz,
ktoś zacznie cię gonić...

poniedziałek, 12 grudnia 2011

4. (167)

Spójrz w ziemię. Zobacz, ile tu krwi. Powódź. Krwotok. Rzeka krwi. To dlatego, że ktoś podciął mi skrzydła. Słowami, a raczej ich brakiem. Uśmiechem, a dokładniej nie-uśmiechem. I chodzę tak, na plecach dumnie dźwigam dwie głębokie blizny, na twarzy zamarznięte kałuże, oczy pomazane niedokładnie czarnym smutkiem, we włosach okruchy nadziei. To się nie uda. To upadnie, ta szansa, ta okazja, ta chwila. To się stoczy niczym syzyfowy głaz z niewyobrażalnie stromej góry. Pozostaje tylko czekanie, cokolwiek zaplanował Ten Na Górze. Czekanie na jakąś ulgę, przystanek, środek na znieczulenie. Muszę sama jakoś się leczyć, swoimi sposobami, swoimi lekami pochowanymi pośród kartek w słownikach, swoimi antybiotykami przeznaczonymi do stosowania tylko po godzinie dwudziestej drugiej. Trzeba łapać się jakiegokolwiek wsparcia, choć jest ono palące i ostre, aby tylko nie wypaść z roli, nie zaprzestać udawania, uniknąć pytań, mnóstwa, co mnożą się wraz z moją ponurą miną. Nie mogę przecież zwinąć się w kłębek, zaszyć pod kołdrą i nie żyć. Nie mogę - muszę żyć. To cierpienie nigdy mnie nie ominie, w końcu znajdzie mnie nawet pod warstwą pierzyny. Gdziekolwiek będę, nie pozbędę się bólu. On jest we mnie, pływa w mojej brudnej, skażonej krwi wraz z leukocytami. On jest mną. Ja nim. To ja ten ból powoduję. Więc co mam zrobić... Jak inni, stać się liściem, co, spadłszy już ze swego drzewa potęgi zamienia się w papkę egoistycznych sobowtórów na ziemi, aby tylko zakryć tą nagą ziemię, splamioną krwią? Mam być tym martwym człowiekiem z sercem o barwie czarniejszej niż najciemniejsza noc?
Niczym.
Niczym będę.
Takim czystym, pięknym w swej nicości, tak niewidocznym, tak nawet nie zerem, ale niczym, cudnym, pachnącym powietrzem niczym, co się obraca w nicości, w sferze niebycia. Niczym, co nie musi mówić, dlaczego jest czymś niedostatecznie dobrym, bo jest niczym, a nic jest takie w sam raz, ani za dobre, ani za złe. Niczym być. To musi być fajne. Nie czuć. Nie mieć. Nie cierpieć...
Nie przerwę ciszy. Niech trwa. Niech uczy nas pokory i wzajemności. Niech cisza nas pokazuje, ile jest w tym wartości i uczuć, a ile losowości i przypadku. Niech nas cisza uratuje od zatracenia w gwarze obcych myśli. To próba, czy umiem rozpoznać swoje emocje. To test, nie z chemii, nie z matematyki, nawet nie z biologii i psychologii. Z nas. Z życia. Z czegoś, co właściwie nie ma nazwy.
Potrzeba mi leku innego niż zabawnie mały skalpel w dłoni chirurga z powołania do powolnego zabijania siebie.
Potrzeba mi nadziei.
A nadzieja wcale nie jest częścią mózgowej filozofii. Nadzieja nie umiera nigdy. Chowa się w ludziach, w stanach, rzeczach. Czasem jest tak niewidzialna i zagubiona a powietrzu, że niemal jej nie ma.
To pozory.
Nadzieja nie umiera nigdy.


W samotności myśli są jakby głośniejsze,
cisza jakby bardziej dziwna
a serce bardziej czułe.

piątek, 9 grudnia 2011

3. (166)

Było mnie ciągnąć, trzymać, powstrzymywać, gdy zawracałam. Było odciąć mi drogę, kiedy zmieniłam trasę wędrówki do odwrotności smutku. Było mnie związać, zakneblować i torturować do momentu, gdy wypłynęłyby ze mnie wraz z krwią wszelkie złudne nadzieje i niepotrzebne emocje. Trzeba było mnie odciąć od kroplówki z wspomnieniami. Dlaczego mnie nie uratowaliście...? Dlaczego mnie nie obroniliście przed siłą, jaka nagle wślizgnęła się we mnie? Dlaczego...
Teraz wpatruję się w ekran komputera minutami, kwadransami, godzinami... Nie umiem przestać wyobrażać sobie szczęścia. Nie mogę przestać wzdychać na samą myśl o tym, co nie moje, ale jednak jakby dla mnie... Karmię się wyjątkowo często słodko-kwaśną nadzieją. Potem cierpię na niestrawność gdzieś w okolicach serca, nie, jak zawsze, rozumu. Zabija mnie świadomość beznadziejności moich oczekiwań od Boga. Fakt, pomarzyć można zawsze, ale marzenia to nic innego jak tęsknota. Za tym, co było albo za tym, co mogło być. Za czymś, co wydaje się w tej chwili zabójczo piękne i życiodajne, a ongiś chadzało mi pod nosem - byłam jednak zbyt ślepa, by dojrzeć wszystkie te boskie uśmiechy. Biegałam po polach pełnych kwiatów pachnących szczęściem. Dziś przedzieram się przez szerzące się połacie chwastów, szukając swego kwiatka. Ręce mam poorane bliznami - to tylko dzieła ostu i kaleczącego zielska, co wygląda tak niepozornie, a rani tak idealnie... Oczy mi krwawią - uczula je pył fałszywości. Opadam z sił, żyły strajkują, tylko serce popycha mnie dalej, wbrew wszystkim. Nie widzę światła, chmury znów sieją ciemność. Spada deszcz, słony, słony, dużo deszczu, potężne ilości, deszcz mnie wypala, wysusza, piecze, potęguje ból. Nie mam parasola, nie mogę się schować, nie mam nic, jestem tylko strzępkiem duszy, nie mogę uciec, blokuje mnie przykra świadomość, że, gdziekolwiek pobiegnę, i tak zawsze będę tylko wrogiem, obcą. Jak się nie ma domu, to się jest bezdomnym. Jak się jest bezdomnym, to żyje się tylko po to, by umrzeć. A bezdomność to nic innego jak bezpańskość uczuć...
Może powinnam teraz uderzać rytmicznie młotkiem w skroń i starać się wybić z głowy wszelkie niemożliwości. Nie robię tego. W głębi duszy nie chcę się cofać, choć i tak wszystko kończy się na filmie reżyserowanym przez wyobraźnię i wyświetlanym na powiekach. Nie mogę przestać śnić. Sny zaraz po przebudzeniu doskonale zlewają się z jawą. Wymarzony efekt - szkoda, że taki krótki. Ale kiedyś się spakuję i zniknę, będę wiecznie spała, będę rozkoszować się byciem sobą, sama napiszę swój życiorys, choćby niewidzialną dłonią. Nie będzie tam bólu. Nie będzie.
Nic nie będzie, prócz mnie. Prócz wyimaginowanych postaci z powietrza, prócz egoizmu i waty cukrowej.
Chcę zapomnieć - ale takie słowo w życiowej praktyce nie istnieje...


Chodzenie po cienkim lodzie może być przyjemne
gdy ktoś obok trzyma cię za rękę.

czwartek, 8 grudnia 2011

2. (165)

Wybaczanie nie jest rzeczą ani łatwą, ani przyjemną. Wybaczanie to sztuka, do tego wyjątkowo złudna. Wybaczanie to zazwyczaj zwyczajne wypieranie winy z siebie samych za pomocą czyjejś skruchy. Gdy inni przepraszają, sumienie nam się uspokaja. Szepcze, że tak, rzeczywiście, to nie nasza wina, to on/on/ono(?) zawiniło. Prawda? Prawdy w tym nie ma.Jest kłamstwo. Ono jest zawsze. Robi nam dobrze, ono nas budzi, karmi i łudzi. A winni? Wina zawsze leży po obu stronach, mniejsza, większa, ale jednak. W tym świecie, w cieniach i smrodzie spalin, sumienie choruje na przykrą przypadłość zakłamania idealnego, nie do odrzucenia. Sumienie stało się zbyt bardzo uległe ludzkich wpływom, wygodne i zaskakująco łatwe do uciszenia. Przez moment ja także poczułam w sobie zupełny brak winy. Ale zerknęłam na swoje dłonie. Są brudne od krwi, zaschniętej, bordowej, ale i tej szmaragdowej, świeżej. Wina ciąży na mnie, waży chyba tonę, mimo swej nikłej objętości. Nie jestem dobra w przebaczaniu, plączą mi się kluczowe wartości, sceny, informacje, dialogi... Nie wiem, czy umiem wybaczać dostatecznie prawidłowo. Może jestem zbyt dumna, by słowa wzbudziły we mnie chęć naprawiania tonącego statku. Pewnych dziur chyba nie da się naprawić,  jeśli sztorm nie ustanie, a załoga się nie ewakuuje. Pewnych dziur się nie nareperuje, gdy statek tego nie będzie bardzo chciał...
Nie ma gwarancji na powodzenie.
Nie ma sił, nie ma nadziei, nie ma mnie.
Szanse są nikłe... A jednak coś m,nie tu trzyma, coś każe mi próbować, bez względu na wszystko, bez względu na ciemne chmury ponad głowami.  Jeśli to miłość, to wybacz, zawracam. Głowa mi podpowiada, że tak wygląda ciche wołanie o pomoc, by ktoś był, ktoś, komu podaje się dłoń, nawet gdy droga jest prosta. Kogoś, kto tworzy wspomnienia zbyt  piękne, by wpisać je w karty przeszłości.
Albo to tylko to lubowanie kończenia wszystkiego, raz, a dobrze...


Wszyscy potrzebują trochę ciepła,
by serce nie zamarzło doszczętnie.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

1. (164)

Nie wierzę już. Nie wierzę. Nie wierzę w te wasze czułe mrzonki. Nie wierzę, bo nie chcę w istocie wierzyć. Miłości się nie je na śniadanie, a skoro nie jest ona w stanie zapewnić mi siły na dłuższy czas, to jej nie chcę, kostka czekolady nie uciszy głodu tak męczącego, tak głębokiego, tak od dawna nie zaspakajanego... Nie chcę tego czuć, chcę za to pozbyć się naiwności i zupełnie opętanej wyobraźni, która przedkłada mi na pierwszy plan myśli cudowne, a jednocześnie uświadamiające, jak bardzo daleko mi do spełnienia jakichkolwiek marzeń. Dziś już nie chcę wierzyć w miłość - ona nieodmiennie ciągnie za sobą przeszłość. Wpatruję się w liczne sceny widziane na zamkniętych powiekach i tęsknię. Za sobą, za szczerym i bezpretensjonalnym szczęściem, za sensem... Tęsknota potrafi przyćmić wszelkie wartości. Tęsknota jest zbyt mocnymi okularami przeciwsłonecznymi dla duszy. Tęsknota jest wredna.
Wstrząsają mną dreszcze. Nie wiem, czy bardziej zimno duszy, czy tej fizycznej powłoce. Nie wiem, kto co bardziej cierpi, moje efemeryczne wnętrze czy oślizgłe i obrzydliwe ciało. Nie wiem, plączą mi się te wszystkie nazwy, uczucia, stany emocjonalne i złudzenia. Tracę jakiekolwiek panowanie nad światem w mojej głowie. Burzy się hierarchia o ile ona w ogóle kiedykolwiek istniała. Nie ma nic. Nic nie ma. Tylko te krople, moczące mi koszulkę. One są obce, nieposłuszne. Idą na wojnę z rozsądkiem, choć widzą, jaki on silny, w dłoni ma bezbłędny egoizm, na sobie zbroję z obojętności. Wszystko wokół mnie odstrasza, sprawia, że zamykam się w sobie, jestem sama do potęgi pierdolniętej, w efekcie żyję myśląc tylko o sobie, dbając tylko o siebie i cierpiąc tylko z własnej głupoty. Chcę wciąż więcej i więcej. Chcę brać i czuć chwilowe szczęście wynikające z naćpania się śmiechem nieszczerym, a głośnym, zagłuszającym szloch cisnący się przez przełyk. Chcę ćpać tą sztuczność, by nikt nie pytał, by nikt nic nie widział, a nawet nie wiedział. Chcę grać, być wierna schematowi bezproblemowej Natalki. Dusza we mnie protestuje, choć ma na ustach taśmę. Sepleni, starając się przebrnąć głosem przez warstwę lepkiego, szarego plastiku i powiedzieć, że w tej chwili chcę pobiec do kogokolwiek i powiedzieć o wszystkim. Że potrzebuję już innego leku, żywego, czułego.
Ale miłości dziś już nie ma. Jeśli kiedykolwiek widziałeś miłość, to powiedz mi, jak wygląda, bo ja jej chyba nigdy nie spotkałam. Powiedz mi, jak to jest być całym światem, ale bez danych statystycznych, tylko z uczuciami, tylko z ciszą błogą i lekką.
Milczysz.
Nie wiesz.
Nikt nie wie, teraz nie ma miłości. Nie wierzę w nią, nie chcę wierzyć. Teraz są pieniądze, masa pieniędzy, jednak i tak zawsze ich za mało. Masa nienawiści, choć słowo "masa" nawet nie odzwierciedla rozmiaru egoizmu, co chodzi po chodnikach w wysokich szpilkach i przejeżdża na czerwonym świetle.
Miłości już nie ma.
Wspomnienia zaprzeczają. Serce na znak buntu bije szybciej. Nerwy pulsują z niezgodą.
Rozsądek się zgadza.
Rozsądek to siła.
Napędzana kłamstwem sumienia.


Nie czytam romansów.
Ich autorzy lubią wzbudzać
płacz i świadomość,
że miłość jest idealnym
science-fiction.

środa, 30 listopada 2011

24. (163)

Tym razem po raz ostatni będę pisać o przyjaźni. O TEJ właśnie przyjaźni, która powinna wstydzić się za to, jak bardzo zbezcześciła już samo to słowo. O tej, która tak naprawdę nigdy nie istniała, bo jak miała istnieć, skoro krwawiła od samego początku. A wraz z krwią płynęło dziwne przekonanie, wówczas niewidzialne, że łączenie wody z ogniem nie może się udać, bo, tak czy siak, albo jedno zgaśnie, albo drugie z sykiem wyparuje. Teraz to czuję, widzę, słyszę. Ale to i tak nie ma znaczenia. Nigdy tego nie zrozumiem, wszystko działo się za szybko. Było tak świetnie, tak odjazdowo, tak w porządku, było w dechę. Dotykałam podróbki szczęścia, wąchałam go, smakowałam, było tak mdłe, lecz słodkie. Ale to nie robi różnicy. Odurzające działania kłamstwa właśnie zwaliły mnie z nóg. Teraz już wiem, czym jest niewłaściwa przyjaźń. Jest płakaniem, krwawieniem, leżeniem na podłodze i płaceniem za błędy, popełniane coraz częściej. Jest żywym, strachliwym kłamstwem, magią, tragedią, stratą, ale i wygraną, jest przenikliwym bólem. Jest smutkiem.
Ja wygrałam, choćbym na nie wiem jak żałosnego przegranego wyglądała. Wygrałam, ale nie zeszłam z ringu. Koniec nastąpi wtedy, gdy spojrzę ci w oczy i nie poczuję nic. Ani miłości, bo nigdy nie zakochałam się w przeszłości, ani bólu, bo nie będziesz już mogła mnie dotykać swoimi ostrymi słowami, ani tęsknoty - nie tęskni się za zerem. Chcę nabrać do ciebie perfidnej i nieposkromionej obojętności, chcę cię znać tylko ze wspomnień. Poczekaj, sił we mnie coraz więcej. W końcu podejdę do ciebie i wymierzę cios twojej psychice. Poczekaj, w końcu wypiszę ci na czole niezmywalnym markerem wszystkie daty nocy, gdy płakałam jak dziecko, bo czułam tą ciszę, tą pustkę między nami. Będziesz chodzić i egzystować z brzemieniem winy, tak jak ja przez ten rok. Przy każdym spojrzeniu w lustro będziesz musiała patrzeć na swój egoizm, na swoje lubowanie do wbijania noży w serca. Niech teraz twoje sumienie się pomęczy. Wbij w nie gwoździe...
Albo zrobię to za ciebie, przez mikroskop, twoje sumienie musi być niewyobrażalnie małe, o ile w ogóle je masz...
Maju - dziś to nie ja jestem suką.


Umarło to,
co ongiś dawało mi 
życie.

poniedziałek, 28 listopada 2011

23. (162)

Gubię się. Gubię się. Gubię się. Gubię się. Nie panuję nad tym. Gubię się. Gubię się. Gubię się. Gubię się. Nic się nie układa. Gubię się. Gubię się. Gubię się. Gubię się. Cisza mnie nie leczy, ciemność jest zbyt pusta. Gubię się. Gubię się. Gubię się. Gubię się. Czegoś tu brak, KOGOŚ tu brak. Oddycham, mrugam powiekami, serce mi bije, ale dusza nie ma zajęcia. Gubię się. Gubię się. Gubię się. Gubię się. Nie czuję już uczuć...
Gubię się. Gubię się. Gubię się. Gubię się. Gubię się. Gubię się. Gubię się. Gubię się.
Gubię się. Gubię się. Gubię się. Gubię się.Gubię się. Gubię się. Gubię się.
Gubię się. Gubię się. Gubię się. Gubię się.Gubię się. Gubię się.
Gubię się. Gubię się. Gubię się. Gubię się. Gubię się.
Gubię się. Gubię się. Gubię się. Gubię się.
Gubię się. Gubię się. Gubię się.
Gubię się. Gubię się.
Gubię się...



Trzyma mnie siła boska, 
której nie da się obliczyć wzorem.

czwartek, 24 listopada 2011

22. (161)

I niech to pozwoli mi w końcu otworzyć usta i wyszeptać "koniec"...:

Maj:

Co to jest przyjaźń? Według wszechwiedzącej Wikipedii jest to bliska więź z drugim człowiekiem, darzenie siebie zaufaniem i miłością. Według mnie jest to coś, co już przestało nas łączyć. Coraz mniej rozmów, coraz więcej kłamstw. Cisza w powietrzu, brak zaufania, obojętność. Wiem, że i tak adresat tych słów nawet ich nie przeczyta. Bo, jak twierdzi, mój blog "zawiera za dużo literek". Dość. Tak nie wygląda przyjaźń. Tak nie powinna zachowywać się osoba, którą, idiotka, nazywałam najlepszą przyjaciółką. Czas skończyć. Ze wszystkim. Nie zniosę dłużej tego bólu. Nie dam rady patrzeć na twoją ignorancję.
Najlepszy przyjaciel jest tylko jeden. I teraz... to nie jesteś ty.
Nie jestem jakoś specjalnie załamana. Właściwie koniec nastąpił już dawno temu. Przyzwyczaiłam się do odgrywania niespecjalnie ważnej roli w twoim życiu. Teraz trzeba tylko czekać na wielki, czarny napis THE END.
To nastąpi szybciej, niż się ktokolwiek spodziewa.
Cholernie tęsknię za przeszłością. Za czasami, gdy rzeczywiście byłyśmy dla siebie wszystkim. Łączyło nas tak wiele... Bez względu na wszystko - zawsze razem. Co się stało? Czemu to wszystko musiało zniknąć? Sznur trzymający nas razem przeciera się stopniowo, lecz skutecznie. W końcu pęknie.
I nie mów mi, że to moja wina. Bo to nie ja znalazłam sobie towarzystwo wolne od problemów. To nie ja nie umiem słuchać. To nie ja nie mam czasu na chwilę rozmowy. To nie ja.
Nie ma drugiej szansy. Dałam ich już zbyt wiele. Ból, jaki mi zadajesz to za wysoka cena. Dołączysz do listy przelotnych przyjaźni. Nie martw się, nie ty pierwsza...
Nie rozumiem twojego zachowania. Aczkolwiek nie będę klękać i błagać o powrót do normalności. Cała esencja naszej znajomości zniknęła w oceanie niedopowiedzeń. Widocznie tak miało być. Widocznie taki mój los. Trafiłam na nieodpowiednią osobę.
Pamiętasz? Kiedyś obiecałyśmy sobie przyjaźń do grobowej deski...
Do cholery, ty i tak tego nie przeczytasz!

...

Lipiec:
Zdecydowanie zaliczam się do grupy naiwnych wrażliwców. Do tych, co zakochują się od pierwszego wejrzenia, do tych, co ufają szybko, cierpią długo. Tak też było i wtedy. Spojrzałyśmy na siebie i już niemal wiedziałyśmy - to nie będzie zwykła znajomość. Pierwsza rozmowa, jak to początki, niewinna. Wystarczyły trzy dni. Trzy dni, aby nazywać tą drugą przyjaciółką. Trzy dni, aby zasmakować szczęścia. Trzy dni, aby nieświadomie wejść do przedsionka piekieł.
Fascynacja sobą nawzajem trwała około roku. Rozmowy do rana, głupie pomysły, idiotyczne rozrywki. Nie przeczę - to było piękne. Naturalnie występujące lekarstwo na smutki. Czas beztroski i swobodny. Czas bycia sobą. Wspólna radość z małych sukcesów, zwycięstw, nawet z pierwszego okresu. Wszystko tak barwne, kojące, lekkie. Wszystko takie piękne. Wręcz bajeczne. Mnóstwo tematów do rozmowy, obietnice przyjaźni do grobowej deski. Uwielbienie siebie nawzajem. Miłość przyjacielska.
A potem przyszła jesień. Było nas jakby mniej - ale to przez brak czasu. Jasne. Jedyna sensowna wymówka...I zima. Zima naszych relacji. -30 ˚C w sercu. Coraz mniej rozmów. Cisza. Przejmująca cisza. Kryzys? Nie. Początek takiej małej apokalipsy. Między dwojgiem ludzi. Wybacz za to, co powiem, ale to po twojej stronie leży większa wina. Podczas gdy ja starałam się sklejać naszą przyjaźń, ty znalazłaś sobie przyjaciół zastępczych. Ja zdecydowanie poszłam w odstawkę. bo miałam poważne problemy. A ty wolałaś szaleć! Żyć tak beztrosko, jak dzieci w przedszkolu! Ja, naiwna idiotka, mimo wszystko miałam hopla na twoim punkcie. Tylko Majka, Majka i Majka. Nic poza tym. Zobacz, teraz nawet nie wiesz, co u mnie. Nie wiesz, jak się czuję.
Nie zależy ci.
Ale to jeszcze nie jest koniec. Przecież się spotykamy, gadamy o niczym. Ale jest inaczej. Ty mówisz "gadaj szybciej, bo mnie przynudzasz". Więc ja kończę. A w środku krwawię. Ty mówisz "Nic na to poradzę". Ja udaję, że rozumiem, choć dusza czuje niedosyt. Tak od dłuższego czasu. Unikasz rozmów, ledwie się witasz, a za pięć minut już żegnasz. Jestem ci potrzebna tylko wtedy, gdy nie ma gdzieś w pobliżu jakiejś wiernej psiapsiółki. Wtedy mam jakąś wartość. I nawet jeśli jesteśmy razem - to łączą nas tylko niedopowiedzenia i kłamstwa. Nie umiemy cieszyć się sobą tak, jak kiedyś.
Wiem, ja też nie jestem bez winy. Głównym problemem byłam... ja sama. Bo pojawiły się kłopoty, przeciwności losu. I tym zaczęłam niszczyć twoją krainę szczęścia. Zobacz, nigdy nawet nie wypłakałam ci się w rękaw. Nie umiem już okazywać ci uczyć, nie umiem się przed tobą otworzyć.
Widzisz, jaki peszek.
I tak tego nie przeczytasz. "Za dużo literek"
Za mało zaufania.
Nie, jakoś zbytnio mi nie szkoda. Nie pogrążam się w żałobie, jak po... "odejściu" K. (ona pewnie też tego nie przeczyta). Bo, widzisz, droga Maju. Za dużo mi zabrałaś, a za mało dałaś. Straciłam przy tobie mnóstwo chwil. Straciłam przy tobie swoje "ja". Zostaw mnie. Odejdź.
Ale nie martw się, nie ty pierwsza, nie ostatnia. Jeszcze nie powiedziałam "koniec". Muszę nieco się pozbierać. I zrobię to. Skończę z nami. Chore drzewo trzeba ściąć.

...

Sierpień:
Właściwie dopiero teraz zaczynam widzieć jakiekolwiek różnice pomiędzy przyjaźnią a "przyjaźnią". Pomiędzy jednym a drugim jest przepaść, której opisać nie umiem. Pluję sobie w oczy, bo przecież, na Boga, jak mogłam być tak ślepa?! Jak mogłam brnąć w tą ciemność, nie przewidując konsekwencji?! A teraz masz, idiotko, zachowujesz się, jakbyś miała za mało problemów.
Właściwie tą ciemność mogę zabić jednym, stanowczo wypowiedzianym słowem.
Koniec.
Tradycyjnie, wydawało to się niemalże proste. Ale nie jest. Boję się szczerości, zwłaszcza ze względu na to, że zabijając ciemność, zabiję wszystko, co pozwalało mi w tym mroku przetrwać. Choć są chwile, o których chciałabym zapomnieć, to miłość znosi je na drugi plan. Mimo woli zapominam o bólu, zapominam o bezczelnym kopaniu leżącego. Chciałabym przeszłość oddzielić grubą kreską. Ale nie potrafię, za mało we mnie siły, wspomnienia są przecież ważne, bez względu na ich jakość. Teraz, nawet gdy nie chcę, to na pierwszy plan zawsze wchodzą momenty pełne śmiechu, szczęścia i szaleństwa. Momenty, w których problemy rozrywał porywisty podmuch błogiego stanu upojenia obecnością tej drugiej osoby. Tak jest na początku. A potem przed oczami stają rozmowy składające się zaledwie z przywitania i następującego zaraz po nim pożegnania, cisza wymieszana z głuchymi słowami. Mam to skończyć? Zrób to, jeżeli jesteś na 100% pewna, po co potem żałować. Czyli wszystko jasne. Ale nie mogę tego zrobić. Jeszcze nie teraz, nie mam 100%-owej pewności. Pieprzona nadzieja wciąż powtarza spokojnie dwa słowa "druga szansa". Okej, druga. A ta która by była? Dziesiąta? Dwunasta? Setna?
W mojej głowie toczy się walka na trzy fronty. Z jednej strony serce, z drugiej rozum, pośrodku sumienie. Równe szanse. Czy aby na pewno? Odnoszę wrażenie, jakby rozum wyjątkowo królował. To nie w moim stylu. Zawsze dominowało serce. Choć... Zawsze? To niebezpieczne słowo. Dobrze, więc nie zawsze. Zazwyczaj. Często. Czasami...
Teraz jest inaczej. Nie rządzą mną żadne uczucia. Żaden strach, ból, nie ma żalu, tęsknoty. Straciłam coś? Nie. Jest tak, jak było. Jeżeli coś zniknie, to jedynie obcy mi człowiek, z niewiadomych powodów nazywany moim przyjacielem. Ktoś, kto wie o mnie mniej niż ksiądz proboszcz. Ha, zabawne. Ciekawe, czy pamiętasz, jak była mowa o przyjaźni do grobowej deski. Zapewne umknął ci ten moment. Tak jak umknęłam ci i ja. Wybacz, cokolwiek ci zrobiłam. Nie jestem niewinna, ale to ty jesteś katem, to ty trzymasz ostrze nad nicią naszej więzi. No uderz.
Zabij mnie.
Szybko.

...

Wrzesień:
Brak mi odwagi. Brak. Planuję w głowie skrzętnie i dokładnie każde zdanie, dobieram słowa, a wszystko po to, by po jednym spojrzeniu w oczy... zapomnieć. Mam wówczas przed oczami czarną plamę, nie pamiętam tych łez, tego chorobliwego ściskania telefonu, wpatrywania się w ekran monitora. Z przeszłości w jednej chwili znikają wszystkie te niespokojne noce. Pozwalam ci się na nowo omamiać, pozwalam, by twoje oczy zatrzymały na parę chwil mój racjonalizm i rozsądek. I znów jest miło, przyjemnie, do bólu normalnie. Właściwi tylko na tym opiera się nasza "przyjaźń". To tylko siedem liter w ozdobnej ramce z kłamstw, niedopowiedzeń i raniącej ciszy. I dlaczego to ja zawsze piszę pierwsza? Ciekawe pytanie. Odpowiedź nasuwa mi się sama. Bo tylko ja jeszcze o to walczę. Jednak, prędzej czy później, skończy się moja droga pod górę, na wzór Syzyfa. Spadnę, przygniecie mnie ta toksyczna przyjaźń, jaką muszę nieustannie dźwigać. W tej sytuacji nawet nie możemy mówić o czymś takim jak nadzieja. Teraz jest tylko strach. Boję się. Boję się o nas, choć właściwie od dawna nie ma czegoś takiego jak my. Nasze drogi się rozeszły. Każda kolejna rozmowa kończy się tekstem "Musimy pogadać". I tyle. Bez efektów. Żadnych inicjatyw. Pesymizm płynący w moich żyłach zbytnio się nie zawiódł, ale serce - owszem. Wspomnienia wyrwano mi z rąk i wrzucono do brudnego kosza na nieudane chwile. Raczej nic więcej nie mogę zrobić. A na drugą stronę nawet nie liczę. To koniec. Nie da się uratować ściętego drzewa. Przerobią je na deski, a deski na meble. Trociny wyrzucą. To "coś" między nami skończy podobnie. Zostaną strzępki. I podczas gdy ty odejdziesz z dumnie podniesioną głową, ja będę musiała posprzątać te śmieci, będę musiała wyrzucić z pamięci wszystkie te chwile, ten zmarnowany czas. Wszystkie te dni, gdy jedyną myślą była niepewność. Teraz... już się nie znamy. Mijając się, rzucimy marne cześć, słyszalne tylko dla nas. Nic nie jest takie samo. Zima, którą same wywołałyśmy, zmroziła to uczucie. Mury zostały zburzone. Tylko pył i mgła, nie widać nic. Nie mam siły. Gdy cię widzę, aż ciśnie mi się na usta słowo koniec. Już, już otwieram usta, gdy się uśmiechniesz. I znów. Historia zatacza koło. Na nowo muszę wypełniać noce głupawym obmyślaniem strategii. Czekanie na cud jest nudne. A cudu i tak nie będzie. Złamał się cienki lód pod naszymi stopami. To chyba jest wolność. Cóż, nie smakuje mi za bardzo. Wyobrażałam to sobie inaczej. Bez niedokończonych wątków i niepewności, bez wyrzutów sumienia, bez tęsknoty. Pozostał we mnie sentyment. Do tych wszystkich przegadanych nocy. Do poronionych pomysłów i śmiechu z byle czego. Było - minęło. Było - nie wróci. Ale będzie boleć. Najgorszy jest jednak fakt, że cały ciężar cierpienia noszę ja, ta, która walczyła najdłużej i najwierniej. Ta, którą jak zwykle los mocno kopnął w tyłek, śmiejąc się do łez.



To koniec.
Nie ma już nic,
co mnie przy tobie trzyma.
Prócz ciebie...

21. (160)

Boże, dotknij mnie raz jeszcze, pozwól mi zamilknąć i już tylko słuchać twojego głosu, nic więcej, naprawdę nie chcę nic więcej. Tylko ześlij tu jakiegoś anioła, co będzie mnie pilnował, bym nie mówiła głupot i nie zdradzała cię za plecami (ty masz plecy...?). Błagam, nie zostawiaj mnie samej, bo zginę, zginę, utonę w tym morzu martwych marzeń, w tej głębi swoich wad, w oceanie czarnych myśli. Mnie nie powinno się zostawiać samej. Nie powinno się mnie opuszczać, wtedy chodzę krętymi korytarzami myśli za długo, potem błądzę, tracę zmysły i racjonalność, na siłę narzucam sobie jakieś idiotyczne idee, dochodzę do coraz bardziej drastycznych wniosków. Chyba się zapędziłam, chciałam zrobić z siebie kulkę, taką z plasteliny, a potem ulepić z niej całkiem nowego człowieka. Tymczasem się nie da, moja figurka jest już zasuszona, twarda, nierozdzielna. Jedyne, co mogę zrobić, to odkruszyć z niej nietrwałe, niepasujące elementy. Ale ostrożnie, tak, by nie uszkodzić całości. Różnica jest taka, że surowej plasteliny nie da się złamać. Ona prędzej czy później dojdzie do siebie. A taka po podsuszeniu, raz złamana, nigdy nie stanie się tym samym. Można ją sklejać, ale czy ktoś z nas chciałby być podtrzymywany przy życiu kroplówką z Super Glu? Jeżeli już muszę tu żyć, to nawet jako ta złamana. Nie chcę być na siłę operowana, zszywana, reperowana, to chyba nie o to chodzi... Dlatego, Boże, ponawiam prośbę. Daj mi kogoś, kto nawet z postrzępionym sercem i połamaną duszą sobie poradzi i nie będzie odwracał wzroku. Anioła mi ześlij, bo ludzie nie wywiązują się z obowiązków, ta rola jest dla nich za trudna. Anioła... O resztę nie pytaj, to się nie liczy. Nie pytaj, Stwórco, gdzie teraz jestem, słowo "zadupie" raczej cię nie ucieszy. Potrzebuję cię, nawet jeśli cię nie ma, to bądź... Słaba jestem, z porcelana, idę sama, za rękę z tą udawaną "ja".
Więc daj mi Anioła. Daj mi go znowu. Daj mi go, bo moim dłoniom zimno, chcą poczuć dotyk, daj mi Anioła, bo wargi przyklejają się do siebie, dawno nie mówiła nimi dusza. Serce się potyka o wieńcówki, daj mi Anioła już dziś...


Jak dziecko cię proszę,
jak dziecko,
nie odmawiaj mi,
czekałam za długo...

środa, 23 listopada 2011

20. (159)

Doszłam do wniosku, że egoizm ma swoje zalety. Egoizm zamraża, zmienia w sopel lodu, wyrywa serce z ciała... Tego chcę. Być i nie być jednocześnie. Stanowić element tak nieistotny, jak kamyk na szeroko rozciągającym się polu. Nie chcę już czuć, to mi nie pomaga, wcale a wcale. Kłamaliście: wrażliwość nie jest zaletą. Wrażliwość to pieprzona rogatka na drodze do bycia cieniem. N i e   c h c ę   c z u ć,   n i e   c h c ę   c z u ć,   n i e   c h c ę   c z u ć   j u ż   n i g d y   w i ę c e j. . . Zatracanie się w samym sobie idealnie ukrywa oczy za mgiełką nienawiści, tak, by nie widzieć tego zła, tej parszywej nieludzkości i tych chodzących nieumarłych z twarzą bez wyrazu. A czy to nie o to chodzi? O ucieczkę przed dorosłością, odpowiedzialnością, stanowczością i innymi znienawidzonymi stanami umysłu? Taki jest cel. Zakopać się pod stosem pozorów i złudnych, kłamliwych uśmieszków. Taki jest cel. Zasiać w sobie tak cudownie lekką obojętność w stosunku do Ziemi, do ludzi, zwłaszcza do ludzi, tylko do ludzi... Mogłabym wyrwać to serce, nałożyć na nie ładne stringi, potem przypudrować, umalować, umyć, oczyścić, żeby tylko podobało się światu, aby tylko nikt nic nie mówił, aby tylko nigdy nic... Nie zrobię tego. Równie dobrze mogę wziąć do ręki butelkę z kwasem solnym i już teraz obficie okrasić tą pompę, co bezustannie pracuje, bym mogła czuć w sobie krew i jej zimno. Wolę schować się i nie patrzeć, nie widzieć, nie słyszeć, niech gra toczy się dalej, beze mnie. Stanę się egoistką idealną, co na śniadanie pije nienawiść, a na kolację pochłania tony zgryźliwości i leków powodujących ślepotę duszy. Stanę się też karykaturą siebie, ale... To się nie liczy. Ból zabija. Pokonam go nieprzewidywalnością. Nikt nic nie zauważy. Umrę duchem tak cicho, jak tyko się da. Nic nie poczują, łzy zamarzną, powietrze zamarznie, ja zamarznę.
Nieliczni mają w sobie tak wielki ogień, by mnie roztopić...



Boże, miałeś tu być,
miałeś mnie trzymać,
pilnować, bym nie spłonęła,
a teraz jest już za późno,
nie ma mnie, nie ma, nie ma, nie...
Nie masz po co przychodzić...

wtorek, 22 listopada 2011

19. (158)

Czas nie jest jednym z moich sprzymierzeńców. Ucieka, przelewa się przez palce, sypie się przez rurkę w klepsydrze, tyka wśród szczęków zegarowych konstrukcji. Dlaczego więc go nie wykorzystuję, tylko patrzę na pośpiesznie spadające gęsiego ziarenka piasku, mając za muzykę rytmiczny podźwięk? To nawet nie chwila wytchnienia , co głupota. Ten stan wychodzi poza granice normalności. Powinnam przerwać tą złą passę uciekania, przecież kiedyś i tak się zmęczę, a taką dyszącą i spoconą duszę będzie zdumiewająco łatwo powalić na ziemię, a potem kopać ją w brzuch, twarz, plecy... Ból? Tak. I zrozum w końcu, że to słowo ma wiele znaczeń. Nie wliczaj go do kanonu nadużywanych i przereklamowanych tylko ze względu na ubogość w litery. To nie jest wyraz łatwy. Nie, nie będę tłumaczyć. Może kiedyś zrozumiesz, gdy los kopnie cię, zanosząc się dzikim śmiechem na widok twojego upadku. Przeznaczenie uwielbia słyszeć chrobot piachu wrzynającego się w brodę. Lubi zapach krwi, takiej brudnej, z ziemią i resztkami łez. A ja? A ja patrzę na zegarek, z dziwnym przeczuciem, że cokolwiek nie zrobię, i tak zawsze będzie obok mnie tak pustka i świadomość przemijania. Moje serce pogodziło się ze swoim losem. Oboje wiemy jedno: najlepsze dni zniknęły wraz z chwilą, gdy mała Natalka zrozumiała, czym są problemy.
Co teraz?
Otóż nic. Mogę odwracać klepsydrę wciąż na nowo, ale nie zatrzymam działania grawitacji. Mogę wyjmować baterie z budzika i wyłączyć telefon. Ale siebie nie jestem w stanie ustawić. Nie cofnę się - pozostawiłam po sobie ruiny blokujące przejście. Nie zatrzymam - przecież muszę uciekać przed sobą światem. Nie przyśpieszę - trzymają mnie żelazne kule przyczepione kajdanami do stóp, mają oczy, mają nosy, mają ręce, nogi, usta. Przyjrzyj się im uważnie... Okaże się, że są z lustra....


Nie zapominaj o przeszłości.
Ona tworzy ciebie znacznie bardziej,
niż niezliczone komórki i kod DNA.

poniedziałek, 21 listopada 2011

18. (157)

No dalej, idealny tworze z boskiej gliny, nazwij to uczucie. Nadaj jakieś twórcze imię wybuchowej mieszance zawiedzenia, nadziei, radości, smutku i załamania. Co to jest? To tylko moje urojenia, czy stan dnia codziennego? Śmiało, powiedz mi, czym jestem w tej chwili, gdy gubię się wśród wątroby, serca, nerek i płuc. Powiedz, jak mam mówić na wieczory tak przepełnione egoistyczną modlitwą, szeptem gdybania i uśmiechem do powietrza, na myśl o wspomnieniu jeszcze intensywnym, świeżym, przejrzystym. Nazwij to. Powiedz, czego mam się złapać, by nie upaść, by wytrzymać jeszcze te tygodnie, nagle jakieś wyjątkowo długie.
Na przeszkodzie stoi mój zakurzony mózg, zwłaszcza płat, gdzie buzuje szczęście. Tam się nic nie dzieje...
Na przeszkodzie stoję ja, nie napiszę nic więcej, bo dla mnie słów jeszcze nie wymyślono.
A ty głów się i mi powiedz, jak dowiesz się już od samego siebie, ile teraz się płaci za bycie sobą...


Nie bój się,
tak naprawdę to tylko maska.

17. (156)

Chcę być pusta. Lekka, nieludzko sprzeczna grawitacji. Chcę wylać z siebie tą złość raz jeszcze, znów nie móc zgonić z twarzy najszczerszego z uśmiechów. Szkoda, że Bóg szczędzi nam takich doznań. Szkoda, bo wtedy nigdy więcej nie musiałabym dławić się łzami, powietrzem, żalem i tym najgorszym z możliwych: rozczarowaniem. Nie lubię tego tego pechowego, trzynastoliterowego słowa. Ono dusi gardło, nawet jeszcze z niego nie wychodząc. Ono pali. Ogniem iście czerwonym.
A jednak gdzieś wewnątrz jest radość. Bije się we mnie wraz z samotnością, która jest prawdziwą świnią. Przychodzi tylko wtedy, gdy jestem sama. Czekam na wynik tej walki. Samotność ma znacznie większą publiczność... Gra fałszywie, do granic możliwości, łamie zasady najbardziej perfidnie, jak się da, oby tylko bolało, bardzo, głęboko, długo. Nie da się uciec. Można jedynie czekać, aż na horyzoncie pojawi się jasność, anielska, zmuszająca do mrużenia oczu. Światło oczyszcza, otwiera do stopnia nieziemskiej euforii, pozwala oddychać naprawdę, dla siebie, a nie, jak zawsze, tylko po to, by drzewa nie musiały się nudzić z braku dwutlenku węgla do przerobienia. Chcę mieć anioła przy sobie, w kieszeni, aby mi wskazywał drogi najwłaściwsze i najlepsze. Chcę spakować w plecak wszystkich moich przyjaciół (może to i lepiej, z pustym plecakiem chodzi się lżej...) i iść, w nieznane, za rękę z Bogiem. Ale co mi z marzeń, nie mogę po prostu rzucić się w morze egoizmu, nie mogę. Teraz  i tak nienawidzę, kocham, nienawidzę, lubię dogadzam bardziej sobie, niż Tobie. Wiem, to złe. Ale co mam w związku z tym zrobić? Urodziłam się egoistką, mam więc przestać być sobą?
Miałam inne plany. Spodziewałam się lekkiego odbicia i szybowania do celu. Ale tu jest zbyt ciemno jak na takie gorąco, a może zbyt gorąco jak na taką ciemność. W każdym razie, coś tu jest nie tak. Zmysły zawodzą  mój umysł. Nie czuję i czuję  - na zmianę. Źle czuję. Negatywnie, jak zawsze, zbyt bardzo po swojemu. Mam w uszach zapętlone pytanie: co teraz będzie? Banalne, a nie potrafię odpowiedzieć. Czasu mamy mało, a same fundamenty stawia się tygodniami. A gruzy leżą dalej, utrudniają pracę. I jak, na Boga, to naprawić? Zniknąć? Odejść. Wiem, co mi odpowie ten Najwyższy. Weź zaprawę i odbuduj to, co z taką łatwością zburzyłaś. Ale, Boże, tu nie ma ani piachu, ani betonu, ani mnie. Po co zaczynać pracę, skoro cegła stawia opór?


Coś stoi na przeszkodzie.
To chyba czas, to chyba ty,
to chyba ja.

niedziela, 20 listopada 2011

16. (155)

Chodź tu i powiedz mi, co to jest zaufanie. Powiedz mi, czy to rzeczywiście tylko zbiór uczuć, czy coś więcej. Powiedz mi, bo się pogubiłam, naprawdę już nie wiem, jak wyglądają warte uwagi wartości. No dalej, wołam cię, jeśli rzeczywiście panujesz nad swoim życiem, to naucz tego i mnie - nie mylić z: to zapanuj też nad moim życiem. To chyba w tej sprzeczności kryje się zasadniczy błąd w rozumowaniu słowa zaufanie. Zaufać nie znaczy otworzyć drzwi do swojego serca i pozwolić innym panoszyć się tam, wszystko przestawiać, zmieniać, psuć... Zaufać to po prostu spuścić z siebie zatrute powietrze. Ja zaufałam. Okazuje się, że teraz jest we mnie tylko więcej tego skażonego tlenu. Zaufałam nieodpowiedniej osobie. Zaufałam tym, co zaprzeczają sobie, co mówią jakby dla innych, a nie od siebie. Teraz mam... Serce zadziwiająco czarne, a nie czerwone, zaś na nim brudne, poplątane wieńcówki,  a co w środku? Skołowanie. Jest tam bałagan, ktoś wtargnął i zniszczył moją hierarchię, ktoś poczuł się za bardzo władcą, za bardzo panem losu, nie swojego, lecz mojego. Teraz dostrzegam konsekwencje mówienia... Winnam była się zamknąć, w sobie, w pokoju, w moim świecie, tylko po to, by potem nie czuć się moralnie zgwałconą. Żałuję. Mam w sobie ograniczoną ilość zaufania, ta substancja kiedyś się skończy, powinnam oszczędzać ją dla naprawdę wartościowych, aby mi jej nigdy nie zabrakło. Jak tak dalej pójdzie, to stanę się osobą wręcz publiczną. Często otwierane drzwi do duszy zaczną skrzypieć, psuć się, w końcu nie dam rady ich już zamknąć. I będę mogli zwiedzić mnie ci, co zawsze lubili poszydzić nieco z tych słabszych. Nie mogę na to pozwolić. Domysły nie mogą stać się rzeczywistością. Nie jestem tu dla was. Hmm... Właściwie dla siebie też nie. Dla Boga? Dla Boga. Ta wersja jest korzystna.
Łamie się nić ze stali... Piękny sen jakby uciekł, znudzony monotonią. Nie tak miało być. Wyobraziłam sobie świetlane czasy, dni tak pękate od nadziei... Tymczasem pojawił się kolejny test. Muszę go zdać, inaczej nie dotrwam do finiszu, nie dam sobie rady z tym przekornym życiem...
A ciebie dalej nie ma... Już wiesz, że zaufanie nie jest proste? Już wiesz, że ono wymaga czegoś więcej, niż tylko słów zganienia i poniżenia? To nie na tym rzecz polega. Ran się nie polewa kwasem. Bynajmniej nie w ten sposób. To nie pomaga. To zabija. 
Połamano nić zaufania... I jak ma być dobrze, skoro drabina nie opiera się o ścianę?...



Możemy zaczynać od nowa,
ale czy wtedy rzeczywiście zmieni się coś więcej
prócz fałszywego oczyszczenia sumienia?

środa, 16 listopada 2011

15. (154)

Nic już się nie liczy. Chcę tylko zostać wskrzeszona. Teraz nie liczy się nic innego. Tylko to. Nie ważne, ile razy upadałam, ile razy umierałam duszą, byłam na krawędzi. Nie liczą się te gwałtowne wdechy i wydechy, zabawy z tlenem, gdy płuca nie chciały brać udziału w życiu przez potok wody z oczu. Nie liczą się te noce, ciemniejsze niż czerń, zimne, samotne, wgniatające w poduszkę, z deszczem widocznym tylko dla mnie. Odeszłam w cień. Teraz chcę z niego wyjść. Bo cienie wychodzą znikąd, chcą mnie zabrać, zniszczyć, one kuszą, mówią, zwodzą. Gdybym się tylko słuchała, to dawno z nimi bym się zjednoczyła. Ale czy kiedykolwiek rzeczywiście chciałam? Czy to przypadkiem nie ja jestem zagubioną Marią Magdaleną, z maską szaleńca, co udaje, że nie chce już żyć? Śmierć to nie jest koniec. To początek. Początek cierpienia. Już nie mojego. Waszego. Ludzi. Tych jeszcze żywych umarłych. Bo, tak czy siak, świat zaciągnie was pod ziemię niewiele później, niż mnie, wolną z wyboru. Zbuntowaną z wyboru, bo inaczej nie nazwę zawirowań w sercu. Ten szalenie przereklamowany narząd doprowadza mnie do niezdrowego stanu porzucenia racjonalności, tak, jak teraz. Gdy myśli błądzą, a ja resztkami sił modlę się do mojego Boga. Ale czy on naprawdę jest mój?...
Dusi mnie kłamstwo. Zaprzeczam sobie, nie chcę umierać, nie chcę, nie, moja dusza ma zamiar złamać stereotyp Syzyfa. Muszę... Stąd... Wyjść...
Nie słuchaj, proszę. Jest ze mną źle, zerknij tylko kilka linijek wyżej. Widzisz to wariackie pragnienie przemiany? Nie wychodzi mi wędrowanie prostą drogą, do celu. Upadam, upadam, znowu, boli... Jezu, mój krzyż jest mikroskopijny, ale zabierz go, nawet jeśli razem ze mną. Wybacz, bez ciebie nie dam rady. Czasu nie jestem w stanie pokonać...


Nie zareagowałam,
gdy dano mi szansę odwrotu.
Teraz zgniję tu,
umrę z braku perspektyw.

wtorek, 15 listopada 2011

14. (153)

Post z 27 kwietnia.
O, słodka towarzyszko... Melancholio, owiana tak niekorzystną opinią. Uchodzisz za symbol rozdarcia i wewnętrznej pustki.  A przecież jesteś tak wspaniałą przyjaciółką. Nie chcesz, bym przestała płakać. Pozwalasz mi wylać z siebie złość spowodowaną podłym światem, a zwłaszcza, podłymi ludźmi. Okładasz mą dłoń pocałunkami zimnymi jak lód, mówisz "Nie wstydź się, piękna, płacz, jest mnóstwo powodów. Zobacz, odchodzą od ciebie bliscy, nie spełniasz się tak, jakbyś chciała, musisz udawać radosną. Płacz! Tak trzeba!"  Ja się słucham. A potem usypiam, wtulona w twoją miękką poświatę. Sprawiasz, że w mych snach widzę śmierć. Wybawienie. Marzenie. Sens. Budzę się często z krzykiem. Ale ty natychmiast uspokajasz mnie, głaszczesz, wywołujesz potok słonej wody. Rano... odchodzisz. Zostawiasz mnie samą. A ja... momentami nawet szczerze się śmieję. Mija kolejny dzień, powiedzmy, nawet udany. Wówczas znów wracasz. O, jak miło. Jak cicho. Uderzasz mnie swym zimnym podmuchem, aż się krztuszę. Tęskniłam za tobą. Kocham cię. I nienawidzę jednocześnie. Łączy nas niewidzialna obrączka utkana ze strużek krwi. Choć chcę ją zdjąć, nic nie skutkuje. Tkwi na mym palcu, niezauważalna, a tak bolesna. Chciałabym, byś odeszła. Choć wiele ci zawdzięczam. Ty jedna do końca mnie rozumiesz. I uwydatniasz ból, jakbyś polewała rany roztworem soli. Tak trzeba? Czemu? W imię czego? Milczysz. Nie jesteś tak idealna, jak sądziłam. Nie wiesz wszystkiego. Nie znasz radości. Kiedyś dobrze było mi i bez ciebie. Usypiałam z nadzieją, z uśmiechem.
Złodziejko! Zabrałaś mi kawałek mnie! Wyrwałaś z serca radość! Dało ci to satysfakcję?!
Wybacz, najmilsza. Nie słuchaj mnie. Wiesz, kim dla mnie jesteś. Ukojeniem. Przy tobie nie muszę niczego udawać. Akceptujesz mnie taką, jaką jestem. Nie przeszkadza ci moja słabość, wrażliwość i naiwność. Każdy dzień uznajesz za nieważny. Tylko wieczory pozwalają zdjąć z twarzy sztuczną, uśmiechniętą maskę. Nie umiem się z tobą rozstawać. Pamiętam, jak ratowałaś mnie, gdy podawałam rękę Czarnej Damie. Szeptałaś, że jeszcze za mało cierpiałam. Że to nie czas. Teraz już wiem. Jestem tu, bo tak chciał Bóg. On przewidział w moim scenariuszu mnóstwo miejsca na łzy. Zagram swą rolę do końca. A ty, wieczna dublerko, podpowiadaj mi, co robić. Podaj rękę, gdy niewierni Tomasze podstawią mi nogi. Zniszcz to, co utrudni mi drogę. Tobie dziś zaufałam...




Zostań ze mną,
ta noc nie będzie łatwa...

poniedziałek, 14 listopada 2011

13. (152)

Nijakość wchodzi drzwiami, oknami i kominem. Wszystkimi szparami. Ogarnia mnie obojętność. Taka ludzka obojętność. Nie wiem, co czuć, jakoś tak mi pusto, zeszło ze mnie powietrze, a jednocześnie wypełnia mnie po brzegi. Brak mi sił, te dni tak się ciągną, pragnę odnowy, pragnę powiedzieć o tym wszystkim, o tym, co dobre, a jeszcze bardziej - co złe. Tutaj, we mnie, w tym nic nie wartym ciele, to się nie mieści. Pękam w szwach od nadmiaru samej siebie. Boli mnie skóra, pęka, krew się leje, pęka, a duchy sączą się na wolność. Niech mi ktoś powie, co jest w tym powietrzu, oprócz tlenu, azotu i innych pierwiastków? Coś... Tego nie da określić się żadnym innym słowem ani symbolem chemicznym. To po prostu coś. Coś, co skutecznie sieje we mnie niepokój, bez powodu, a nawet jeśli z, to jest błahy. Bardzo błahy, niezauważalny dla tych mniej słabych. Nie mówię głośno o tym, co czuję pod wpływem tych nie nie ważnych zdarzeń, zostałabym wyśmiana, niezrozumiana, wyszydzona. A to nic nie da, zupełnie nic, tylko trochę wody będzie więcej w hydrosferze ludzkich uczuć. Dla świata to ani strata, ani korzyść. Dlatego chcę, potrzebuję teraz kogoś, kto  potrafi i zdoła wylać tą krew zmieszaną z wodą ze mnie, kto mnie oczyści, da nadzieję raz jeszcze, porwie problemy i spali je w ogniu czystym, przejrzystym. Tylko o tym teraz marzę... Chcę choć na moment wyjść z ciała, uwolnić niecierpliwego ducha, zatracić się w łzach słodkich od szczęścia, ujrzeć iskrę optymizmu w oczach widzianych w lustrze co ranek. Ale teraz, gdy przez moje szare komórki prześluzuje się myśl... Bo przecież, halo, ludzie, to życie lubi płatać figle. To życie bezczelnie podkłada nam nie tyle nogi, co potężne kłody dębowe, by nas złamać, byśmy upadli. Więc niby kim ja jestem, by teraz tak się nie stało, by to nie przytrafiło się mi, teraz, tu, dzisiaj, jutro, kiedyś? Nic nie stoi na przeszkodzie, prócz  Boga, ale on jest raczej zajęty, wita nowych gości w Niebie i zsyła następnych nieszczęśników na Ziemię. Po co mu ja, taka nikłość, element niezauważalny? Przeraża mnie to, co robi mi wyobraźnia. Widzi czerń, czerń z domieszką czerwieni. Czarno, czarno, czarno. Ona trzyma w ręku pędzel i maluje mi scenariusze w barwie nocy, zlewające się z widokiem za oknem. Walczę z nią, ale jak niby mam pokonać samą siebie...? A czy istnieję jeszcze "ja"? Czy przypadkiem nie wypadłam z toru po drodze, nie umarłam? Ta kula utkana z obaw, cierpienia i wad nie jest człowiekiem... Ja nie zasługuję na zrozumienie. Na nic nie zasługuję. Modlę się do Tego, co Mu zarzucam błędy, do Tego, co mnie zostawił, choć to w rzeczywistości ja odkręciłam twarz. Wybacz mi po raz enty, ale, błagam, nie zostawiaj mnie tak, daj mi tą siłę, pomóż... Niech nadzieja raz jeszcze poda mi dłoń, nim utonę we własnych łzach... Boże. Ty jeden znasz moje imię...


Jeżeli moja śmierć byłaby twoim życiem - 
- zabiłbyś mnie?

niedziela, 13 listopada 2011

12. (151)

Nie miało tak być. Plany uległy nagłym zmianom, nie wiem, czy korzystnym. Mam wrażenie, że wlazłam z butami w czyjeś sprawy, że coś zburzyłam, zniszczyłam, poplątałam. Powinno się mnie za to porządnie ukarać, chłostą, czymkolwiek. Sumienie mnie gryzie. Wyciska łzy. Dobija mnie to poczucie winy. Dobija mnie fakt, że gdyby mnie tu nie było, to nic by się nie popsuło. Nie musiałabym wtedy myśleć, co będzie, gdy stracę skarb zyskany ręką egoisty. Przeraża mnie wyobrażenie o krainie bez Ciebie. Przeraża mnie fakt, że los może pokierować nas na właśnie taką drogę, gdzie znikniesz z moich oczu, przedzieli nas mur zbudowany z niezrozumienia innych ludzi. Nie chcę kłamać, jesteś dla mnie powietrzem, muszę tylko pamiętać, żeby w pewnej chwili nie przestać oddychać. Pomyśl, co by było, gdyby teraz kazał nam ktoś się pożegnać, tak na wieki wieków? Na Boga, nie przeżyłabym tego. Już sama ta myśl w niewyjaśniony sposób sprawia mi ból. Nie potrafię udźwignąć ciężaru egzystencji, to jest takie trudne, tak ciężkie... Zastanawiam się, czy długo to będzie trwać, ile dni/miesięcy/lat musi upłynąć, aż sytuacja unormuje się, aż atmosfera oczyści się z niedopowiedzeń. Tak, wiem, to tylko gra. Tutaj trzeba kłamać, by przeżyć i wygrzebać się spod stogu martwych ciał tych, co nie umieli przechytrzyć przeznaczenia. Sama też mogę stać się jedną z nich, z tych upadłych, przegranych, słabych... Jeżeli nie nauczę się praw egzystowania. Już teraz je łamię, krzywdzę ludzi, mocno, z korzyściami dla siebie. Boję się patrzeć w lustro... Widzę tam jakiegoś mordercę dusz, krwiopijcę, nieznaną mi sukę, co bardzo, bardzo lubi kopać leżących, przewracać stojących i rozrywać trzymających się za ręce. Nie wiem, co mną kieruje. Pozwalam okiełznać się manii egoizmu, by potem walczyć ze sobą, walczyć z sumieniem. Jego nie da się zagłuszyć. Nic nie działa. Ani głośna muzyka, ani pędzący tryb życia. Ono w dziwny sposób jest ponad tym wszystkim, przebija się przez barierę dźwięku i czasu. I choćbym nie wiem jak szybko biegła, to na marne. Sumienie jest we mnie, nie mogę go porzucić. Co mi mówi teraz?
Na tym świecie istniała jeszcze przyjaźń. Tworzyło ją wielu, a ty wybrałaś akurat tę. Zniszczyłaś ją, rozbiłaś, zabiłaś. Czujesz się teraz lepiej? Pomogło ci to? Tak? A teraz pomyśl, co jest lepsze: jedna szczęśliwa na chwilkę dusza, czy trzy wiecznie radosne z posiadania siebie? Dlaczego im to zabrałaś? Winnaś była wybrać mniejsze zło. A mniejsze zło w tym wypadku to jedna nieszczęśnica, nie trzy...



Zatraciłam się na moment,
poczekaj,
już wracam, 
już znowu mi źle na tej
brudnej ziemi,
mokrej od łez.

11. (150)

Nie ma wolności. Nic nie ma. To nie demokracja. To poddaństwo, szantaż i wieczne uzależnienie od świata. Jesteś człowiekiem wolnym? To podejdź do matki, pieprznij ją w twarz, potem zorganizuj zamach na przyjaciela, a na końcu zabij siebie. Nie? A dlaczego? Przecież jesteś wolny. A wolność to brak konsekwencji. Więc co? Nadal nazywasz się kompletnie niezależnym i całkowicie władczym nad swoim życiem królem? Bo ja, wyobraź sobie, nie. Ja nie mogę przyjaźnić się z każdym, nie mogę chodzić, gdzie chcę, nie mogę zachowywać się tak, jak rzeczywiście czuję się w środku. Tu nie ma możliwości egzystowania tylko według siebie. Tutaj trzeba patrzeć, bo inni widzą, szepczą, komentują, wymieniają zgryźliwe uwagi. Plują jadem, mieszają z błotem, ale gdy tylko na nich spojrzę, to w ciągu jednej sekundy wywołują na swoją twarz jakże przyjemny uśmieszek, oh, ah, ale my się lubimy, ojej, ale fajnie, tak, tak, uśmiechajmy się dalej, przecież to takie miłe, zwłaszcza gdy chwilę wcześniej kulturalnie obrabialiście mi dupę. Tak miło? Tak fajnie? Lubisz to? Lubisz zmuszać ludzi do płaczu, lubisz ich szmacić najboleśniej, jak się da? Egoiści z nas. Egoiści najgorsi z możliwych. Tak puści, tak fałszywi... Tak niewyobrażalnie wredni, że nawet Bogu za nas wstyd przed samym sobą. Życie nie jest piękne, nie dostrzegam w nim nic, co warte śmiechu. Szczęściem nazywa się tą znieczulicą, ten gniew, to antyludzkie wędrowanie. Nie wiem, po co istnieje w dzisiejszych słownikach słowo altruizm. Taki stan nigdy nie istniał, więc raczej też nie zaistnieje. Możemy o nim marzyć, ale co to jest marzenie? Czy to przypadkiem nie jest tylko nierealna wizja przyszłości, zbyt piękna, aby stać się prawdziwą? Tak, to jest właśnie marzenie. I zawsze nim pozostanie. Te spełnione przecież stają się automatycznie rzeczywistością,  przeszłością. A o niej lepiej nie wspominać. Jest pełna krwi, nienawiści, walki o siebie, z sobą, ze światem, z Bogiem. Ludzkość ma wiele na sumieniu. Te wszystkie grzechy, zdrady, oszustwa, kłamstwa... Kłamstwa idealne. Że będzie dobrze, że wszystko się jakoś ułoży... Wolność? To jest wolność? Nie wierzę już w żadne wasze słowo. Nastały czasy dyktatorstwa emocjonalnego. Dusze nie są duchem, mają swoje prawa, granice, których nie wolno przekroczyć pod karą psychicznego bólu... Dusze coraz bardziej się poddają, łamie się im piszczele, by nie uciekły, a one nie mają siły, nie potrafią tego przetrwać, krwawią... Zapomniały, jak smakuje świadomość bycia sobą dla siebie, a nie marionetką dla świata. Rewolucja nie wyszła mi na dobre. Teraz tkwię w czasoprzestrzeni z nożem w ręku, gotowa zapłacić wszelką cenę za swoje dobro. Zobacz, jaką idealną egoistką jestem... Nie wstydzę się, w tych czasach zapatrzenie w swoje potrzeby to znak rozpoznawczy naszego gatunku. Tego już nie da się odwrócić. To plaga, zabija powoli, ulegamy wszyscy, szykujmy groby dla uczuć...



Próbowałam być kimś innym,
ale zdaje się, że nic się nie zmieniło.

piątek, 11 listopada 2011

10. (149)

Oczekuję od innych zrozumienia, akceptacji, chęci poznania mnie. Tymczasem... ja sama siebie nie znam. Jestem całkowicie zależna od ludzi wokół. To oni decydują, czy się śmieję, czy płaczę. To oni nadają mi nowe cechy charakteru, to oni kształtują tą duszę, co się tłucze pośród ścian z błon i skóry. Przy nich zmieniam się jak kameleon, dopasowuję się. Ten czas to podobno czas poznawania siebie i kształtowania. Mi to kompletnie nie wychodzi, obleję ten test, nie zdam egzaminu z wiedzy o sobie. Wszystko jest całkiem znośnie, gdy jestem sama. Wtedy akceptuję tą pustkę w sobie, akceptuję to, że jestem nikim. Ale ci ludzie... To oni powodują straszliwy mętlik w głowie, zakłócają fale racjonalnego myślenia. Przy ludziach mówię to, co oni chcą, robię to, co każą, żyję, jak im się podoba. Nienawidzę tego. Przeraża mnie moja zmienność i różność, to nie jest łatwe, to mnie wyczerpuje, kiedyś zgasnę, pozostanę pustką na zawsze...
Nie podoba mi się ten stan. To ciągnie się przez kartki kalendarza, zegar gubi się, nie nadąża, czas się plącze, biegnie, zwalnia, biegnie, zwalnia, gubi rytm. Trzeba kogoś, kto zatrzyma czas, mnie i moje błędne myślenie. Sama... póki co, nie potrafię. Jestem zbyt słaba, nieokiełznana, dziwna. Nie pasuję tu. Czuję to. To udawanie nie pomaga, to nie działa, na marne moje próby wymuszenia naturalnego uśmiechu powtarzane codziennie przed lustrem. Gdzie jest instrukcja obsługo do mnie? Przecież musi być jakieś rozwiązanie, przecież... Nie, nie wierzę, że to ma trwać i ciągnąć się bez końca. W głowie kołacze mi się stado myśli. A jeśli tak będzie już zawsze? Jeżeli... Boże, jak mogłeś odejść stąd? Ja wiem, są ode mnie ważniejsi, są głodni, brudni, umierający, masz masę pracy. Ale nie zapominaj, ja tu jestem, oddycham, truję się tym tlenem. Czemu mnie zostawiłeś? Przygarnij mnie znowu, albo raczej zawróć mnie, przecież wiesz, jak jest. Ja tylko tak mówię, wiem, jak jest. W rzeczywistości to ja zawsze odchodzę. Zwalam winę na Ciebie, bo tak łatwiej, jesteś przeźroczysty, czysty, fajny i w ogóle... boski taki. Aczkolwiek nie ocalą mnie noce łez i modlitwy. Próbowałam klęczeć, próbowałam mamrotać pod nosem... Teraz ty spróbuj mnie wyciągnąć choć raz tak na siłę. Zapomnij, Ojcze, o tej wolności, o grzechu moim i pierworodnym, weź mnie na ręce i wynieś mnie z tego bagna, choć raz, choć raz, jeszcze raz, znowu, setny raz, tysięczny...



Daj mi znak
Wróć do końca
Pasterzu przeklętych

9. (148)

Nie trzeba mnie walić po twarzy, nie ma potrzeby, żebyś podstawiał mi nogę, nie wysilaj się i nie kop mnie w brzuch. Takim bólem mnie nie złamiesz, więc nie próbuj, na marne pójdzie twój wysiłek. Ale wiedz, że czasem jedno zdanie, słowo, sylaba wpełza we mnie, przechodzi przez przełyk, rozrywa go, potem przez żołądek, tak, pamiętam to uczucie dokładnie, jakby przez moment w brzuchu była bryła żelaza nie do strawienia. Potem, przez żyły, płyną te słowa, płyną, ranią, rozszarpują żyły, krew się wylewa, dociera do oczu, a w nich w dziwny sposób staje się bezbarwna i słona. Chce uciec ode mnie, ale je powstrzymuję, z trudem, sił we mnie tak mało. Ale to nie ten moment najbardziej mnie krzywdzi. To chwila, gdy twoje myśli docierają do moich. I zderzają się, zderzają się w walce, która trwa ułamki sekund. Wtedy moja dusza przegrywa, zdaje sobie sprawę, że świetnie wyszkoliłeś język, on doskonale wykonał cel, niewidzialnymi rękami liter wziął gwoździe i przybił mnie do ściany. Takiego bólu nie rozumiem, nie potrafię opanować, nie kontroluję go. Jest taki przeszywający, jest tak głęboki, zostawia blizny, trwałe, a niewidoczne. Nadal chcesz mnie niszczyć? To mów do mnie. Mów, jaka jestem. Powiedz, że jestem idiotką, że jestem głupia. Nazwij mnie jakimś perfidnym epitetem. Określ, jaki ze mnie nie-ideał, no dalej, dalej. Wierz lub nie, to o wiele skuteczniejsze niż kuksańce w bok, niż szarpanie za włosy. Bólu fizycznego nie powinniśmy nawet porównywać z psychicznym, ten drugi jest nieporównywalnie większy. Jest nieporównywalnie większy, silniejszy, niewidoczny...
Albo nawet nic nie mów. Tylko wytknij mnie palcem, spójrz na mnie z pogardą, wybuchnij upokarzającym i poniżającym śmiechem na mój widok. Takie nic, a tak boli. Być może nie potrafisz tego zrozumiesz, nie zaliczasz się może do grupy głupców (nad)wrażliwców. Może nie wiesz, co oznacza dla takich ludzi słowo "noc". To czas, gdy sen jest tylko dodatkiem. Nocą się cierpi najmocniej. Nocą łzy płyną jak z kranu, wszystko jest takie puste, beznadziejne, samotność wlewa się przez szpary, ciszę zakłóca tylko rytmiczne pochlipywanie i gwałtowny oddech. A ty? A ty żyjesz z dnia na dzień, cieszysz się ze wszystkiego, uśmiechem jesteś nawet bardziej niż sobą. Martwisz się małą sprzeczką z ojcem, kiepską oceną, albo nawet i się nie martwisz. Szkoda, że nie widzisz, jak wbijasz w ludzkie dusze noże, masz ich mnóstwo, wypadają ci z kieszeni, ranią, ranią, ranią, zabijają. Uświadom to sobie. Zrozum to. Jeden zabójca mniej to już sukces.


Ciśnienie wzrasta,
deszcz, woda,
deszcz
na policzku...

środa, 9 listopada 2011

8. (147)

Ten czas biegnie za szybko. Czuję to mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. Okres beztroski i wiecznego śmiechu mam dawno za sobą, a teraz, gdy patrzę na kalendarz, uświadamiam sobie, że przecież za parę miesięcy będę już w liceum, będę zupełnie w innym miejscu. Z dnia na dzień będą wymagać ode mnie coraz więcej dojrzałości, choć w głębi duszy mam poczucie, że nawet nie zdążyłam skorzystać z darów losu. I czego chcę od tego życia? Chociażby tego, by zwolniło. To tempo jest wysoce niebezpieczne. Mój najlepszy czas minął, ale nie chcę, by zatarły się wspomnienia. To jedyne, co mi zostało z przeszłości. Ja nie chcę zapomnieć. Nie chcę, by chwile znikły, nawet te złe ulokuję w sercu. Bo to przecież wspomnienia tworzą moją emocjonalną stronę. To one mnie uczą tego życia, poruszają mnie niczym gracz pionek, choć mam na oczach opaskę. Muszę ufać przede wszystkim sobie. I w tym jest największy problem. Nie wiem, kim jestem, co tu robię, co znaczę. Nieświadomie kroczę przed siebie, udając, że mam nad tym kontrolę, że panuję nad swoją egzystencją. To nie tak, nie wierz mi, ja kłamię, kłamię ciągle, ja... Ukrywam pod kłamstwem swoje ego, robię to tylko po to, by uniknąć głupich pytań, by się odgrodzić od tego świata, zamknąć go za żelazną bramą a klucz wyrzucić. Ale tu pasuje każdy klucz, nawet ten z plasteliny czy papieru. Nie da się uciec od tego egoizmu, od fali znieczulicy. Tu wcale nie jest tak kolorowo, jak na obrazkach i pocztówkach. Czekam na jakieś ratunek, na cokolwiek, znak... Nadzieja? Nadzieja to ja. A mnie nie ma. Analogicznie, ona także umiera. Razem ze mną. Jest jedna zaleta: przynajmniej była obok zawsze. I trwała ze mną w tej rutynie tylko po to, żeby teraz zauważyć, jak to wszystko jest nudne, monotonne i płytkie. Tu się nic nie dzieje, nawet nie próbuję tego życia streszczać, bo niemal każdy dzień byłby bisowany przez następny. I nawet, gdy coś by się zmieniło, to i tak mam w sobie poczucie winy. Zmarnowałam cały ten czas... Bezmyślnie roztrwoniłam go, nie umiem nawet sprecyzować, na co. Przeciekał mi przez palce tak delikatnym ruchem, niewyczuwalnym... Tego się nie da naprawić. Jedyne, co mi pozostało, to nie pozwolić by przyszłość miała równie smutne barwy. Czekam jedynie na dostawę farb, uczuć, ludzi... Ktoś tu musi przyjść. Tej pustki jest za dużo, sama jej nie pomaluję...


Poduszka mnie nie kocha,
co z tego, że jest miła
i lubię ją przytulać...?

wtorek, 8 listopada 2011

7. (146)

Ta dawka nie wystarczyła na długo. Była tylko chwilowym przyćmieniem tego, co już gdzieś we mnie zaczynało się burzyć. Teraz czuję, jak bardzo potrzebuję lekarza, ale nie takiego, co mu płacą co miesiąc. Tylko takiego, co już z chwilą urodzenia był lekarzem. Lekarzem do duszy, bezinteresownym. Takim, co nawet swoim śmiechem leczy...
A teraz? Teraz jestem tu, i nie wierzę w nic, z wyjątkiem Boga. Jest ta chwila, jest ten czas, są pytania, a nie ma nawet nas. Nie wierzę w nic, co powstało na tej Ziemi, nie wierzę w uczucia, nie wierzę w relacje między ludźmi, którym nadaje się bezsensowne nazwy. Przyjaźń... Wsłuchaj się w to słowo. Syczy w ustach. Jakby koli w serce. Bo to od przyjaźni, a właściwie tylko od tej nazwy idą pasma niedopowiedzeń, przynależności i chorych pretensji o nic. Przyjaciele to tylko dwoje ludzi, co im się wydaje, że się kochają, że do siebie należą, ze są ze sobą i dla siebie. To złudzenie. Nie. Wierzę. W to. Kłamstwa tego typu chodzą po świecie i są na tyle częste, że stały się częścią normalności. Przyjaźń to żniwiarz ofiar. Nie wiem, czy chcę w tym uczestniczyć. Przepraszam. Ja wiem, że tymi słowami ranię niektórych czytających, ale... to jest chyba zbyt bardzo ludzkie, abym brała w tym udział. Nasza przyjaźń to tylko cierpienie innych. To tylko kolejny sztylet, nóż, co z tego, że taki ładny, kolorowy, ozłacany tu i ówdzie? Co z tego, pytam?! Ja wiem, jak bardzo boli być tą wyłączoną z grona przyjaciół. Ja wiem, jak to jest być tą niepotrzebną, odrzuconą. I gdy tylko pomyślę, że ja także mogłam kogoś do takiego stopnia zranić, to mam ochotę wziąć swoja głowę i wyrzucić ją za okno. Nie tak się zachowuje porządna, grzeczna dziewczynka. I chyba wolę tu umrzeć, użalając się nad sobą, niż gadać tylko o niedoszłych miłościach i napędzających nadzieją uśmiechach. To mnie nie dotyczy, co więcej, nawet nie obchodzi. Przestałam stawiać miłość na podium. To nie jest nic warte. Wszystko obraca się wokół nas, wokół tego, jak się czujemy, ale przecież nie można wciąż popełniać tych samych, durnych błędów. Ile tak będziemy grać?! Ile trupów nam padnie pod nogi, ile dusz umrze przez nasze egoistyczne hipocentrum gdzieś w głowie?! Nie chcę przykładać do tego ręki. Choć i tak mam swój udział w tym akcie zbiorowej męki, to teraz umywam ręce niczym Piłat, nie wydają bezpośredniego rozkazu, ale wam nie bronię, zabijajcie się, dalej, dalej, siekiery macie w dłoniach, ostrze plącze się wam w ustach, bije nóż w płucach, oddychacie trucizną. Zabijajcie się, ale beze mnie. Stop. Wycofuję się...
Przyjaźń nie jest dobra. Ona niszczy to, co swobodnie się rozwija, to swego rodzaju prawo dla spontaniczności, ograniczenia, niepotrzebne zasady... Droga donikąd. A nawet nie droga. Przepaść. Dół. Piekło.


Bo tylko ty
możesz pomóc mi i sprawdzić,
że przestanę się cały czas zabijać, 
że krew przestanie bryzgać,
że na nowo pokocham to,
co mam,
choć jest tego tak niewiele...