sobota, 23 stycznia 2016

1. (338)

Nie śnisz się, nie pojawiasz. Nie mówisz nic do mnie. Czy to ten huk, ten natłok niepotrzebnych zdarzeń, to zbiegowisko wślizgających się do uszu dźwięków, okruchów szkła z ostrych słów przechodniów, gorących iskier spod kół, drażniących cząsteczek brudnego powietrza? Czy to jakiś mur, który wyhodowałam w sobie, papka tłustych, gęstych myśli, wyobrażeń i założeń, przez którą żadne z Twych kojących słów nie może się przecisnąć? Cisza. Jedyna odpowiedź, jaką rozumiem. Jedyna, jaką odbieram.
Bardzo mnie boli ta dziura, jaka po Tobie została. Wciąż puchnie i krwawi, zalewa się ropą. Wiatr świszczy w niej, przechodzi na wylot, a po plecach sunie fala wzdrygających dreszczy. Nie goi się. Życie miewa ostre krawędzie, szwy prześlizgnęły się po nim jak struna, pękły z głuchym echem, które odbija się od pustych kości czaszki do tej pory. Martwica tkanek rozrasta się. Pełznie po tkankach jak wąż po lepkich, mokrych kamieniach, a mnie paraliżuje niemoc. Zimny lęk okala dłonie, kostnieją, przestają być posłuszne. Chcę z siebie zrzucić to piętno, zacząć piszczeć, machać rękami, odgonić, przestraszyć, jednym ze zbędnych ruchów je z siebie zrzucić. Nie dane mi jednak odnaleźć w sobie tej wiązki ciepłego światła, strumyka niewidzialnej siły. Zęby drgają od nacisku mojej woli, powieki zaciśnięte marszczą się gdzieś w rogach. Mięśnie w bezruchu. Zawieszone na kościach niczym stary płaszcz na wieszaku. Szkoda wyrzucać, szkoda odbierać miano użytecznego. Może się jeszcze kiedyś przyda.
Nie maleje ból i nie mylę go naiwnie z cierpieniem zdrowienia. 
Czy To jest konieczność? Czy to jest niezbędne? Nie wierzę. Nie wierzę w leczące właściwości czasu. On ma przy sobie łopatę, solidną, żelazną, kopie dół zaraz obok Ciebie i szydzi. Wytyka palcem słabość i wtyka dłoń w te ślady, gdzie dotąd było Twe miejsce. Dłubie i nie omieszka zapomnieć o delikatności, drażni tkanki swą powtarzalnością.
Po coś, głupi, przyniósł śnieg, po coś dał grudniowe momenty wyjątkowości, po co dałeś święta, dni podobne i znajome, miejsca bliskie i utkwione gdzieś w pamięci ciągi zdarzeń, skoro nie ma w nich, SŁYSZYSZ?!, nie ma w nich tych samych twarzy...
Świat mi się wrogiem stał. Pod ziemię schował wszystko, na czym mi tak zależy. I nie śnisz się i nie pojawiasz, a warstwa piachu gruba jest, zmarznięta, nieprzenikalna dla kropel, co sieję je, gdy zamiast widzieć Cię i trwać przy Tobie, dotykam tą gnijącą dłonią bariery z gładkiego marmuru.


Wróć.


muzyka:

sobota, 17 października 2015

1. (337)

Sakramentalne, ceremonialne i kontrolowane przez każdy nerw wracanie do przeszłości. Nieumiejętne mniej lub bardziej, usiane świadomością bezradności wobec czasu i jego niezmiennie od miliardów lat punktualnej jednostki. Obracam w dłoniach sekundy,  a one lekko lśnią i połyskują w blasku świec. Nie panuję nad tym. Nie panuję nad torem, na który wkroczyłam, wokół jest ciemno. Namacalna jest gęstość tej przepaści, czuję jej lepkość, jej zatykającą pory mazistą strukturę. Pachnie porażką. Łzy cisną się do oczu.
O nie. Nie tym razem.
Wbijana pod paznokieć cienka szpileczka. Pełznąca po liniach bólu i przeszywająca. Mocniej. Upokorz mnie. Zmiażdż mnie bólem. Pokonaj mnie.
Zagląda mi w oczy strach. On się nie boi. Nie puka. Zagląda, a widząc to opadające w dół spojrzenie, skocznym ruchem gałki wędrującym od nicości do nicości, wprasza się. Z hukiem, stukotem i wrzaskiem pękają wewnątrz żyły, cieknie po kościach, stawy się topią od temperatur, usta zrastają od zbyt długiego milczenia. Nic Ci nie powiem, nic nie pokażę. Nie umiem. Nie kwituj mnie osądzeniem. Nie umiem, choć pragnę. Jedynym wołaniem o pomoc były te oczy, tym spojrzeniem wrzeszczałam i tylko nim dawałam wydostać się do atmosfery wszelkiemu cierpieniu.
Ale to zbyt mało. Za cicho. Z przesadzoną subtelnością. Ze zbędną metaforyzacją. Wołanie wybite z pustki, od ściany odbite, wraca. Wraca bez odzewu.
Każdy dzień kołysanką do snu. Każdy dzień krokiem w stronę ulgi.
Odejście bez pożegnania lub z pożegnaniem zgubionym gdzieś na chłodnym wietrze, wśród natłoku i mętliku zdarzeń, pomiędzy zmianami, większymi niż dotychczas. Odejście, które pochowało mnie gdzieś obok. Gdzieś pod chłodną, acz gładką i lejącą strukturą marmuru. Ostatni Twój dotyk jak przez mgłę. Ostatnie słowa. Pewnie "dobranoc". Pewnie to mówiłam, wracając do siebie. Wracając spokojniejsza, uciszona, rozgrzana herbatą z pigwą. Tak, wiem. Zawsze lałam jej za dużo. Zawsze tłumaczyłam, że lubię kwaśny napar. Zawsze w odpowiedzi karcące westchnienie, ale i ten błysk żartu w oczach.
Gdzie. Gdzie mam teraz pójść. Co mam teraz zrobić. GDZIE MI BĘDZIE TAK W DOMU JAK U CIEBIE?...
Zabrałaś się. Zabrałaś się stąd bez słowa. O tyle miałam jeszcze zapytać. Tyle historii poznać. Tyle godzin skierować na leniwy tor spokojnego, kojącego głosu, zabraniającego sekundom gnać z pośpiechem. Powiedz, kto jeszcze tak potrafi słuchać? Gdzie szukać mam tej bezinteresowności i wiecznie otwartych drzwi?
Odpowiedz. Odpowiedz. Odpowiedz.
Zasnęłaś mi, zanim powiedziałam to ostatnie już "dobranoc". Zasnęłaś. Jak mam, z tym tnącym skórę niewypowiedzeniem, iść i mówić i układać wargi na kształt uśmiechu?
Zamykam oczy i niemal Cię czuję. Gdzieś na drugim lewym międzyżebrzu. Gdzieś tu. Trzymaj tam, proszę, mocno, uciśnij niezakrzepnięte rany, póki ten żal, póki ten strach przed Twą nieobecnością przestanie górować ponad jakąkolwiek miarę. Póki nie pożegnam się z Tobą ze spokojem.





czwartek, 19 czerwca 2014

1. (336)

Rozcieńczona samotność. Wygładzona na krawędziach, wypiłowana, oszlifowana, polakierowana i wyprasowana. Ubrana w ładny kubraczek pozorów i lśniąca uroczo w słońcu, lecz rdzawo w świetle księżyca, krzywymi liniami łamana, z ostrymi kantami, z syczącymi pod paznokciami powłokami, z brudem w załamaniach, z cierpieniem w kieszeniach. 
Nie odejdziesz, wierna powierniczko. Odporna na jad wysączony z winy tej drażniącej, toksycznej codzienności, niewzruszona na widok soczystej czerwieni, karminu ciszy i brunatnego krzyku. Nie odejdziesz, powtarzam, ni to do siebie, ni do przestrzeni.
Cicha przyjaciółko. 
Jednak NIKT nie potrafi Cię wygnać. 
Wracasz, a widok Twój znajomy bardziej niż własny uśmiech widziany w cudzych oczach. Wracasz, a ja mimowolnie otwieram ramiona. Wyprosiłam wszystkich. Ledwie skończyłam opowiadać o tym, jak to znikam, idę, może spać, może jeść, jak to czasu mi brak i czasem mnie brak, a już bez pukania przekraczasz próg, sprawdziłaś dokładnie w kalendarzu - dziś mam dla Ciebie kilka wolnych, niezapełnionych błahościami chwil. Dziś mogę pozwolić sobie na umieranie. Na rozkład do łez, krwi, na syntezę myśli do postaci przykrej papki, rozlazłej i lepkiej. 
Wina korzeniami sięga głęboko we mnie. Kamieniem węgielnym jestem własnego lęku, a on dla mnie metafizycznym odpowiednikiem oddechu. On dla mnie drzazgą w skórze i solą w oku, słodkością największą i marchewką na kiju, co skocznie mi dynda przed nosem. Stworzona do strachu i z niego ulepiona. A Ty patrz, zerkaj raz po raz, jak niszczę się za zamkniętymi drzwiami, oknami, ścianami. Jak oplatam się siecią własnych ramion i ciemność przytulam do ust najczulej. Głaszcze mnie bezradność po wilgotnej twarzy. Po dotyku zostają głębokie na centymetr szarpane rany. Jakże pięknie. Jak cudownie. Neurony płoną i ból rozrywa włókna mięśni. Tak mi dobrze. Tak mi graj.
To stan pomiędzy przepaścią a spadaniem, wdechem a wydechem, nocą a dniem. Nieokreślone bliżej zawieszenie, nienazwane załamanie czasoprzestrzeni. Boleść, jakaś boleść, bez lokalizacji, współrzędnym geograficznych, stałego miejsca zamieszkania. 
Gdy już wypchnięta zostanę z letargu, nie powiem Ci ani słowa. Odbiją się moje zdania i wrócą skrzywdzone, ponadrywane i błędnie zinterpretowane. Śmiech wyrwie się z tchawicy, zadrży przepona, kilka dni w przód lub wstecz się przewinie, a gdy zapomni świat o tym sercu, co tłoczy we mnie życie, ona znów przyjdzie niezapowiedziana. I choć rozcieńczam ją wspomnieniami, bisowaniem chwil, to wraca, z tak stałym, niezmiennym wyrazem twarzy. Kołysze mnie delikatnie, nie gani.
A otworzywszy oczy, drażnione światłem dnia, na ustach czuję słoność. Wróciła.
Wróciła.




 Have become all I lost.

post pisany przy utworze:

niedziela, 27 kwietnia 2014

1.(335)

Zapomnienie, na które się czeka. Wygląda się go i pragnie zgnieść w małą, papierową kulkę wszelkie wspomnienia i móc rzucić nią za siebie. Czekam na sklerozę uczuć z tęsknotą i wycieńczeniem, lecz gdy ran dotykam, chcąc sprawdzić stan ich zagojenia, wykrzywiam twarz, zaciskam zęby, napinam mięśnie. Nie drgnęło ani o milimetr. Wysącza się wciąż lepkość i gorycz, nie chcą zabliźnić się ślady po słowach, gorących, ciekłych, niezasłużonych. A to milczenie jest jak cenzura pod postacią gwiazdki zamiast jednej z liter w wulgaryzmie. Unikam soczystego, raniącego co wrażliwsze uszy wykrzyknienia, uznanego z dziwnych powodów za ordynarne, choć nie zmienia niczego zasłonięta gwiazdką losowa samogłoska, wciąż widzę kształt, czuję smak Twojego imienia, wciąż rozcina mi boleśnie wargi, krew skapuje wolnym rytmem na zabazgrane niebieskim tuszem kartki, te, na których pisałeś, że warto.
Nie warto.
Omijam zakazane miejsca, przedmioty i imiona, nie tracąc przy tym, też nie zyskując, skacząc nieopatrznie przez kałuże bólu, który i tak leje się z nieba. Strumieniem.
Próbom sprecyzowania, czego mi brak, kłaniam się nisko i z pokorą, znam swą straconą, marną pozycję, dostrzegam tę słabość wobec przeszłości, przygasłą z wierzchu, zastygłą, lecz jak lawa, wewnątrz buchającą gorącem. Nie umiem nadać nazw własnych tym stanom, miejscom i uczuciom, których nieobecność wyłamuje ze stawów palce, wykręca w paranoidalne kształty moralne kręgosłupy, wyrywa włosy i podrażnia skórę.
Niezdolna jestem do mówienia. Do milczenia tym bardziej. Tylko tęsknię jeszcze resztką sił i resztką marzeń. Do kłamstw, ułudy i obietnic, tych rzucanych jak bumerang, teraz tnący równe linie po skórze, jak nóż po kartce. Z gładkim świstem papieru, niestawiającym oporu. Gdzieś w tym zasłodzonym świecie, narysowanym iluzjonistyczną porcją zdarzeń, jest jeszcze miejsce, o którym wciąż marzę. Ulepek bodźców pobudzających zmysły, kilka strzał nasączonych trucizną i trafiających w sedno. W okolicę serca, kilka centymetrów zaraz nad przeponą, pod kilkoma z krzywych, wapiennych żeber. Nie pytaj, proszę. Tak, boli. Tak, wciąż świdrująco wżyna się w intensywnie pracujący mięsień. Tak, zdarza mi się upaść na kolana i modlić się do pędzącego czasu o bis choć kilku godzin z przeszłości. Siada wtedy obok mnie lekko i spokojne świadomość wartości tych zwykłych, następujących po sobie dni. Gdy uśmiecham się już bez tego wahania i analizy przyczynowo-skutkowej.
O tym Ci chcę powiedzieć. Najbardziej. O tym chcę wykrzyczeć prosto w twarz. Tęsknię, gdy niechcący zapomnę się, za wykreowanym stanem, za Twoją składnią i echem dzwonka do drzwi, ale nie za Tobą. Już nie.
Czekam na sklerozę uczuć i mam ją już w zasięgu ręki. Wysprzątałam komory i przegrody serca, i drzwi do niego otwieram. Bo wiem, że tym razem nie wpuszczę tu byle kogo.



Home is wherever I'm with you.

czwartek, 27 lutego 2014

3. (334)

Słowa. Wszystko miało w sobie jakiś wspólny punkt ze słowami, obracało się wokół nich, dla nich i do nich dążyło, na nich się opierało. Stanowiły filar, fundament, rusztowanie. I właśnie gdzieś pośród tych maczkiem zasianych, gęsiego idących lub jak mrówki po niewidzialnej ścieżce na kamieniu słowach przemycone zostało zasadnicze pytanie. Rzucone przypadkiem, jak śmiech wywołany przyszłym znikąd wspomnieniem, jak kichnięcie pojawiające się szybciej, nim się je zdąży powstrzymać.
Oni kochali słowa. Pasjonowali się nimi i tworzyli kolekcje. Tonęli w słowach, zaczerpując oddech tylko w chwilach poświęconych na słuchanie. To pytanie, jak ostatni błysk żarówki przed spaleniem, zjawiło się, a wyglądało na całkiem niewinne. Było różą, młodą, bezbronną, ale już poświęcającą większość energii na wytworzenie kolców.
O czym marzysz? 
Jej oczy zapłonęły, jak węgliki, przypomniało mu się nagle dzieciństwo, gdy siedział oparty o gorący, kaflowy piec, przy nim klęczała babcia, co raz w znanym tylko jej systemie czasowym dokładająca do ognia przeróżności: od pospolitego węgla czy gazet do niekonwencjonalnych obierków po ziemniakach. Uwielbiał wtedy jej słuchać, już wówczas rodziła się w nim pasja gry słów, ich piękna, a oczy babci, zaskakująco młode, lubiły ćmić tym samym blaskiem, jaki widział teraz
Gdybym tylko potrafiła wymienić wszystkie swe marzenia. Chcę koniecznie mieć więcej książek, potrzebuję też jakiegoś kwiatka na okno, sam zresztą wiesz, strasznie tam łyso, hm... Zbiłam też ten kubek, ulubiony, fajnie by było znowu trafić na jakiś podobny... Chcę też mieć kilka nowych sukienek, to lato ma być wyjątkowo ciepłe, ach, no i ogród, widziałeś, ile tam trzeba zmienić? Zrobię tam huśtawkę, tak, i jeszcze...
Bombardowały go wciąż nowe, coraz bardziej wymyślne i konsekwentnie głupsze elementy składowe wyliczanki, jakiej wcale nie oczekiwał i właściwie nawet nie chciał. Zacisnął zęby. Nie tak. Inaczej. Nie tędy.
O czym marzysz, nie jakich materialnych i całkowicie nieistotnych rzeczy, wydaje Ci się, że potrzebujesz. O czym marzysz, a nie co wypada Ci posiadać i fajnie byłoby mieć. Czy aby na pewno pytanie przeze mnie wypowiedziane było tym samym, co to przez Ciebie usłyszane? 
Ona milczy. Przygląda mu się z dziwnym skrzywieniem, jakby chciała powstrzymać siłą woli nadchodzącą falę emocji. Odpowiadała mu na to pytanie wiele razy, lecz wyłącznie w swej wyobraźni, a były to za każdym razem odpowiedzi nieskalane kłamstwem i iluzją. Jednak teraz nie miały one już sensu. Nie powie mu przecież, że chciałaby, by został. Do wieczora, do końca tygodnia, do końca roku, na zawsze. Nie powie o tym, jak szaleńczo pragnie częściej skupiać się na teraźniejszości, a nie wciąż, niemal nieustannie rozgrzebywać stos wydarzeń z przeszłości, dostrzegając przy tym wyłącznie negatywy. Nie wolno jej przyznać się do słabości, jaką u niej wywołuje. Nie wolno jej ujawnić ani słowa.
Patrzy na nią, czeka. Uśmiecha się szyderczo, zupełnie tego nie kontrolując, a wewnątrz wyzywa się od idiotów, głupków i histerycznych romantyków, zabawiających się w przyjaciółki. Kim on jest, by definiować istotę marzeń. Kim on jest, by narzucać JEJ reguły. Chciałby usłyszeć tak wiele, poniekąd także o tym właśnie w tej chwili marząc, lecz rezygnuje, rzuca w niepamięć to durne urojenie o rzekomej wyjątkowości ich relacji.
Nieważne, mówi, a z jego twarzy nie znika zgryźliwość. Nieważne. Wstaje, chwyta się prostych czynności, zbiera pokaźną kolekcję kubków po herbatach. Potrzebuje czymś się zaabsorbować, zająć myśli.
Nieważne, ona jak echo, bezszelestnie, powtarza pod nosem, tylko do siebie, jakby chcąc w to uwierzyć, zaakceptować to ciosające słowo.
Masz rację, nieważne.  
Z jego rąk wypada szkło. Krótki trzask. Oboje zerkają na siebie bez słowa. W ciszy sami dopisują interpretacje.
Ona trzyma trzyma gwóźdź przyciśnięty do powierzchni zbudowanej z setek cieniutkich włókien, z wielokrotnie zbudowanych zdań, podrzędnych, nadrzędnych, pytających. On pewnym ruchem celuje, skaluje odległość, podnosi do góry młotek i bierze zamach. Pęknięcie jedno, drugie. Zaciśnięte mają pieści i trzeźwe spojrzenia, a całe wilgotne, słone poczucie bezradnej niemożności wypowiedzenia swych myśli do siebie nawzajem zbiera się w kącikach oczu.
Nieważne. Upadły mury budowane słowami, a to jedno, to jedyne - zostało.


You know the truth is a much harder sell

post pisany przy utworach:
Fink - Save It For Somebody Else

niedziela, 16 lutego 2014

2. (333)

Gdzie jesteś? Stracony wątku i kwintesencjo zdarzeń, pytam, gdzie jesteś? Czyżbym zgubiła Cię przypadkiem, przez pośpiech, a może z własnej winy? Czy może wymierzono we mnie zasłużoną karę, ukarano za wszelkie przewinienia i "więcej grzechów nie pamiętam", bądź zupełnie przypadkiem dostałam gromem w plecy? Gdzie jesteś. Pytam i szukam i czekam i błądzę, po horyzonty wzrok wytężam, nadstawiam uszy i analizuję zapach powietrza. Boli Cię może dziś serce w miejscach, gdzie go dotknęłam, gdzie zajrzałam, gdzie miałam być? Powiedz, czy chwyta Cię czasem ten ból, ten trzask, gniecenie, sumienie daje kuksańca w żebra, wspomnienia świdrują kości, drgają dłonie ze strachu? No powiedz. Nie czekaj, się przyznaj, upewnij, pociesz mnie choć jednym słowem, abym wiedziała, iż ze wszystkich błądzących wewnątrz uczuć choć jedna jedyna tęsknota jest odwzajemniona.
Podam na kolana. Składam ręce jak do pacierza, jak małe dziecko na siłę uczone, któremu ręce koślawo się wykręca na kształt nieudolnego krzyża, i z tą samą nieporadnością łypię ku górze szukając swojego boga, swojego bóstwa, szukając alfy i omegi dla moich wszystkich pytań, powodu dla każdego oddechu, lecz - nie widzę Cię. Nie wiem, czy chowasz się z żartem w domyśle, z przekąsem na twarzy, może gniewasz się, że jestem nie taka i WŁAŚNIE taka, lecz przejdzie Ci przecież, nie może być inaczej, gniew wyparuje wraz z poranną rosą. Szukam, może przechadzasz się po ogrodach, do których mnie jeszcze nie wpuszczono, bo nie zgrzeszyłam, nie wgryzłam się w soczysty owoc (nie)odpowiedzialności, może w tej skulonej postaci chwilę poczekam, a wrócisz. Nachalność prosi się usilnie, ze śliną niesie do ust pytanie, niechcący z powietrzem wypełzło, aż wstyd mi mego zniecierpliwienia, ale... Gdzie jesteś?
Gdzie jesteś?...
Przyjdź. Póki jeszcze ma siłę, kwitnie we mnie ten obudzony promieniami nadziei kwiat oddania, póki ból, przekrystalizowawszy w gotowość poświęcenia i uwielbienie, pragnę złożyć w Twe ręce, wręczyć Ci taki własnoręcznie ulepiony, lichy order, wciąż jednak najlepszy, na jaki mnie stać. Zetrzyj mi z twarzy mokre, lepkie błoto, w które wepchnąłeś mnie, z pewnością niechcący, niemyślący, niezastanawiajacy. Pluń na mnie ponownie, jadem, porzuć mnie raz jeszcze, a i tak wybaczę. Gorliwą, acz naiwną będę matką i na każdą Twą nieobecność znajdę odpowiednie usprawiedliwienie. Potulnym, ale głupim będę psem, wrócę po każdej obeldze, z podkulonym ogonem, który, na Twój rozkaz, jak opętana mogę w kółko gonić, do zawrotów głowy, do omdlenia, do zawału i do śmierci. Gdy tylko rozkażesz. Gdy wrócisz.
Przyjdź. Weź ze sobą nóż, kilka kwaśnych słów i przyjdź. Podnieś dłoń do góry, wyceluj w jedno z nas. Wyceluj w to, które nas zniszczyło. Wyceluj a potem, proszę, przynajmniej mnie pochowaj.


Our weary eyes still stray to the horizon 
Though down this road we've been so many times .

post pisany przy utworze:
Pink Floyd - High Hopes

niedziela, 9 lutego 2014

1. (332)

Drogi Czytelniku! Czy kiedykolwiek udało Ci się ubrać w słowa własne myśli? Nie tak o prostu, jak zwykle przekazujemy je w kilku zdaniach, w formie niezwykle uproszczonej, komunikatywnie poprawnej, acz pozbawionej tych zawiłości, ozdobników, jakie towarzyszą im, zanim jeszcze wypełzną na powierzchnię rzeczywistości? Udało Ci się? Mi chyba nie. A nawet jeśli gdzieś, kiedyś, może przypadkiem, to jednak nie pamiętam tego, a więc nie było to zdarzenie na tyle dosadne. A w istocie - gdy komuś udaje się wręcz wyjąć własny mózg (albo też duszę, wierzę, głęboko wierzę, że duszę, myśli muszą pochodzić z miejsca nieposiadającego cielesności, same w sobie są tak cudownie niematerialne) i rozsupłać jego skomplikowane struktury na ciąg, potok słów, zachowując przy tym tę esencję, nie zmieniając formy, nie gubiąc niezauważalnych wręcz przejść pomiędzy wątkami, łącząc fakty i emocje, wspomnienia i plany, skojarzenia i absurdy - gdy komuś taki wyczyn się uda, mam ochotę paść na ziemię i bić mu pokłony.
Chcę Ci dzisiaj, drogi Czytelniku, przedstawić (arcy)dzieło absolutnie genialne.Słyszałeś może o Wiesławie Myśliwskim? Ja nie słyszałam, póki nie natrafiłam gdzieś na recenzję jego książki pt."Widnokrąg". Omiotłam jej treść dosyć pobieżnie,  jednak wystarczająco, by sięgnąć po tę pozycję. Nie wiedziałam, że zaczynam czytać utwór już po kilku stronach wspinający się na wyżyny mych ulubionych książek. Nie wiedziałam, że na kilkanaście dni będę żyła niemal wyłącznie cudzym światem, myślała czyimiś myślami i wracała nie do domu, łóżka, rodziny, ale do książki. Tak, do książki. Do książki, którą polecam Ci z całego serca.


O czym jest książka?
Chcąc opowiedzieć komuś, o czym jest ten utwór, brak mi odpowiednich słów i, może będzie to nietakt, lecz jest on poniekąd też o niczym, w najlepszym tego znaczeniu, jeżeli takowe istnieje. Brak określeń na treść i wydźwięk tego dzieła, jest spójną opowieścią, jest odbiciem duszy w lustrze, czymś nieokreślonym, może nawet nie nazwanym. Autor przekazał czytelnikom swego rodzaju przewodnik czy też Biblię myśli. Opowiada o swoich myślach. Nie. On opowiada nie o myślach, ale WŁASNIE TE MYŚLI MI OPOWIADA, a to zasadnicza różnica. Od pierwszego zdania do ostatniego, poprzez każdy przerywnik, nawet znak interpunkcyjny - wszystko to jest słodko-gorzkim szlakiem myśli, w którym utopić się można, zapominając przy tym o swoich własnych myślach. Znajdziesz tu naprawdę wiele - od opowieści o miłości, śmierci, szczęściu, rozczarowaniu po mające równie wiele epickiego smaku historie o zgubionym bucie, tradycyjnym, odświętnym obiedzie niedzielnym czy Kruczku, członku rodziny, psie, któremu ktoś wybił oko. (Zresztą, Myśliwski może mi przez kilkanaście stron opowiadać o skrzypieniu drzwi - przeczytam z wielką ochotą i zaangażowaniem.)

Jak się książkę czyta?
Gdyby była mi dana wystarczająca ilość wolnego czasu - pewnie zachłannie przeczytałabym ją w kilka, kilkanaście godzin ( w końcu to jednak nadal 596 stron, choć nie czuć ich zupełnie w trakcie lektury). Niestety, albo i stety, Myśliwski towarzyszył mojej codziennej rutynie około miesiąca i był to piękny miesiąc, oceniając go według kryterium literatury. Czyta się płynnie, zachłannie, momentami trudno przestać. Co, oczywiście, niezaprzeczalnie potwierdza geniusz "Widnokręgu".

Komu "Widnokrąg" się spodoba?
Miłośnikom dobrej literatury - przede wszystkim. Ale też sympatykom prostoty połączonej z kwintesencją pięknej polszczyzny. Właściwie, jeżeli Twoim szczególnym upodobaniem w literaturze nie są zaskakujące zwroty akcji i adrenalina,  a emocje, ludzka psychika, wspomnienia, mapy myśli, jestem niemal pewna - spodoba Ci się. Dla takich książek się żyje. Brnie się przez całkiem przyjemną drogę czytania, natrafiając na czasami nudne pozycje, czasami całkiem zadowalające, momentami świetne, aż nagle, w nasze ręce trafia taka, dla której rezygnujemy ze snu, jedzenia, obowiązków i której zbliżający się koniec powoduje panikę. Ja "Widnokrąg" kończę z łzami na policzkach. Nie tylko dlatego, iż ciężko mi się z nim rozstać. Autor słowem dotknął te najgłębiej chowane emocje, poruszył, zatrząsł, łzy więc nie były niczym dziwnym.

Książkę bezapelacyjnie oceniam 10/10. Nie potrafię znaleźć w niej ani jednej wady z wyjątkiem tej, że ma swój koniec ;) Polecam serdecznie.

sobota, 18 stycznia 2014

3. (331)

Przejdziesz mi, stopniowo, jak zimowo-wiosenny kaszel. Taki, którego pojawienie tłumaczy się za każdym razem inaczej. Obwinia nieobecne szaliki, zgubione połówki rękawiczek, nieszczelne szwy, zawsze w twarz bijącą armię płatków śniegu i śpieszący, impulsywny wiatr, przekraczający bezpieczną granicę intymności. Kaszel, który bywa na siłę obracany w pozytyw, że niby syndrom wiosny, że niby metaforyczny klucz ptaków szybujących po niebie, ćwierćnutowa rozgrzewka uderzających o parapet kropli, wreszcie wolnych, zupełnie jakby przykre skurcze przepony, ból w płucach miały jakiś związek z porami roku, obrotami kuli ziemskiej, albo i przy okazji całym złem na świecie. Nerwy się piętrzą, nachodzą na siebie, jak kolce nastroszają, gdy człowiek usiłuje zasnąć, a torsje przebiegają po ciele niczym mrówki przez listki opadłe, podgniłe, na ziemistej ścieżce lasu. I przekląć pod nosem się zdarza, i do któregoś ze świętych wołać, lecz odzewu nie słychać. Nic nie słychać, wrażenie tylko, jakby niewidzialny stetoskop wcisnąć samemu sobie do uszu i badać ten skrzekot, skrzypienie, wbrew woli. Poduszka kształt traci od obracania, kołdra piętrzy się w jednym z nagle osiemdziesięciu rogów poszewki, na zmianę zimno, duszno, tłoczno, pusto. Jak na taśmociągu, przez świadomość przechodzi mnogość uczuć, brak w nich jednak prozaicznej reakcji na zmęczenie, brak senności. Jak tu i spać zresztą, nie sposób, nie idzie, gdy trzęsienia rytmicznie się bisują, bawią w echo, odbijają od ścian. Nie sposób.
Pewnego dnia wreszcie zasnę bez przerywników w spokojnym oddychaniu, bez napadów duszności, łzawych torów na policzkach. Obudzę się najzwyczajniej, jak co dzień, przecierając oczy z wciąż nietrzeźwą świadomością, powoli zacznę rozumieć, to znów ranek, znów zimna podłoga czeka na pierwszy krok, ciemność wręcz zabrania powiekom unosić się do góry, ale, przynajmniej i jak dobrze, w końcu, będę mogła zaczerpnąć w płuca powietrza i westchnąć, ociężale. Zdarzyć się może nie zwrócić uwagi na polepszenie zdrowia. Tak się już przyjęło za stan naturalny - zdrowym być. Tak się to bierze nierozsądnie za pewnik, a potem z roku na rok wszelkie przeciwności pokazują, ileż w tym myśleniu głupoty. Stąd też w nas ta paranormalna nieśmiertelność, dla której włazimy w bagna, niewidzialnym filtrem malujemy je na różowo, znanym nam gestem, być może zaklęciem, zmieniamy je w pożyteczność, piękno. Długo nie trzeba czekać. Gorączką się zaczyna. Paniką. Spóźnionym drgnięciem, ocknięciem. Łykaniem doraźnych i cudotwórczych środków, otumanianie ciała troską nie w porę, a duszy "przepraszam" rzuconym za cicho, za późno. Zaczyna się biadoleniem, jakimiś zbędnymi "a nie mówiłam" zza głowy, aż się chce wywrócić oczami, no, było przyjść, było mi zawiązać pod szyją szalik, mocno, aż krew podpłynie do szyi, aż się zaczerwienię. Było mnie wyciągnąć z bagna, było pokazać, z czym mam do czynienia, kto mnie w dłoniach jak marionetkę obraza. Ja na żadne tryumfatorskie objawy pyszałkowatości nie czekam. Na co też człowiek by mógł czekać, jeżeli już powoli dociera do niego świadomość obejmującej jego wątłość choroby, jakiegoś skażenia, stanu klęski wewnętrznej. Nie wraca się już do dni, kilku może, wstecz, ale chce się mieć za sobą wszelkie męczarnie, się prosi o zwiększenie prędkości zegary, się prosi o szybsze mijanie, przemijanie. Cierpliwość ocierać się lubi o frustrację, bo ileż można, ile tego jeszcze, ciągnie się, jak włos wyciągany z obrzydzeniem z talerza, tak też i na chorobę się zerka, tak się ją by chciało upuścić na ziemię, porzucić.
Myśleniem, choć stworzyć można maszyny parowe, żarówkę lub wzory fikuśne ułożyć, pogrążyć się też można, wziąć w garść jak piasek i wrzucić do gnoju, zaprogramować system rozrywania gojących się ran, oszacować prawdopodobieństwo upadku. I tak mi się zaczyna rodzić pod czaszką urojenie. I tak wiara pakuje ostatnie z nieużywanych, za małych słów do walizki, by ustąpić miejsca nowym przekonaniom. Tak nagle błysło coś, płomyk na główce zapałki. Co, jeśli. Serce kuli się, gdy kończę zdanie. Co, jeśli do tańca zaprosiła choroba nieuleczalna. Zaczaiła się na słabego osobnika, zachęcała, grając na wielu odmianach przekonywania. Co, jeśli. Oddech zastyga na sekundę.
Przestaje być śmiesznie, prawda? Przestaje. Zbędne to zupełnie potwierdzenie, jak bowiem może być śmiesznie, jak. Wyżerający od środka pasożyt, krzywdzi, zasysa do środka twardówki, wciąga policzki, wypina żebra, wprawia w ledwo zauważalne drganie dłonie.
Przecież wiem.  Ten dźwięk nie wydostaje się z płuc. Jaki tam kaszel. Na niego dostaje się gorzko-słodki syropek, na niego są takie maciupeńkie tableteczki. Na Ciebie nic nie ma. Na ten rodzaj strachu i tęsknoty. Na Ciebie jest tylko puste miejsce, gotowe, urządzone, przytulne, najpiękniejsze, na jakie mnie stać. Na Ciebie i umrzeć można i się pochować, a pewnie i zmartwychwstać, na jedno choć słowo. Nie mi jednak dane jest sprawdzanie. Nie dla mnie te piękne słowa i nie moje imię nosi Twoje szczęście.
Ja tutaj sobie posiedzę, dobrze? Podkulę nogi, oprę o kolana brodę, zacisnę usta. Pochoruję w spokoju. Popatrzę. Pokaż mi proszę, to ostatnie życzenie, pokaż mi, jak się żyje bez Ciebie.
Naucz mnie proszę, naucz, jak oddycha się bez powietrza.


Tell me I've been found.
post pisany przy utworze:

niedziela, 12 stycznia 2014

2. (330)

Przytulam policzek do zimnej powierzchni dna. Czuję, jak chropowate, ostre w dotyku kamyki i ziarnka piasku wgniatają się w skórę, pobudzają nerwy. W oczy wpada mi poruszony zimnym wiatrem kosmyk włosów. Nie potrzebuję zupełnie niczego, prócz Ciebie. Nie ma we mnie potrzeby zmiany, chęci dążenia do przodu, nie ma nawet jakiejkolwiek siły na zwyczajne odgarnięcie irytującego pasma, pchającego się na siłę do oczu.
Zmierzam donikąd. Cicho łudzę się - może to jednak jest jakieś miejsce. Może drgnęłam choć o milimetr. Może jest coś, co mogłoby obudzić we mnie chęć do zerwania się z ziemi, starcia śladów upadku z twarzy i - tak po prostu - postawienia kroku.
No tak. Jakżeby inaczej. Pani została, Pani Nadziejo. Odeszły marzenia, zniknęli ludzie, zgasło światło, wysączyło się powietrze. A Pani siedzi mi na ramieniu. Wzdycha sobie raz po raz. Głaszcze delikatnie cienką powłokę, przezroczystą, napiętą, w niezrozumiały sposób sprawiając tym dotykiem ból. Pani nigdzie się nie wybiera, wbrew mojego nachalnego spojrzenia na drzwi i niezadowolonej miny. Brew wędruje ku górze, to wyraźny grymas, czytelny niesmak, wymalowana pogarda. Lecz po co. Po co to dostrzegać. Można zostać i ciążyć, gnoić, ściągać ku ziemi. Skakać po plecach, łamiąc przy tym żebra. Szarpać za włosy i wciskać twarz w grząskie, plastyczne błoto.
Nie tego się spodziewałam. Nie tego oczekiwałam.
Zatarła się różnica pomiędzy oddychaniem a jedynie zasysaniem powietrza wokół, zupełnie bez celu, smaku i znaczenia. Strach waży tonę. Wpełza pod skórę niczym inteligentny pasożyt, by tam zagnieździć się, rozjeść po całym ciele, wykorzystać każdy centymetr. Wgryza się w mięśnie, a Tobie wydaje się, że czujesz ból. Ale to tylko jedno z wielu mikroskopijnie ważnych, znaczących tyle, co ta opadła na policzek rzęsa, zdań w ciągu historii myśli, jedna z tych ignorowanych informacji, zbywanych machnięciem dłoni. Strach jest potworem sprytu. Wyżerającym od środka. Spowalnia czas reakcji, wydłuża kroki. Zobacz tylko te niewładne, zwisające ręce, będące Twoimi zaledwie przez tą nić połączenia w postaci ramion, zimnych i kanciastych. Zerknij za siebie, przyjrzyj się swoim śladom. Ledwie je widać. Zupełnie jakbyś już tylko czołgał się, chwytał w garść tnące naskórek źdźbła trawy, posuwistym ruchem, z wysiłkiem wartym więcej niż zastaniesz na mecie tej męczarni. Dopóki skupiasz się na walce - jesteś w stanie wykonywać wiele z tych automatycznych czynności ludzkich. Mrugniesz sobie czasem, a co, kaszlniesz, bo ten pył drapie tchawicę, przełkniesz zgęstniałą, gorzką ślinę. To nie trwa długo, przecież wiesz. Jak krople deszczu, pojawiające się znikąd po urwaniu chmury, tak spada na Ciebie ten mrożący potok, wiązka świadomości, pod której wpływem zapominasz nie tyle o wysiłku, trudnościach czy drodze wiecznie pod górę, co o samym fizycznym bólu. Zapominasz i jedyne, co po nim pozostaje, to jego błahość.
Wiesz, ile waży osierocona dusza? To nie jednostka ton. Nie próbuj. Nie licz tego, nie stosuj wzorów. Posłuchaj.
Zamykam oczy i tysiąckrotny raz mentalnie układam głowę na miękkiej, puszystej szynie. O, jak dobrze. Jak dobrze czekać na zakończenie bólu. Wskakuję pod samochody jak dziecko w kałużę, by poczuć ten troskliwy dotyk metalu na skórze, usłyszeć melodyjny, czysty pisk opon przy hamowaniu. Rozrywam tętnice w scenariuszach, aby przypomnieć sobie, jak to jest być łaskotanym. Ależ cudownie, ależ wybornie, nie umiem opisać tej radości.
A otwieranie oczu jest jak poranek. Zimny, ciemny, ciekły poranek. Zabierający sny, a przynoszący pytania. Dyskomforty. Pakiety niepowodzeń, pliki rozczarowań.
Na każdej rzęsie odważnik, żeliwny, solidny. Podnoszenie powiek jest jak upadanie.
Przytulam policzek do zimnej powierzchni dna. Otwieram oczy. Żyję.


No I ain't gonna be here too long.

post pisany przy utworze:

czwartek, 2 stycznia 2014

1. (329)

Wizje będące niczym miejsce w książce, dwie strony, na których zatrzymałam się zbyt długo, nad którymi być może zasnęłam, może na nich przerwałam i przez długi czas opierałam o nie moje ręce, moje zmęczone spojrzenie, a teraz, gdy tylko próbuję iść do przodu, dalej, to kartki mimowolnie cofają się, szybują delikatnie przez powietrze, osiadają na swoim miejscu i znów - widzę tylko te dwie, osiadłe i już całkiem zadomowione strony. Wzrokowo znam już na pamięć układ wersów, potrafię powiedzieć, gdzie występuje dialog, gdzie dłuższy opis. Resztę dopowiadam sobie sama. Piszę w wizjach rozmowy, prowokuję wymiany poglądów, opinii, panuję nad słodką relacją pomiędzy słowami, o różnym zabarwieniu. Słyszę momentami antonimiczne konwersacje. Te błahe i całkowicie poważne. Te niosące ze sobą niekontrolowany uśmiech i wymagające skupienia. Długo dłubię we własnej wyobraźni, sprawdzam jej zdolności, kreując ciągnące się, wielopiętrowe i koronkowe zdania. Potrafię zagryzać wargi, zamykać oczy i wewnątrz siebie snuć płynne charakteryzacje gestów zajmujących niewiele ponad cząstkę sekundy. Muśnięcie dłoni. Spojrzenie. Uchwycony pomiędzy palce kosmyk włosów. Powiew wiatru. Tworzę z wyobrażeń religię. Modlę się nocami i dniami, wieczorem i o świcie. Zamykam oczy i z kunsztem godnym każdego kapłana poleruję prawdy moich wierzeń, z bojaźnią, że oto mój bóg nagle zniknie i okaże się wymysłem, tylko wymysłem.
Dominuje zmienność, choć lubię wrócić do tych najszczególniejszych, najsilniej uduchowionych scen, ssać je jak cukierek, delektować się, doszukiwać nowych nut smakowych, ominiętych nieopatrznie. Jak dziecko spaceruję po chodniku myśli i nie chcę nadepnąć na krawędź, na linię oznaczającą niepowodzenie, nie chcę się zbudzić, nie chcę zakończyć zabawy przedwczesną skuchą. Opatulam się resztkami Twego zapachu i śnię. Jestem aktorką, jestem dublerką, scenarzystką i reżyserką. Pomyślałam o wszystkim, Kochanie. Obmyśliłam najdrobniejszy nawet szczegół. Tylko Ty. Spóźniasz się znowu lub nie pojawiasz się wcale. Tak jakby Ci nie zależało. Tak jakby nigdy to dla Ciebie nic nie znaczyło.
Lecz co z tego. Powiedz, cóż z tego, skoro nic nie ma odzwierciedlenia. Otwieram oczy z ciężarem kilku ton, a brutalne światło wdziera się pod powieki. Nie pozwala ponownie identyfikować siebie tylko z duszą. Nagle przypadłości męczeńskiej drogi tego świata spadają na mnie jak krople dżdżu. Bolą mnie żebra, pali zgaga, chce mi się kichać i swędzi mnie łokieć, a Ty powoli blakniesz, ktoś krzyczy "cięcie", pojawiają się napisy końcowe, film się urywa. Po kilkunastu godzinach snu zaczynam czuć zmęczenie samą koniecznością udawania, że żyję.
Z dnia na dzień stopień trudności wzrasta, pojawiają się nowe przeszkody. Ogarnia mnie niemoc. Czuję wymierzony przez świadomość siarczysty policzek. W istocie, wizje te, stanowiące sens oddychania, sens bicia serca, są jak cukierki. Jem je, gdy tylko najdzie mnie ochota, zakładam do nich odświętny wyraz twarzy, biorę talerzyk, sztućce i serwetkę, zapalam świece, sączę herbatę. A na smaku się kończy. Od czasu od czasu przez żołądek przechodzi ostry skurcz nienasycenia. Połykam łapczywie każdą z chwil, a do wewnątrz dostaje się powietrze. Brak konkretów, namacalności. Brak czegokolwiek, czym mogłabym się ukoić.
Zaciągam się, czuję znów ten zapach. Znów paniczne drżenie dłoni i kula włosów w gardle, obrzydliwa, cuchnąca stęchlizną bezradność. Próbuję wyprzeć go z płuc, wygonić wraz z pozbawionym tlenu powietrzem, lecz na nic, na nic, on wdarł się do mojej podświadomości. Rozrywa i orze po sinej z tęsknoty skórze. On wrzeszczy mi do ucha, zmusza do rozpamiętywania, do polewania ran wrzątkiem. Trzyma mnie mocno, nie pozwala odwrócić wzroku. Ponad myśli, przed szereg wypełzają dowodzące, reasumujące.
Zostałam tu sama. Sama, a wokół świat, nagle składający się z wszystkiego, czego zasadniczą funkcją jest upokarzanie.
Każdy najmniejszy atom przypomina mi o Tobie.


Something my soul needs is you, lying next to me.

post pisany do utworu:
Keaton Henson - Flesh nad Bone

wtorek, 31 grudnia 2013

7. (328)

Drodzy Czytelnicy!
Gdyby nie swego rodzaju tradycja, pewnie ominęłabym po cichu ten wpis, zwłaszcza, że, bądźmy szczerzy, w tym roku nie mam specjalnie czego podsumowywać. Fakty są nieco przerażające, bowiem w porównaniu z poprzednim rokiem ilość postów na blogu spadła aż o 75%! Nie widzę jednak sensu w tłumaczeniu się i przepraszaniu. Po prostu. Pisałam gdy chciałam, a nie gdy mogłam. Pisałam, gdy miałam coś do powiedzenia, a nie gdy wymagało to szukania słów i tematów.
Staram się dostrzec coś, czym mogę się pochwalić. Pojawiła się nowa kategoria - opowiadania, która jest dla mnie ostatnio szczególnie istotna. Wcześniej nie próbowałam przekazywać emocji w ten sposób i, właściwie, zapoczątkowanie takiej formy można uznać za sukces. Prócz tego, mimo mojego milczenia, Was, czytelników, wciąż przybywa. Stałych bywalców jest 41, wyświetleń ponad 21 tysięcy, a komentarzy blisko 150. Cieszy mnie to niezmiernie i być może to będzie jeden z czynników, dla których w 2014 roku postaram się odrobinę bardziej. Mam nadzieję, że od jutra zacznę pisać na nowej, czystej kartce i znikną obawy dotyczące potencjalnego "wypalenia się" zdolności do pisania.
Przy okazji pozwolę sobie życzyć Wam, byście nie skupiali się na, przyznajcie, niekoniecznie realnych do spełnienia postanowieniach i nie oczekiwali od tego roku zbyt wiele. Czasami, gdy wydaje się nam, że to TO, na co czekaliśmy przez pozostałe lata właśnie się dzieje, właśnie nas spotyka, wszystko upada i pozostaje tylko to uczucie pustki. Stąd prosta rada: niczego nie oczekiwać. Skupcie się na teraźniejszości i nie wybiegajcie nadto w przyszłość, a nóż, może tym razem zostaniecie nagrodzeni? ;)
Bądźcie dla siebie dobrzy w 2014. Bądźcie sami dla siebie oparciem.

Dziękuję i pozdrawiam,
Natalia

poniedziałek, 30 grudnia 2013

6. (327)

Powoli, spokojnie. Zamyka oczy. Oddycha ciężko. Gorąca woda okrywa jej ciało, lecz wciąż dominującym odczuciem jest chłód. Bierze do rąk plik kartek. Czyta. Zdanie po zdaniu. Zagryza wargi, walczy ze sobą, jakiś uczuciowy i pełen litości głos w jej głowie każe przestać, odłożyć to, zostawić, wyrzucić, spalić. Lecz ona i tak tego nie zrobi. Czerpie z tego coś w rodzaju wiązki energii. Pomimo tego przeszywającego - wzdłuż i wrzesz, na wylot, wgłębnie, dosadnie, mocno - bólu. Czuje łzy płynące po policzku i nie przestaje. Czuje drżące dłonie i dreszcze. Nie przestaje. Z sekundy na sekundę.
Atak ze strony wspomnień. Jesteś moją nadzieją. Nie. Nie jest. Myśli o sobie jak o chwaście, wyrwanym i rzuconym gdzieś pod płot. Znowu wdech. Znowu wydech. Tyle kłamstw. Tyle wiary i tyle nadziei. To blaknie. Pozostają tylko iluzjonistycznie zdania o czymś, co nigdy się nie wydarzy.
Walczy, lecz ostatecznie lituje się nad sobą. Odkłada. Nabiera powietrza i zanurza się cała. Otwiera oczy. Zaczynają szczypać. Ona próbuje dalej. Zaczyna kołysać ją do snu brak tlenu. Liczy do dziesięciu. Czuje niemoc zaczerpnięcia powietrza, jednocześnie pragnąć nie oddychać już nigdy. Wie, że byłaby w stanie. Bo tak naprawdę w pewnym momencie nie czuje się już nic. Krew zdaje się spowalniać, choć w istocie goni i nie wyrabia na zakrętach, panicznie próbując zneutralizować niszczące skutki zaistniałej sytuacji. Gdyby nie myśl o osobach bliskich sercu, nie wynurzyłaby się. Jak słowo daję, czekałaby na ostatni skurcz w klatce piersiowej, zamknęłaby oczy, wypuściła powietrze. Ostatkiem sił zgarnęłaby te leżące na brzegu wanny kartki, przytuliła, a słowa rozmyłyby się, umknęły wraz z nią. Nie byłoby ich. Czy nie tego by chciała? By nigdy nikt ich nie napisał, a jej nie dane było ich przeczytać? Dziwi się, skąd w niej ta łapczywość i wola życia chwilę po wynurzeniu. Skąd w niej ta zachłanność w stosunku do powietrza. To jest ten najważniejszy oddech? Ten głęboki, oczyszczający, smakujący inaczej? Nie chce się na tym skupiać.
Ewakuacja od myśli. Wkraczanie na tory o błahym zabarwieniu. To na nic. Nawet tam wciąż widzi powiązania. Już nie nauczy się grać w szachy. Ani żonglować. Nie zobaczy wschodu słońca. Nie chce nigdy już nawet zerkać w niebo. Boi się. Że On mógłby w tym momencie uczynić to samo. Nie chce patrzeć przypadkowym, mijanym ludziom w oczy. Nie chce widzieć czegokolwiek.
Łaknie ciszy. Woda cieknie jej po twarzy. To jest to uczucie. Uczucie niemocy, bezsilności i odrzucenia. Gdy nie ma się siły na jakiekolwiek prozaiczne czynności. Nie chce się jeść lub je się za dużo, nie śpi się lub pragnie zasnąć raz i na zawsze, zamyka się oczy lub nie jest się w stanie mrugnąć bez wysiłku. Czeka. Może ten stan ją uleczy.Może, pomiędzy którymiś z dni nasączonych strachem i bezsilnością coś drgnie. I zapomni o kimś, dla kogo zaczęła żyć i uśmiechać się i upadać. I nieustannie się podnosić.




Sweetheart, what have you done to us...

5. (326)

Wszystko wokół nagle przestaje mieć znaczenie. Nie widzę nic. Nie widzę słońca, nie czuję wiatru, nie słyszę deszczu i nie bije mi serce. A może właśnie nie. Może bije tak szybko, że uderzenia zlały się w jeden wielki dygot, wstrząs, przez który nie znajduję w sobie ani odrobiny życia. Może szykuje się do jakiegoś wielkiego wybuchu i tylko czeka, aż trafi się chwila słabości. Cicha noc, po której rano na policzkach dostrzegam wyżłobione koryta potoków. Może tylko się waha i nie wie, w którym momencie uderzyć. Którą z chwil nasączoną uczuciem straty wybrać.
Wyblakłe usta, drżące dłonie, opuchnięte powieki i ten wzrok. Ten wzrok, gdy szukam, łapczywie oglądam się na boki, by zaraz później zamrzeć w bezruchu, poczuć napływającą od wewnątrz falę rozczarowania. Bo Ciebie już nie ma. Zostały tylko słowa szybujące w gęstym od wspomnień powietrzu. Słowa rozrywające krtań. Chcę krzyczeć. Chcę wołać. Chcę błagać i upadać na kolana.
Wróć.
Wróć wróć wróć wróć. Nie ignoruj tego krzyku.
Dlaczego nikt mnie przed tym nie uchronił? Gdzie? Gdzie jest asekuracyjny sztab profesjonalistów? Gdzie pas bezpieczeństwa? Nie ma. Zobacz. Weszłam do tej rzeki bez jakiejkolwiek ochrony. Przerwałam żeliwny łańcuch oplatający serce. Patrzyłam prosto w oczy, choć widziałam tylko słowa. Ile to było warte? Ile ja byłam w istocie warta?
Jestem tu, na dole, a patrząc w górę, widzę jak zamykasz wieko. Zapada ciemność, w której nie ma już zaufania. Tłukę pięściami w ściany. Wrzeszczę z bólu. Podoba Ci się? Nie uciekaj. Wsłuchaj się i powiedz, czy odnajdujesz w tym swój cel. Powiedz, czy nie cierpię przypadkiem za słabo, a jeżeli odpowiedź, nie daj Boże, brzmi: tak, to prędko, wrzuć tu jeszcze kilka twardych cegieł, ulepionych z kłamstw i iluzji. Tylko nie przesadź, nie daj się ponieść. Nie rób mi tej przysługi i nie dobijaj mnie do końca. Nie rób sobie tej krzywdy i nie niszcz czegoś, co jeszcze w jakiś sposób może dawać Ci powody do złudnego kontrolowania.
Tyle pytań. Tyle zawieszonych w eterze, zwieńczonych krzykliwym znakiem zapytania pytań, na które nie usłyszę odpowiedzi.
Płomienie. Liżące po dłoniach języki z ognia, opanowujące most pomiędzy nami Tobą i mną. Z ran płynie krew, swąd czerwieni smaganej gorącem, ale to nic. Nie odejdę stąd, póki nie uwierzę. Że Cię nie ma, po prostu.
Wbrew wszelkim chęciom, nie zdołam nic zmienić. Nie ma lekarstwa, nie ma trucizny innej niż tykające, rytmiczne kroki wskazówek zegara, jego surowa konkretność i rygorystyczna punktualność. Aplikuję dożylnie jakieś pierwsze lepsze słowa pocieszenia. Patrzę pod różnym kątem, by wyciągnąć wnioski. Ale nic. Nie widzę nic. Prócz tej Twojej nie-obecności.
Ręce moje są wyschnięte i zimne. W oczy dawno nikt mi nie spojrzał z ciekawości, więc gaśnie zieleń, pakuje walizki, odchodzi. Głos zachrypiał mi, oblazł w pajęczyny, jeszcze pamięta, kiedy ostatnio czuł się wyczekiwanym gościem i mógł tłumaczyć impulsy duszy.
Ktoś musi mnie obudzić. Ktoś musi uderzyć mnie w twarz mocniej, niżeli Ty, bym ocknęła się z letargu. Zaczęła żyć, nie zaledwie istnieć. Ktoś musi tu wejść i posprzątać w mej głowie. Ktoś inny niż Ty. Choć przecież tylko tego pragnę...Na tym się skupiam i jak dziecko, jak dziecko... wciąż wiara jest we mnie, stężona, głupia nadzieja.
Wróć.


How I wish you were here...

post pisany przy utworze:
Pink Floyd - Wish You Were Here

poniedziałek, 23 grudnia 2013

4. (325)

Kochani Czytelnicy i Czytelniczki!
Po raz trzeci na moim blogu mam okazję i przyjemność napisać dla Was kilka słów z okazji zbliżających się Świąt. Cóż, nie będę oszukiwać. Przychodzi mi to z pewną trudnością, szczególnie przez wzgląd na moją ostatnią aktywność w pisaniu, a raczej - jej stosunkowy brak. Szukałam inspiracji w notkach z ostatnich dwóch lat, lecz przecież - jakby to tak było - nie mogę splagiatować samej siebie, po raz drugi napisać takich samych zdań, licząc, że nikt się nie zorientuje. To nieszczere. To gorsze niż nienapisanie czegokolwiek.
Będzie więc bardzo prosto. Bez metafor i pięknych epitetów.
Uśmiechu Wam życzę, Kochani. Z tym jednak łatwiej, choć przecież czasami brak sił, by podnieść kąciki ust. Z uśmiechem to jednak co innego.
Zdrowia. Bóle głowy, serc i dusz nie są nam przecież do niczego potrzebne z wyjątkiem tego, iż pomagają docenić, jak dobrze jest bez nich.
Ciepła. Nie wspominam już o pogodzie - w tym roku nie mam prawa narzekać. Ciepła wewnętrznego, gdziekolwiek znajdziecie jego źródło: w sobie, w rodzinie, w przyjaciołach, w miłości...
 Nadziei. Nie wyobrażam sobie życia bez nadziei. To jedna z głównych przyczyn ran na duszy, ale też często jedyna deska ratunku, po jaką możemy sięgnąć.
Wesołych Świąt dla każdego z Was!


niedziela, 22 grudnia 2013

3. (324)

Odliczałam, układałam wzory na ilość czasu, jaki jeszcze przede mną, wciąż na nowo przypominałam sobie, ile jeszcze, ile będę musiała wziąć oddechów, ile przeżyć nocy, tęskniąc za snem, ile jeszcze godzin, sekund, mrugnięć okiem, nim wreszcie przyjdzie chwila wytchnienia, gdy w dłoni kubek herbaty, w drugiej książka, a w głowie słowa, czułe i potrzebne, z daleka, a wciąż będące blisko. Będę otulać się codziennością i czerpać z tego radość, mówiłam. Odsunę na bok to, co ciąży, co ciągnie ku ziemi, myślałam.
Taka naiwna, proszę państwa. Taka głupiutka. No wstyd.
Gdzie moja pamięć, gdzie teoria wyciągania wniosków? Pocieram zmęczone oczy i z ironicznym śmiechem cofam o kilka dób swój system myślenia, by zadać zasadnicze pytanie. Czego się, dziecino spodziewałaś? Nie wiesz? Nie wiesz, czym jest w życiu planowanie? Planowanie to matka rozczarowania.
Wszelkie scenariusze tlą się jeszcze strzelającym w powietrze iskrami płomykiem. Ogrzewam dłonie o dym niespełnionych wizji, palce czernieją od okruchów popiołu. Wzbija się w górę złomowisko zmarnowanych liter, nadwyrężających niepotrzebnie mięśni mimicznych twarzy, niebędących nigdy wartych wypowiedzenia. Drapię się po nosie. Tak niekoniecznie jeszcze wiem, dokąd chcę wyruszyć. Stawiam nogę na wyimaginowaną nad przepaścią ziemię i przenoszę na nią ciężar ciała. Chcę tylko sprawdzić. Kto pierwszy. Kto jak desperat rzuci się za mną, a kto pobiegnie na dół, by mnie złapać.
Och, ja taka głupia, niczym dziecko stawiające pierwsze kroki.
Ciekawe, co powiem, gdy poczuję miażdżące kości uderzenie, gdy krew wystrzeli w górę niczym z wodotrysku, gdy zanim przyjdzie nicość będzie tylko ból. Co mi szkodzi sprawdzić, mówiłam. Co mi szkodzi spróbować.
Konfabuluję własne grzechy. Zmuszam się do wywlekania na wierzch każdej z wad, każdej osobno, oglądając całokształt przez lupę.
Wypadają mi włosy, łamią paznokcie podczas zaciskania pięści. Krwawią mi wargi od zagryzania. Drgają dłonie. Nie uwierzysz, - bo sama też nie wierzę - lecz w ciągu zaledwie kilku dni przybyło mi tyle lat. O tyle cięższy mam krok i słyszę ocierające się o siebie chrząstki.
And the reason is you. 
To nie jest szybowanie linearne. Miotam się w powietrzu i chwytam niewidzialnych sznurów. Spadam jak ptak z utraconą zdolnością do lotu, z wyrwanymi piórami, z chęciami, ale bez szans. Z nadzieją, lecz bez odwagi.
Boję się. Po prostu.


A reason to start over new.

post pisany przy utworze:
Hoobastank - The Reason

sobota, 21 grudnia 2013

2. (323)

Chłodny oddech powietrza osiadł na trawie. Obcasy uderzają o twardy, zmarznięty grunt jak o betonową posadzkę. Biały, wzorzysty nalot pokrywa liście opadłe jakiś czas temu, niczym jasna koronka skórę. Wiatr uderza w twarz ostrym dotykiem, na kształt czyichś niechcianych dłoni. Jakby się lepiej wsłuchać, wychwycić można z szelestliwych zawirowań skrawki ludzkich głosów. Narzekań, biadoleń i przekleństw. Porwane na strzępki sylaby. Tyle nadużyć poprawnej polszczyzny i tyle nieidealnie przekazanych myśli.
Chłodny oddech powietrza zarysował połacie zgniłej zieleni. Zmroził dotykiem gałązki, upudrował po horyzont plamy szarości, podwyższył współczynnik kontrastu pomiędzy otoczeniem a nastrojami. Chłód wciągany przez nozdrza zaczepia o ścianki tchawicy, odwiedza płuca, nie wiedzieć po co, i wynosi się znowu na zewnątrz, w postaci zabawnej mgiełki, która, jak byliśmy jeszcze mali, imitowała dym z nieistniejących papierosów. Ileż to było wówczas śmiechu. Nie przy pozorowanym paleniu, lecz przy byciu dzieckiem. Ileż to takich obficie lukrowanych fantazją chwil przeżyliśmy, nie znając ich ceny i wartości po upływie kilku lat. 
Chciałabym mieć ongiś w umyśle jakiś cichy, niezbyt hojny w słowa, ale jednak wystarczająco szczery głos, który by ostrzegał, gdy to już ostatni taki raz w tym życiu. Że to szansa ostateczna na czerpanie szczęścia z prozaicznych wydarzeń. Że później tak nie będzie, czas wyperswaduje mi co nieco, odbierze prawo do bycia niewinną, do bycia prawdziwą, do bycia bogatą duchowo zaledwie i aż przez wzgląd na sam fakt, kim jestem. Głos, który chociaż uprzedzi. Ostatni raz tyle radości sprawia Ci widok grawitujących płatków śniegu, ostatni raz widzisz urok w opakowaniu nowych kredek, ostatni raz klaszczesz wesoło, gdy są Twoje urodziny. Głos, wedle którego w pigułce pamięci byłoby mi dane zamknąć te uczucia, jak się później okaże, używane coraz rzadziej, bym mogła co jakiś czas possać chwilę w ustach okruchy wspomnień, znać je nie tylko w formie niepisanych opowieści, ale eksplodujących doznaniami bisowań, nie trącących aromatu stanów ducha. 
Gdyby dane mi było móc na moment zamknąć oczy i ponownie zanurzyć się całą sobą w świecie wykreowanym za młodu, nie wahałabym się. Nawet jeżeli po powrocie do teraźniejszości każdy krok ważyłby tonę ze względu na nieustanne porównywanie z dzieciństwem i poczuciem oddalania się od niego. Cokolwiek się tam w tym naszym życiu nie działo, mieliśmy nad losem niewiarygodnie znaczącą przewagę. Byliśmy dziećmi. Byliśmy ufnością i wiarą w bezinteresowną dobroć. Byliśmy tym, czego teraz nam brakuje.
Chłodny oddech powietrza przybłąkał się do mnie, wślizgnął pomiędzy słowa. Cedzę przez zęby półsłówka, unikam rozmów. Śniegu wciąż nie ma, mróz tylko lekki, a we mnie... We mnie zawieje i zamiecie. We mnie syberyjski las, zasypany po czubki krzewów. We mnie biała pustynia. Cisza.



Świat wypadł mi z moich rąk
jakoś tak nie jest mi nawet żal

post pisany przy utworach:
Myslovitz - Wieża Melancholii

niedziela, 8 grudnia 2013

1. (322)

Stul pysk. Nie otwieraj ust. Nabierz w nie trocin, zaszyj je którąś z ładniejszych fastryg i nie mów, nie pluj poustawianymi w nieodpowiedniej kolejności zdaniami, nie cedź przez zęby sylab, nie zwracaj głosek. Pozwoliłaś sobie znowu na niekontrolowane przypływy emocjonalnych uniesień, zapominając, gdzie jest cel. Lata praktyk. Mnóstwo drżących z niemocy sekund i ciągłych prób okiełznania samej siebie na tyle, by zapiąć w końcu wszystkie guziki, zasunąć wszelkie istniejące suwaki i nosić przeszłość w jednym miejscu, nie upuszczać jej przypadkiem na bruki szarych ulic. Chcesz teraz uciec, co? Przyznaj się. Mięśnie gotowe do biegu, krew przyspiesza na zakrętach. Zrywaj kajdany, odcinaj od nóg żeliwne kule i tnij sznury. Kochana. Rwij włosy z głowy i rozdrapuj skórę. To na nic.
Sumienia się w żaden sposób nie pozbędziesz.
Woda napływa powoli do płuc. Dłońmi przymykam powieki. Skupiam się na wysączaniu z płuc powietrza. Mogłabym przestać. Czuję. Czuję, jak komórki irytuje każda nowa porcja tlenu, jak bardzo dzisiaj im zbędny. Jak bardzo mało dociera go do mózgu i jak banalne są słowa. Jak niewiele we mnie tego, czym kiedyś walczyłam. Jak wyblakła zdolność do tworzenia krajobrazów uczuć z tylko trzydziestu dwóch liter.
Niemoc. Co za dziwna niemoc. Błędny wzrok szukający w pamięci określeń trafnych mniej lub bardziej i ciągle, ciągle, ciągle tylko brak wyników. 
Czy nie tego bałam się od samego początku? Czy nie przed tym uciekałam i nie przez wzgląd na to przypominałam sobie co raz o koniecznej ostrożności? Co jest ze mną, do cholery, nie tak? Ile razy trzeba przeciągnąć mną po podłodze wyłożonej połamanym szkłem, bym  przystała liczyć na łaskawe i pełne wyrozumiałości spojrzenie w kierunku paranoi mieszkających w mojej głowie, biorąc za kryterium fakt, że przecież sama wciąż ich nie potrafię zrozumieć, wciąż nie potrafię nauczyć się z nimi funkcjonować?
 Lecz jednak tylko ja, tylko ta postać, mijana i omiatana niechętnym wzrokiem w witrynach sklepowych, tylko ja wiem, na czym polega ten rodzaj niemocy. Tylko ja wiem, jak oddycha się, idąc za rękę ze swoją najcudowniejszą z przyjaciół towarzyszką, gdy jedynym ze świateł jest ciemność. Tylko ja znam na pamięć ten moment, gdy upadam w postaci kropli na ziemię i widzę, że tak naprawdę... to i tak jestem tu sama. Tutaj czy na ulicach tłumnie zapędzonych. Tutaj czy śmiejąc się przy boku innych z gatunku egoistów. Po koniec dnia wracam, jak co dzień, do zakurzonego kąta, przykrywam się cieniem, skostniałymi przytulam się dłońmi do jednej z zimnych poduszek i jestem sama. Czy potrzebowałam aż tylu lat, by to zrozumieć?
Brak chęci i zdolności do wykonywania najprostszych ruchów. Herbata mi stygnie, przez okno śnieg wpada i oprósza parapet. Ktoś pisze, ktoś dzwoni, ktoś domaga się uwagi. Patrzę w jeden punkt. Zahipnotyzowana i wierząca jeszcze resztami dziecięcej naiwności, że mam tylko kilka lat. I wolno mi płakać, jeśli mam takie życzenie.
Patrzę w jeden punkt, na ziemię upada długopis. Po policzku sączy się zmęczenie.
To tego bałam się od samego początku. Że jestem rozczarowaniem.


sobota, 19 października 2013

1. (321)

Najpierw powoli, dotykiem ciepłych, pozornie wypoczętych dłoni rozmasowuje oczy. O tak, ruchem delikatnym i otulającym, przyciskając powieki do powierzchni rogówki, co zaczyna się od delikatnego pieczenia, efektu niewystarczającej ilości snu, a kończy cudowną ulgą, gdy łzy napływają powoli i koją. Każdy z rozdrganych nerwów. Przez kilka sekund wydaje jej się, że już tak zostanie na zawsze, z zamkniętym oknem na świat, bowiem tylko w takiej pozycji czuje się bezpiecznie i komfortowo. Nie wyobraża sobie momentu zdjęcia palców z powiek i uchylenia tego rąbka, którym, jak jej się wydaje, osłonić się da od wszelkiego złego.
Zmusza się i, mając jeszcze na sobie prześwitującą warstwę snu, zsuwa z siebie grubą kołdrę. Chłodne powietrze okala jej ciało, a nogi na zawołanie pokrywają się gęsią skórką. Każdy włos na jej skórze nagle po ciekawsku zadziera się do góry i salutuje na baczność. Nie chce, nienawidzi tego, broni się, ale jednak - zerka za okno i nie widzi nic, a jeśli na upór stara się przestrzeń za-okienną nazwać, to tylko "ciemność" pasuje i tylko to teraz jest w jej myślach.
Chciałaby jeszcze raz dotknąć oczu i mimochodem, przez siły grawitacji upaść z ciężkim wydechem na nadal niezasłane, pojedyncze łóżko, niechcący zaciągnąć pod sam nos kołdrę, niezauważalnym ruchem dłoni poprawić poduszkę. Nie wolno. Schemat codzienny i omijany tylko w niedziele i święta. Nie wolno.
Zapala lampkę, gotowa na bolesny blask sześćdziesięcio-watówki. Zanim przyzwyczai się do światła, po omacku podchodzi do okna. Widzi swoje odbicie. To samo od kilkudziesięciu lat i nieswoje od kilkunastu. Nie liczy zmarszczek, bo nie chce dojść do liczby dwucyfrowej, nie dotyka włosów, bo boi się dostrzeże znów siwe, pojedyncze symptomy nie-młodości , kontrastujące z ciemnokasztanową farbą. Nie patrzy na uda, bo stykają się coraz bardziej.
Schodzi do kuchni, po drodze potyka się o butelkę i włazi w mokrą plamę po wylanym winie i nie ma już nawet sił, by zadręczać się nieistotnymi dla przebiegu kolejnego dnia zdarzeniami z wieczoru kilka godzin przed zbawiennym snem. Szuka kubka i wsypuje doń dwie czubate łyżki sypanej czarnej, zalewa wstawioną w tak zwanym międzyczasie wodą, przelewa, czarny płyn z fusami cieknie po szafce, a ona tylko czeka na moment, gdy zacznie rytmicznie skapywać z blatu. No tak. Kapie. Płyn kapie, czas płynie, żarówka stopniowo się wyczerpuje, świta. Ona zastygła, drapie się w ucho, zagryza dolną wargę. Kurwa. Szept przecina ciszę. Kurwa.
Znów nie je śniadania, choć doskonale zna tego konsekwencje, wychodzi z domu z batonem w dłoni, zje go potem na przerwie przed południem, a jutro znów będzie uprawiać gimnastykę artystyczną przy zapinaniu jeansów.
Ubiera się już, ma na twarzy makijaż, czuje pieczenie i ziarna piasku pod powiekami, cofa się po krople, w jednym bucie. Łapie kosmetyczkę, a widząc wyświetlane przez elektryczny zegar cyfry, potrząsa nią mocniej, ta zaś z hukiem spada na ziemię, losowo rozrzucając całą swoją zawartość na podłogę. Pada kilka przekleństw. Schyla się, kręgosłup protestuje.
Klęka i czuje uwierający, mały przedmiot pod kolanem. Szybko próbuje go wydostać, ale czuje, jak jej rajstopy dotknęły jakiejś z jego ostrych krawędzi i oczko już leci w dół, już się pruje. Usiłuje wyjąć intruza z materiału, a gdy ma go w dłoni, zaczyna drżeć.
Nieduży, z tym pięknym brylantem, który kiedyś mu pokazywała przez szybę gabloty i słuchała jego obietnic o pierwszej wypłacie przeznaczonej na to złote cudo z połyskującym rodonitem. Kiedyś idealny na jej szczupłe palce, teraz nieco przyciasny, zakurzony. Obraca w dłoniach kilka gram przeszłości, a kolana ponownie lądują na ziemi. Włosami zakrywa twarz i przyciska dłoń do ust, trwa tak dobrą chwilę, trwa tak wbrew pędzącym sekundom.
Za oknem jest prawie jasno, mgła zaciemnia wąskie uliczki pośród blokowisk, ruch staje się wzmożony.
Dotyka telefonu, na poczekaniu wymyśla coś o rozładowanym akumulatorze, kilka razy przytakuje, przeprasza.
Gdy z chmur zaczyna padać lekka, późno-poranna mżawka, ona wiąże apaszkę, wychodzi. Zamyka zamek na trzy spusty, przygładza spódnicę. Wygrzebuje z torebki kluczyki i jakieś drobne na kolejną kawę i niby wszystko jest tak, jak co dzień.
Sekundy nakładają się i pokrywają, jest tylko nieco spóźniona. Makijaż musiała wykonać przecież dwa razy. Musiała zakryć najświeższe ślady.
Ślady po nim.


before the other side

post pisany przy utworze:

sobota, 28 września 2013

1. (320)

Przykładam dłonie do oczu i zrywam z rzęs powłokę czerni, która nadaje mi wyrazu, kształtuje spojrzenie, uwypukla te oczy, dla których jedyne barwy to barwy braku nadziei. Jestem teraz przezroczystym szkłem zbitej szklanki i kaleczę. Idę po nierównych chodnikach dzień w dzień, szurając butami, w linii prostej, jak ostrze po skórze. Zostawiam za sobą ciągnący się tunel niepowodzeń, lecz dawno już wykluczyłam się z grona niemrawo rzucających się w powietrzu, lgnących do światła ciem. Przestałam dążyć do celu, bo cel zwyczajnie zgubiłam, umknął mi w ciągu dni kwitowanych znakiem zapytania. Zgarbiona taka, przygasła, powłóczę nogami,  potrącam przechodniów, nie przepraszam, a krople deszczu na szkłach okularów wyciera mi wysuszający wiatr. Bo przecież nie Ty.
Ze wszystkich uczuć świata najwięcej we mnie jesieni, więdną powieki i opadają powoli, krwinki z ciśnienia pękają, z dnia na dzień mocniej, za każdorazowe samobójcze próby ich otwierania. Pamiętam słoność fal, opadającą na moje wargi. Gdzieś jeszcze wewnątrz pokładają się przesyntezowane resztki promyków słońca. Teraz nic nie ma. Teraz pocieram o siebie drewniane dłonie, krew podpływa gęstym szlakiem pod paznokcie. Jestem, wolałabym nie być. Idę, chciałabym leżeć. Walnąć na ziemię jak spróchniałe drzewo. Być deptaną, ale nie deptać. Nie niszczyć tej zależności.
Po deszczach wyrosły grzyby pod jodłami, świerkami i łysiejącym pasmem brzóz. Niebo gaśnie bez większego namysłu o porach, gdy ja dopiero zaczynam goić rany, a liście gniją i szarzeją i gałęzie są kanciastym wieszakiem z kory. Broni się we mnie wszelka pochodna nadziei i zakrywam skrawkiem płaszcza rozwierające się wargi, lecz i tak już wiem, przecież doskonale wiem: to nadeszło. Na kalendarze wpełzły dni skłaniające do nieżycia. Już teraz wiem. Wiem i przygotowuję się na długotrwały stan monotonnego czekania. Na chodzenie pod rękę z zezowatą, durną matką nadzieją. Na wbijanie igły w żyłę i szprycowanie się pogodnością. Aby nikt o nic nie pytał. Aby ten haj uznali za akt normalności.
Dotykam szyi i niemal zamieniam swe place w splot sznura. Z kranu kapie woda. Liczę krople. Na siłę budzę dawne skojarzenia.
Jestem z tym sama. Sięgam do zakamarków kieszeni. Przekręcam klucz. Uwalniam spokój, ciśnienie reguluję zwiększaniem się źrenic. Podpalam szeregi gotowych na ból receptorów. Gdy krążę po orbitach obłędów i cieni, zaczepiam zazwyczaj o tej rodzaj przystanków. Pauzuję świadomość i zagryzam wargi. Pozwalam pisać zdania nieme w kolorach intensywnej, czerwonej jesieni.
Nie chciałam, nie miałam tego w planach. Zapętlona w nie ten zakręt i wiecznie czym zastraszona, wybrałam drogę najprostszą, biegnącą ponad wszelkimi rodzajami starań. Obiecywałam ostrożny test, sprawdzenie listy obecności, z naciskiem na dawnych wskrzesicieli. Nie miałam i nie chciałam mieć tego w planach. Połknęłam naszykowany na zakłamanych haczyk. Zawisłam na ostrym końcu ziemi.
Zaschniętą, poczerniałą krew znajduję za paznokciami.


Drain the veins in my head.

post pisany przy utworze:
Jason Mraz - Plane

niedziela, 25 sierpnia 2013

1. (319)

Sposób, w jaki to mnie omija i nie dotyczy zaczyna być irytujący. Tempo biegu czasu dokłada swoją porcję frustrujących kwestii i nie jestem w stanie zdjąć z siebie tego kamienia świadomości, składającego się w większości z wykreowanych przeze mnie obaw i stanów lękowych. Perswaduję kłamstwa sama do siebie tysiąc-słownymi zdaniami i głodzę swoją potrzebę istnienia, myśląc, że łaknienie kiedyś zniknie. Tymczasem wewnątrz tylko pęcznieje to poczucie zapaści duszy, zapaści w całkowicie beznadziejną otchłań bezradności. Ja tu zostanę, przecież wiem. W tym stanie przypadkowych średnich wyliczonych na podstawie wieczorów klęsk i poranków przegranych. Chcąc dojrzeć słońce, zakrywam oczy z lękiem, przez nich wciąż się lękam, skrywam w dłoniach wyblakłą, kruchą twarz. Przez nich już nie wierzę w nic i nie mam zdolności poświęceń dla czegokolwiek. Jestem tu i nie ma mnie, oddychać przystało tylko tym ładnym, tym szczęśliwym, tym zakochanym w chwilach. Mi nie. Ja sobie tu tylko postoję, popatrzę, a potem biegiem wrócę do siebie, do miejsc błogiej melancholii i wyrzygam chowane emocje, potnę maskę zbiorczo zebranych uśmiechniętych wyrazów twarzy, potnę maskę. Potnę.
Potnę.
Jestem mocno zmęczona, wewnątrz wyblakła, pogięta na rogach, w oczach wilgotna. Zdradzić mnie może tylko zaczajona i niemal zupełnie już wyschła, zastygła łza na rzęsach, jeżeli tylko potrafisz zajrzeć dokładniej.
Jeśli tylko masz odwagę zajrzeć we mnie głębiej.
Wejść pod koc. Wpuścić do siebie ciemność i przytulić się do żeber. Objąć się mocno i zasnąć bez liczenia owiec, ran czy dni do końca. Trwać w stanie nieczucia i móc nigdy się nie budzić. I znów. Znów potrafić wyodrębniać z siebie ciągi słów o poplątanej sieci nerwów wewnątrz. Znów umieć o tym mówić i nie musieć zerkać do słownika uczuć. Nie musieć się starać o samą siebie.
Nieustannie w sobie mam uczucie wypalenia. Patrzę w oczy swojemu odbiciu i łamię kark na płyciźnie. Patrzę sobie samej w oczy i boję się, czy wytrwam, czy to pokonam. Czy jeszcze jest we mnie dość cienkich, lecz nadal ciągłych linii jednorazowych moralnych kręgosłupów.
Chęć zabicia siebie czasu i jednoczesny brak odwagi możliwości.
Wciąż mnie cholernie to wszystko dotyka. Dźga i nie przestaje, napięte mięśnie, dźga i wciąż jednostajnie i prostolinijnie sobie po cichutku cierpię i cierpnę, upadam i odpadam, umieram i zamieram.
Umieram.
Napięte wszystkie mięśnie, po kolei. Najmocniej ten najgłupszy - serce.


I just want relief. 

post pisany przy utworze:

środa, 24 lipca 2013

2. (318)

Księżyc zakrywany przez wolno sunące po ciemnym niebie chmury na zmianę rozjaśnia i gasi przestrzeń wokół niej. Zimne, szare płytki na wąskim balkoniku - z tyłu jej domu  z widokiem na kilka drzew, głównie brzóz i sosen, garaż i hektary pól, za dnia pachnącymi zbożem, teraz niknącymi w ciemni - chłodzą opaloną skórę na nogach. Po jej ciele, które nawet teraz, latem, wydaje się być mocno skulone z zimna, przebiegają dreszcze. Wraz z wpadającym przez nozdrza powietrzem zamyka oczy. Noc nie pachnie. Jest lekka, cicha, stonowana. Nikt nie zakłóca tych chwil, nikogo teraz tu nie ma, a ona jest pewna, że ten rodzaj samotności dziś wyjątkowo jej służy. Wiatr porusza jej włosami, spokojnie odsłania jej twarz, zupełnie jak czyjeś dłonie. Te, które zawsze są nieobecne. Patrzy ze skupieniem na cyfry zegarka na wyświetlaczu telefonu. Czeka. Gdy widzi, jak 23:59 zmienia się na 0:00, uśmiecha się.
O rok starsza. O rok mądrzejsza. O rok pewniejsza.
Patrzy na leżące obok małe, kolorowe świeczki, rozgląda się za zapalniczką, lecz, nie dostrzegając jej, rezygnuje. Mijają minuty, z każdą kolejną jej dłonie coraz szybciej nerwowo dotykają komórki, wargi lśnią od przygryzania. Telefon milczy, a jej uśmiech gaśnie. Patrzy przed siebie i znów zaczyna tę grę oddechów. Jedyne, co teraz do niej dociera, to przyspieszająca na zakrętach żył i tętnic krew, jej łomot, drgające serce. Widzi setki scen. Nieważne, które z nich pochodzą z przestarzałej przeszłości o zapachu stęchlizny, a które należą tylko do niewąskiego grona urojeń o "lepszym jutrze", z jej wyobraźni, bo i tak wszystko zlewa się w jedno nieporozumienie. W powietrzu wisi bezradność. Jej oczy zakrywa mgła, księżyc znika za chmurami.
To swego rodzaju świadomość. Bolesny, ale konieczny policzek wymierzony przez realia.
Zaciska pięści i stara się wyprzeć z głowy automatycznie wyświetlany życiorys, pełen ciągłego strachu i naprzemiennego uciekania od niego. Jej świadomość odsuwa wszystko to, co teraz mogłoby przyprawić ją o uśmiech. Rozmowy z serii niezapomnianych, miejsca z grupy najwspanialszych i, zwłaszcza, ludzi - tych najukochańszych. Zatruwa przestrzeń wokół siebie tą paradoksalną ironią i czuje, jak uczucie pustki zalewa jej świat, spływa po niej, przecieka przez drgające palce.
Nie widzi nic, zapada się w siebie i to, co trzęsie jej ciałem, wywołuje na skórze gęsią skórką. Chce umrzeć tu i teraz, tylko na ten dzień i nigdy nie musieć patrzeć na daty, na to, jak nie zmienia się nic, prócz jej świadomości i postrzegania.
Zegarek znów mrugnięciem zmienia czas.
Gdy to widzi, uśmiecha się. Przez łzy.
O rok starsza. O rok głupsza. O rok samotniejsza.
Wstaje. Szarpnięciem otwiera drzwi balkonowe. Potknięciem zrywa firankę z karniszu i klnie pod nosem. W jej ruchach jest wściekłość, tak silna i niesłabnąca wściekłość, poprzez którą chce zatamować wyciek smutku. Męczy ją jej własny płacz i w efekcie pada na niedbale pościelone łóżko. Zasypia tak szybko, jak jeszcze dawno nie zasypiała.
I tylko czasem. Cicho i niespokojnie. Pochlipuje.


To the outside: the dead leaves, they're on the lawn
Before they died, had trees to hang their hope.


post pisany przy utworze:

środa, 10 lipca 2013

1. (317)

Kontrola oddechów. Delikatny szum wiatru i kontrola. Zniknąć, zniknąć, zniknąć, zapaść się pod ziemię. Panuję nad sobą i wznoszę w rytm powietrznych drgań do góry swoje oczy. Pozwalam sobie na zamknięcie powiek. Słoność skleja rzęsy, zwilża warstwę wspomnień. Żyły puchną od natarczywego tłoczenia krwi przez zastraszone serce. Tak bardzo chcę je teraz od ciężaru uwolnić. Połknąć wszelki strach i choć raz, jeden raz, zrobić krok w kierunku snutych odwiecznie planów, zadziałać, patrzeć, uśmiechnąć się, zasnąć, upuścić szklankę, rozbić głowę o podłogę, zapaść się kurwa, zapaść pod ziemię. 
Opakowałam się w papier ze wzorem na kształt potężnej, silnej, kamiennej ściany, wyglądam tak pewnie, tak mocno, wpadam na ludzi, wyrywam im serca, depczę, zostawiam. Jeżdżę po nich czołgiem i mówię, że nie szkodzi. Odchodzę. Zawsze odchodzę, jak nieoswojone zwierzę z płochym spojrzeniem. Bo nie potrafię. Kompletnie nie wiem, jak się z własnym gatunkiem obchodzić. Gubię się w algorytmach spojrzeń, w strukturach wypowiadanych słów, interpretacjach, podtekstach, sarkazmach. Proszę, zamknij mnie. Zamknij mnie z dala stąd. Odkrój mi mózg, nie, nie chowaj do słoika, spal, spal to, czym ranię niemal wyczynowo, rekreacyjnie, dla przyjemności. 
Mogłabym chociaż przestać kłamać. Że tak chcę. Że lubię. Że mi się to życie wokół niesamowicie podoba i nie chcę zmieniać w nim czegokolwiek. Mogłabym chociaż przestać.
Mentalny stan samozagłady i poczucie destrukcyjnego bycia ponad tym wszystkim i pod jednocześnie miesza we mnie sprzeczności, wirujący system wartości ociera się o krawędź przepaści, tej samej przepaści, ale to i tak nieważne. Bo zewsząd. Od strony okien, drzwi, podłogi. Z zachodu, wschodu, z góry i z dołu. Od buzującej w szkle wody i gorącej fali słońca. Wszystko mi mówi, że tak wygląda jeden z kolejnych końców, finałów. W tym miejscu jest meta, tu doczołgała się krwawiąca nadzieja w porwanej sukni, tu leżą postrzępione plany jednej ze stron i ich stanowcze zaprzeczenia drugiej, to właśnie tu umierają moje niewypowiedziane zdania, którymi, wydawało się, mogę jeszcze tak wiele naprawić. To meta, przy której nikt nie wiwatuje. Niebo jest szare i jest środek zimy. Dławią się krtanie nasze od wewnętrznych zranień, krwotoków. 
Chyba jestem tu namacalnie, chyba cierpię. Trzymam w dłoni nóż, kroję na kawałeczki dłoń. Karą się chłostam do chwili, gdy świadomość dociera do mnie i wiem. Wiem, że nóż jest ostrzejszy niż wszystkie z mojej kolekcji, a elementem, na którym usilnie próbuję się wyżywać, prostymi rzeźbić swój odwieczny lęk, jest Twoja dłoń. Nie przerywam. 
Tradycyjnie kończę to, co zaczęłam, jak wszystko, z wyjątkiem dotrzymywania obietnic.


The end.

post pisany przy utworze:

poniedziałek, 17 czerwca 2013

1. (316)

To prosta reakcja, zapis równania, jedno zdanie. Ja zawsze zawodzę.
Ale spokojnie. Ja zawsze się karzę. Nie zostawiam cudzych ran bez świętowania. Nie przepuszczam przez palce zdarzeń. Nie marnuję sekund. Krzyżuję. Te neurony, które impulsem drgnęły siłę w struny głosu i wyrwały się z gardła słowa nieprzerejestrowane racjonalnym myśleniem. Te myśli, które, brutalnie zaniżając statystyki, płyną strumykiem nieprzerwanym, drażnią brzegi koryta, wwiercają się w podłoże ze zwojów mózgowych.
Nie chciałam. Ja. Ja nie chciałam. Nie ta postura, z którą, z przykrością stwierdzam, od czasu do czasu obcują ludzie. Nie krótki, przerywany oddechem śmiech, z lekkim poświstem echa gdzie kilka sekund w tyle. Ja. Ta wewnątrz, ta niedopuszczona do życia, niedokształtowana do norm społecznych, nieprostolinijna. To ja, ta szara, zgniła i pobladła, nie pamiętam, czy nadal o zielonych oczach, sama widuję się z sobą rzadko, rzadko do siebie mówię, częściej już krzyczę, drę mordę na siebie, lubię ten smak, smak spienionej od wrzasku śliny. Słucham siebie jak recytatorskie wykonania poezji, częstotliwość głosu w tych rejonach jest mniej monotonna. I wyobraź sobie, ta ja, o której tak niewiele wiedziałeś, tak mało chciałeś wiedzieć, ona próbowała. Rozgrzewała się do czerwoności autoprzekleństwami i kuła się, jak żelazo, wielkim młotem, żeby coś pękło, coś się zmieniło, drgnęło, nieistotne,w którą, stronę, coś, coś, coś, cokolwiek.
Ona siedzi w kącie i dłubie w oku wykałaczką. Imituje patyczkiem rogatkę na torach i nie pozwala łzom wychodzić na zewnątrz.
Nie domagam się dziś niczego. Jestem tu i trwam w ciszy, telefon milcząco zobojętniał, drzwi zaryglowane w nienagannym stanie, wszystkie dźwięki pochodzą ode mnie, ten błogostan przecina mi nadgarstki. Patrzę na ludzi przez szparę pomiędzy zasłonami, nie widzą mnie, nie wodzą wzrokiem, nie szukają.
Pamiętasz o mnie tylko dlatego, że wciąż o sobie przypominam.
Gdy już będę znikać, pasować do szczegółowo wymierzonych ram i dokładnie opisanych celów, nie zabraknie mi odwagi, by wszystkim stojącym za mną z minami krów żujących trawę pokazać jeden ze swoich dwóch środkowych palców i zaśmiać się w głos, poruszyć przeponą.
Nikt.
Nikt nie zauważy mgły na źrenicach. Drgających powiek. Tego, jak boli. Rzucona w przepaść tożsamość.


Lepiej mnie zabij.

post pisany przy utworze:
Myslovitz - Alexander

wybaczcie mi tak długie zwlekanie z pisaniem,
nie miałam w planach milczenia, przyszło samo. 

poniedziałek, 13 maja 2013

2. (315)

I siedzi tak, na obskurnym, podrapanym, przeznaczonym wedle prawa dla kobiety w ciąży miejscu, po prawej stronie pociągu, od okna, przodem w kierunku jazdy, bo przecież ta cholerna choroba lokomocyjna nie znosi sprzeciwu i życzy sobie świat postrzegać po bożemu, zgodnie z kierunkiem jazdy, bez plątaniny w oczach, bez dziwnego uczucia w żołądku. Naprzeciw niej mętnym wzrokiem wygląda za okno pani zwana śmiesznie emerytką. Śmiesznie, bo takie zupełnie niewinne słówko, skoczne, czterosylabowe i zabarwione zdrobnieniem przez tę końcówkę "tka", nijak się ma do stanu tejże kobiety, o zapadniętych policzkach, wyczerpanych, plamiastych od słońca dłoni i tak zmęczonej duszy. Ta spróchniała postura rozkłada się się od lat, a jej martwe szczątki upadają co raz i obijają się o bruk. Tej pani nie ma, proszę państwa. Wolne miejsce naprzeciwko. Może spokojnie wyciągnąć nogi. A jednak dalej siedzi tak, skulona, jakby się brzydziła tej całej kolei, co się toczy ze stukotem po zardzewiałych szynach, jakby jej tu było nie w smak oddychanie. Zerka na bok. Przyjdą tacy, "młodzi", rozchichotani na cały przedział, sadzą przekleństwa jak w grządkach, równiutko, co parę centymetrów, kilkakrotnie na jednym oddechu. A może ona nie ma ochoty ich słuchać. Może jej dość po całym dniu pracy. Ma ochotę wstać i demonstracyjne wyjść z przedziału, ale coś jej mówi, że pozostałaby niezauważona. Wzdycha raz po raz, osiada na jej płucach mocna hiperbola, bo jej się wydaje, że tym swoim przesadzonym oddychaniem da w końcu komuś do zrozumienia, jak jej tu źle i jak ma już dosyć. Ale pani, proszę pani, nikt tu na siłę nie wpychał, bilecik pani kupiła tymi oto pańskimi rękoma i pieniędzmi własnymi za niego płaciła, więc proszę siedzieć i wyglądać pożądanej stacji albo wysiadać już teraz, skoro tak się tu niewygodnie powodzi.
Ale nie, ona siedzi tak dalej, i sama nie wie, czy rzeczywiście nie lepiej byłoby wysiąść teraz, już, otworzyć okno i wysiąść, wysączyć się przez brudną okiennicę, prosto pod koła, pod zgrzyt metalowy, ciężki, żeby ją na gładko sprasowało pod tymże zgrzytem i żeby miała zaliczone w sekundę cały ten pogrobowy proces rozkładu. Jej się życie nie podoba wcale. Wśród brei identycznych dni nie widzi potencjalnego powodu, dla którego miałaby wciąż to podtrzymywać. Już czuje ten nieprzyjemnie ciepły odruch wymiotny w gardle, gdy myśli o tym swoim spasionym, leżącym na brudnej kanapie mężulku, z piwem w dłoni, mężulku, co często na jej ciche i trochę bardziej wypowiadane w myślach niż na głos "Cześć..." odburkuje tylko, że obiad. Obiad. Prosty komunikat dla kochanej żony, która mimo tych dziesięciu godzin przestałych i skisłych za ladą apteczną, mimo turkotu pociągu i kilometrowego spaceru do domu przez śnieg ma mieć, MA MIEĆ nie tyle siłę, co niemalże zbawienną ochotę, by mężusiowi robić obiadek, absolutnie nie wczorajszą odgrzewaną zupę, koniecznie nowy, świeży posiłek. Jej się chce rzygać, jak myśli o skomlącym psie, do którego już niejednokrotnie celowała nożem, bo wkurwia ją niemiłosiernie ten wyprodukowany przez dwa próżne yorki zwierzak, o niespotykanie niskim poziomie intelektu. Ma dosyć włażenia w żółte kałuże, gdy nocą idzie po omacku do łazienki, kipi na wspomnienie chrapania męża, zaciska zęby, gdy w jej wyobraźni pojawia się sterta naczyń.
Może mi pani podać moją torbę, kochanieńka? Odkąd mąż umarł, sama do wnuków jeżdżę i ciężko mi czasem sobie z takimi prostymi rzeczami radzić.
Podam, proszę pani. Podam. Choć zazdrość zżera mnie wewnętrzne. Pani tak pięknie sobie umiera. Sama, bez jakiejkolwiek ludzkiej obecności. Pani jest godnym ubóstwienia obiektem gnilnego nie-oddychania i ja pani zazdroszczę pani umierania.
Siedzi tak, patrzy na oblepione smarem śrubki przy podłodze. Nie robi nic. Zupełnie. Jak od lat kilku, może kilkunastu. Czeka. Aż się w końcu kiedyś ten pociąg wykolei.
Aż się coś zmieni.


Blinded.

utwór: jak wpis wcześniej.

wtorek, 7 maja 2013

1. (314)

Wśród tej złości. Zgrzytów. Znajduję. Na nowo. Odpowiedzi. Na pytania zadawane skrawkiem świadomości, wśród których wciąż bisuje się jedno, podstawowe, zasadnicze: Co teraz będzie? Jak? Jak będzie?
Tak to jest, gdy zaczynasz komuś ufać, zaczynasz zrywać swoje metalowe szwy na wargach i wylewa się z Ciebie potok krwawych wspomnień, wylewają się hektolitry zgnilizny, gniecionej przez kilkutonowe serce na sznurku, wewnątrz, wewnątrz się wszystko zaczęło, to po pisanym przerywaną linią szczęściu, lekkim oddechu i gojących się ranach, jest wstręt. Wstręt. Wymiotuję swoją nadzieją, zaufaniem, naiwnością jak po butelce czystej, mam skacowane sumienie, chcę wypluć to prędzej, żeby nie nosić w sobie już tego żałowania, dręczenia się. Skrętoskłony tożsamości, zepsute lustra, bo brak w nich mojego odbicia, spływające po twarzy krople deszczu chmury znikąd, tyle niedokończonych epizodów, a taki nadmiar szaleństwa... Jestem pijana od Twojej troski. Mam pręgi na szyi, bo dusisz mnie mocno. Chce zgnieść Cię teraz całą swoją złością, a wydobywa się ze mnie skomlenie umierającego wilka, jestem oślepiona, razi mnie Twoje altruistyczne zaangażowanie. Kochasz. I po co Ci to teraz? Po co? Gdybym Ci pokazała epilog, tak zupełnie odwrotnie, na początek, nie na zakończenie, nie byłoby Cię tu, teraz.
Ja jestem przegrywaniem. Nie wchodź na pole, nie przesuwaj pionków, jestem poddawaniem się, nie graj, nie niszcz bram spokoju, które zbudowałeś.
Kilka ran szarpanych, głaszczę skórę przez warstwę metalu. Już dobrze. Już lepiej. Oddychaj. Proces zapominania właśnie został uruchomiony.
Zanim zupełnie opadną na ziemię, wtopią się w błoto nasze plątaniny zdań, nie zapomnij o jednym - dziękuję. Może nie za to, że żałuję. Niekoniecznie też za widzianą na horyzoncie zbrukaną przez nas przyszłość. Za wycinki lekkiej, słodkiej pustości, którą sobie czasem, z nudów, mechanicznie tworzę. Poprzez szklaną taflę oczu wciąż widzę i rozumiem, wciąż znam na pamięć scenariusze.
Nie jestem rozczarowana. Nie jestem smutna. Nie mam depresji i nie wieszam się na firankach przyczepionych do karniszy. Jestem zraniona.
Interpretuj to dwojako.


Suddenly my eyes are open,
Everything comes into focus.

post pisany przy utworze (absolutnie genialnym):
Hurts - Illuminated

środa, 17 kwietnia 2013

3. (313)

Tak się czasem robi. Z trybem zwolnienia czasu piętnuje sekundy i namaszczeniem obdarza wszelką myśl. Nie miej mi niczego za złe. Odwróć wzrok. Nie patrz. Teraz wbiję sobie w przegub nadgarstka kilkanaście gwoździ. Spokojnym, rytmicznych cyklem uderzeń przeszyję swoje nerwy falą dzikiego bólu, by paradoksalnie zniszczyć w sobie całą tę masę nagromadzonego cierpienia. Nie słuchaj. Kości popękają od nacisku metalowych szpilek, zbyt słabo głuszony masą mięśni chrzęst zakłóci cichą przestrzeń. Nie oddychaj najlepiej, z wydechem pozbądź się ostatnich resztek powietrza. Krew unosi się swobodnym, syczącym parowaniem, w powietrzu jest mnie pełno, dostrzegam krople ciemnego płynu zgubionego pośród tlenu.
Nie rozumiesz.
Bo niby czemu byś miał? Dla kogo, w imię czego, z jakiej okazji i w jakim celu?
Nie rozumiesz. Dwa słowa, mijające mnie na ulicy, odbijające się w szybie pociągu, szybujące w głowie w czasie przerwy między dźwiękami muzyki, pozornie nieistotne. A jednak.
A jednak.
Przeczuwałam. Gdzieś wewnętrznie jakaś cząstka mnie szeptała przytajonym, głuchym głosem, że nie powinnam nikomu oddawać jakiejkolwiek części siebie. Że to jest błąd, bo ani ze mnie słodki, wonny kwiatek, którego można włożyć z gracją za ucho, ani szczęśliwie znaleziona na ziemi pięciozłotówka. Ja jestem poharatanym cieniem. Ja, mimo swego mikrego rozmiaru, zasłonię wszelkie światło. Noszę w sobie pustkę wiejącą chłodem i gaszący ogień potok.
Budzę się w nocy i klęczę. Przepraszam, jak tylko najszczerzej potrafię. Nie wiem, czy siebie, czy siebie, czy Boga (?), lecz nie przestaję. Nie wiem, skąd we mnie tyle litości dla siebie i słów, zwłaszcza tych niewypowiedzianych. Skąd tyle palącej potrzeby płaszczenia się, niekoniecznie zmieniania, wstydu, ale nie naprawiania. Nie mogę już patrzeć na własne dłoni, drgające, roztrzęsione, jak kołysane przez jesienny wiatr bure, spalone słońcem liście.
Zanim usnę, chcę słyszeć czyjś głos. Niech podświadomie uśpi powieki. Chcę czuć potrzebę, by rano się budzić i nie pisać paranoicznych scenariuszy, z których każdy kończy się pod pierwszymi lepszymi kołami. Ja muszę zostać. Przeczekać.
Nie uciekać.
Nie tym razem.


Without you I'm nothing.

utwór jak w poprzednim poście /syndrom zapętlenia jednej piosenki/

niedziela, 14 kwietnia 2013

2. (312)

Co tym razem? Jak nazwę tę duchową niestrawność, która potrafi zatruć każdą z lekkich, prostolinijnych sekund? Które z ułożonych alfabetycznie dolegliwości wybiorę? Powiedz mi. Powiedz mi, z jakim smutkiem mi do twarzy. Takim, gdy płaczę, wykrzywiam mięśnie mimiczne czy może gdy mam puste, zamglone oczy, patrzę się w przestrzeń, przenikam ściany, jak ślepa. Wśród słów pływam, nurzam się, selekcjonuję oddechy, topię się, łapczywie wnikam we wnętrze przestrzeni, bojąc się śmierci, marząc o śmierci. 
Chciałabym.
Bardzo.
Chciałabym o tym komuś powiedzieć. Wyłowić bystrym okiem z gromady poplątanych zdań te najtrafniejsze, którymi mogłabym opisać, przedstawić, obrysować lekko drżącą dłonią stojące gęsiego fobie i stany, te, które chwytają mnie późną porą, z całej siły i bynajmniej nie jest to ot takie przytulenie. Kto by pomyślał, kto byłby w stanie zgadnąć, że będę tak gładko i prostolinijnie przylegać do podłogi. Że z czasem jedynym horyzontem będzie dla mnie przybrudzona, obrypana ściana, a kurz wirujący gdzieś w czasoprzestrzeni osiądzie na skostniałych dłoniach. Że zimno będzie jedynym odczuciem dającym mi wystarczająco dosadnie sygnały - że żyję.
Coś nie tak?
Tak się przecież dzisiaj nazywa istnienie. Osadzone na leniwych wskazówkach zastojałych zegarów, cedzone ostro przez zęby oddechy, rytmiczne, choć zbyt wolne, miarowe bicie serca, drgający nerw gdzieś pod okiem, obolałe od ścisku kości. Tak się do cholery nazywa to piekące, wrzynające się w świadomość jak świder egzystowanie, bez względu na cele, skutki i nadzieje.
Poddaję się. Teraz czy za dwa akapity, i tak chciałam wspomnieć, zupełnie mimochodem, wklepać w klawiaturę zdanie mocno drugorzędne, tak, by po prostu było, nie wnosząc niczego nowego. Poddaję się od kilku lat, bez przerwy, a jednak dno pogłębia się, przyciemnia.
Tak, wiem. Tak. Miałam nie myśleć o niedosycie miłości.
Kiedyś, taaak, z pewnością kiedyś ktoś z Waszego szeregu zmarniałego tłumu wystąpi i niechętnym krokiem wynikającym z ciekawości przyjdzie, klęknie przy mnie i zapyta, co czuję. Żeby usłyszeć śmieszny kawał, gardzącym wzrokiem przeciąć powietrze. I nic nie powiem. Zupełnie. Zanikłe mięśnie odmówią posłuszeństwa. Cisza. Jako jedna z możliwych odpowiedzi.
Mimo tego...
Mimo tego, że chciałabym Tobie o tym powiedzieć.


You never see the lonely me at all.


post pisany przy utworze ( pojawił się tu już kiedyś):
Placebo - Without you I'm nothing