poniedziałek, 31 grudnia 2012

4. (296)

Kochani Czytelnicy i Czytelniczki! Zanim napiszę kilka nieporadnych zdań o tym, jak to nadchodzący rok 2013 ma być lepszy, fajniejszy, milszy etc., uprzednio Wam z całego serca dziękuję! Jest już Was tutaj o 19 osób więcej, a niżeli rok temu! To dla mnie niewiarygodny sukces, i mimo że podobno z czasem każdy kolejny obserwator już tak nie cieszy, to u mnie stan euforii nadal trwa i wierzcie mi lub nie, każdy z Was jest dla mnie indywidualnym powodem do radości. Na blogu jest już 124 komentarze, a odejmując moje, nadal pozostaje ich mnóstwo - lekko ponad 100. Oczywiście nie znaczy to, że jestem definitywnie usatysfakcjonowana i nie czekam na więcej. Czekam! Tak więc śmiało komentujcie i motywujcie mnie, bym potrafiła zwalczać tymczasowe braki weny albo chwile zwątpienia. Odwiedziliście moją stronę 13450 razy - a ja 13450 razy DZIĘKUJĘ <3
I wracając do życzeń, niech 2013 będzie lepszy niż ten. Jeśli nie szczęśliwszy, to może chociaż bogatszy, jeśli nie bogatszy to może chociaż pogodniejszy, a jeśli nie pogodniejszy, to oby przynajmniej był jako taki. Taki w sam raz, równoważący w sobie powody do uśmiechu i okazje do narzekania. A co jak co, uśmiechu Wam życzę ponad wszystko. Prawdziwego i dobrego, lecz na pewno nie banalnego. O, i proszę, tak właśnie pośród zbędnych mniej lub bardziej słów znalazłam te najlepsze:
Życzę Wam niebanalnego roku :*


I oczywiście wspaniałych imprez sylwestrowych :)

niedziela, 30 grudnia 2012

3. (295)

Wydzierającym wiele z wnętrza gestem zerkam na swoje łzawe, rzewne odbicie, przerysowane swoją patetycznością  i zmęczone zwyczajnym byciem. W ustach rozpływa się ironia i pogarda nad samą sobą, gorycz. Mogłam grać bez ustanku - wybrałam upokorzenia zwielokrotnione siłą ciszy i zazębiające się z ciemnymi wdechami trującego powietrza. Zgubiłam pierwiastek normalności, a szukając go ze spuszczoną głową skręciłam życiowy kręgosłup. Zerkam teraz na świat po drugiej stronie lustra i opowiadam historie o tym, jak łatwo mi było przestać marzyć. O tym jak cicho, nocą, wypływały ze mnie pragnienia i zostałam sama, pusta, lekka i spokojna, nastawiona bardziej nijako niżeli pokojowo do jutra, z miną szaro-burą i myśleniem zaburzonym nicością.
Nigdy nie sądziłam, że będę zdolna wpychać sobie do uszu kłamstwa i wierzyć w nie do bólu, a mimo wszystko nadal bezskutecznie. Wyrwałam wszelkie zapasowe serca chowane pod tętnicą i zdezynfekowałam aurę, aby ot tak uczynić swoje życie sterylnie czystym, bez zbędnych planów na przyszłość i scen brudnych wspomnień.
Nie wolno mi.
I wbrew wszelkim chęciom, nie zdołam zdziałać czegokolwiek. Nawet, gdybym kwasem solnym spaliła wszystkie widoczne uczucia i pocięła na strzępki kolekcjonowane skrycie lęki, nie zdołam pozbyć się ubytków w emocjonalnej stratosferze. Ręce moje są wyschnięte i zimne, potrzebują... Usta mam stęsknione i bezdomne. W oczy dawno nikt mi nie spojrzał z ciekawości, więc gaśnie zieleń, pakuje walizki, odchodzi. Głos zachrypiał mi, oblazł w pajęczyny, nie pamiętam, kiedy ostatnio czuł się wyczekiwanym gościem i mógł tłumaczyć ciągi impulsy duszy. I nie, proszę Cię, dziewczyno z lustra, nie mów mi o tym, jak przestałam tęsknić. Nie mów o beztroskiej obojętności we wszystkich zakątkach życia i nie kłam historiami o egzystencji bez wizji jaśniejszej rzeczywistości.
Ktoś musi, może ja, może cicha, niepokorna, kumulować całą złość w sobie i buzować od nadmiaru pretensji do świata. Ktoś musi, kochanie, bo zabrali nam zdolność do powolnego uwalniania się podczas długich rozmów, do rytmów powolnych, rytmicznych kroków. W pewien sposób straciliśmy zdolność do wzmacniania swojej nadziei i choć miałam zrobić wszystko, by nikt się o nas nie martwił, poszło nie tak, znowu, jak zwykle, jak zawsze.


You got that medicine I need.
Dope, shoot it up straight to the heart please.

post pisany przy utworze:
Lana Del Rey - Gods & Monsters

poniedziałek, 24 grudnia 2012

2. (294)

Chcę, żebyś nie zapomniał/nie zapomniała o sobie w te święta. Daj sobie wolność bycia sobą i nie pozwól utopić się w natłoku szorstkich zdań rozpoczynających się od "powinieneś/powinnaś" czy "musisz". Nie zapomnij o sobie, proszę, i bądź dla siebie dobrym człowiekiem. Nie życzę Ci wesołych świąt. Niech całe twoje życie bywa wesołe - nie tylko trzy dni wyrwane z kalendarza. Nie chcę dla Ciebie wszystkiego najlepszego. Bardziej pragnę, by twoje życie było dobre, zrównoważone, harmonijne. Nie chciej nigdy od losu najlepszego, bo udławisz się tym i zszarzejesz całkiem. Życz sobie dobrego, balansuj po linii życia i chwiej się, bez obaw. Nie życzę Ci niczego, co wydaje się oczywiste. Po prostu bądź teraz sobą, nie chowaj się, nie chowaj, stawiaj kroki pewnie i żyj tak, jak zawsze żyłeś/żyłaś tylko w wizjach przed snem z nieśmiałym uśmiechem na twarzy.
To jest Twój czas - droga Czyteliczko, drogi Czytelniku - uśmiechnij się teraz dla mnie i odsuń na bok wszystko, czego nie chcesz.
Pamiętaj o sobie w te święta.


And I would give all this and heaven too.

piątek, 21 grudnia 2012

1. (293)

I jeśli już będę umierać, chcę umierać komuś. Chcę, by ktoś widział ostatnie moje tchnienie, wieńczący ruch klatki piersiowej, opadające powieki i zastygłe żyły. Chcę, by ktoś czuł tę stratę. By nagle po prostu zdał sobie sprawę, że jakaś część jego życia umarła. By poczuł to, co towarzyszyło mi przez całe życie: jakiś mocno przeciągnięty pogrzeb, aura strachu, swąd zgniłego życia. By tym razem to mój scenariusz był tym wiodącym i abym mogła dozować, wymierzać w was ból narzędziem słodkiej zemsty.
I jeśli już będę odchodzić, to z dosadnym tupnięciem i podniesioną głową. Z dotąd niepodobną do mnie pewnością, tak stanowczą, że gonić mnie będziesz, prosić, bym zwolniła, bym wróciła, bym została. I tej jeden jedyny raz nie ulegnę, nie skulę się w sobie, tylko pójdę na wprost przed siebie, z czasem nie czując pod sobą gruntu i tylko słysząc, jak pluskiem obijam się od skał, od spienionych skał, od twardego morza. Popsuję komuś całe życie. Wyrwę mu siebie samą, postrzępię, zostawię dziurę krwawą i lśniącą, a sam jej widok będzie mnie napawał ulgą. Wszystkie zemsty świata wyblakną przy jednej, mojej, i nie będzie żal, nie będzie. Walczyłam z instynktami porażki od lat, do chwili, gdy nagle ktoś wlazł do życia i podkradał mi ciebie jak schowane przed dziećmi smakołyki, walczyłam z każdym gryzącym poczuciem poniżenia, rwałam na strzępki wiele miażdżących myśli, tylko to syczące słowo "winna" dziwnym trafem prześlizgiwało się przez sitko sumienia i nie mogłam oddychać, spać, jeść bez jego dźwięku. Smutek lepkim gestem przykleił się do mnie na stałe, okalał mnie, twarz całą, wszystkie sny i sekundy, podczas których naprawdę, naprawdę chciałam się cieszyć. Wewnętrznym murem były wspomnienia i tylko echem odbijał się śmiech. Wszystkimi wyrwanymi z gardła stęknięciami, co na kształt szczęścia brzmieć miały - kłamałam. Manipulacyjne wyrazy twarzy kolejno stały, gęsiego, a ja tylko testowałam, którym łatwiej zabliźnić wam oczy i wepchnąć w nie gipsową papkę.
Było łatwo.
Banalnie łatwo.
Płacić będę za cudzą głupotę w walucie wieczorów gnijących, wieczorów z bezsensem i bezsnem w tytule. Popęka mi skóra od czekania, ale to nic, to nic - przezroczyste linie z przeszłości blakną miarowo,  nowe także znikną aż do następnego i nigdy ostatniego razu.
Chciałam nie mówić Ci, ale muszę - wracam. Znowu. Odbicie wyblakłe i szumiące myśli.
Ja.


I aint got nothing left to give...

post pisany przy utworze:
Angus and Julia Stone - Draw Your Swords

piątek, 2 listopada 2012

1. (292)

Jestem ostatnim z ogniw tego łańcucha. Ostatnim, najmniej ważnym, pomijanym, ale i pierwszym, pożeranym przez was szybkimi zębów szarpnięciami. Poczekaj sobie trochę, poczekaj. Nagle zorientujesz się, że ci umknęłam, zostałam za bardzo z tyłu, skręciłam nie tam, gdzie ty i nie ma mnie bardziej jeszcze niż kiedyś. Tak, tak, to możliwe. Dopóki wciąż stawiam kroki na naszej brudnej ziemi, dopóki wciąż raz na rok wciągam w siebie powietrze, dopóki poruszam czasami ustami, mówiąc echem - dopóty mogę znikać bardzo i bardziej i zatrzymać mnie można już prawie wcale, nawet w ramionach czyichś jestem kłębkiem powietrza i trudno jest poczuć moją obecność.
Szukam gdzieś w przestrzeni tego wymarzonego miejsca zastępczego, gdzie mogłabym na chwil parę przestać błądzić korytarzami wspomnień, wyrwać z serca wszystkie ludzkie drzazgi i bez względu na pogodę czuć ciepło i mieć jeszcze jakieś kształtne, lustrzane odbicie. Szukam gdzieś w sobie tej siły, by wyjść z grobu i nie traktować siebie jak wraku, nie patrzeć na siebie jak na pustkę w przestrzeni, na elementarny składnik szarych, brudnych cieni. Już prawie uwierzyłam i przyszło mi teraz tego żałować, zakrztusiłam się swoim śmiechem, ma smak gorzki, pluję nim na ślady waszych stóp, na ślady odsunięte od moich. Od dłuższego czasu senność miesza się z czuwaniem, jakbym chciała obronić wszystkie drobinki kurzu, patrząc na nie z swoistą czułością, ze współczuciem, z bliskością. Jestem spokrewniona z padającym deszczem i nie raz pewnie przemknęłam ci pod oknem, ale byłam szara i smutna, nie widać mnie wtedy zupełnie, nie chcecie mnie widzieć zupełnie, nie patrzycie na mnie zupełnie.
Tak banalnie łatwo zamknąć wszystkie słowa w sobie samej, klucz bez sentymentu wyrzucić za okno i czekać na to dziwne tykanie. Aż czuję, jakbym z sekundy na sekundę miała w sobie coraz więcej buzujących bomb ze słów, bomb, które trzeba czym prędzej rozbroić, ukołysać ich rytmiczne oddechy, żeby nie zaczęły mnie rozsadzać, wypływać ze mnie strugami przekleństw, strugami małych kropel grzechów.
Przykrym obiektem są oczy, którym blask zniczy rozmazuje wodny roztwór soli. Przykrą wizją są ciche pogrzeby w wyobraźni, pogrzeby dusz mniejszych od naparstka.
I widzę siebie za rok w tym miejscu i widzę siebie, wiem, że tak jeszcze nigdy nie płakałam.
Pewnie to mój wybór, wina moja, moja skaza. Pewnie to takie małe "tylko", takie nieistotne tło, które zamyka oczy i nocą jest w środku dnia. Pewnie niezauważalnie znikłam i zwątpiłam w swoją przyszłość, widzieć siebie nie muszę wcale, by znać tą zerową wartość i wciąż od świadomości uciekać.


Nienawidzę ludzi za każde kłamstwo, które musiałam połknąć, żeby teraz nim rzygać.

post pisany przy utworze:

niedziela, 21 października 2012

8. (291)

Chcielibyśmy jeszcze jakimś cudem nadać życiu smaku, aby było po nocach o czym rozmawiać. Aby cisze zagnieść natłokiem słów, natłokiem zdarzeń. Chcielibyśmy zrobić coś, cokolwiek, by to życie żyć zaczęło. A ja? A ja chodzę spać o dwudziestej drugiej i nie mam siły, aby wstać, nie mam czasu na śmianie, na żegnanie, na zaprzeczanie... Jakoś tak wyblakłam, marnując czas po kątach, znając smak tylko zimnej herbaty i śniąc już wyłącznie o niczym. Wlokąc się za pędzącym czasem - zrozumiałam. Zrozumiałam. Z perfekcyjną w swej prostocie świadomością. Nie śpię jak piękne dziewczyny z gładkimi ustami. Nie można mi czytać z żył na powiekach, bo oczy zaciskam i zagryzam wargi. Nie warto szukać we mnie zmysłowości, w moich ruchach, gestach, słowach. Zaczesuję włosy za ucho niezdarnie, szybko i na nic. spojrzeniem umarłym obdarzam ludzi i wielu z nich nie widzi nic. Płytkie są moje oczy, w lustrze nie mają odbicia. Tak z czasem dzieje się z człowiekiem. Czasem coś wyrywa z niego życie, zabiera mu je, ZABIERA, i od tej pory on musi być wrakiem. Bez względu na to, co chcieliby widzieć wszyscy inni, wszyscy lepsi i wszyscy mądrzejsi. Wbrew każdemu słowu krytyki, którym ktoś próbuje rozciąć nam czaszkę i ponacinać trochę kabelków w mózgu dla lepszego przewodzenia.
Czasami po prostu takie rzeczy się dzieją, takie chwile duszą człowieka.
Jestem tu, widzę las waszych dłoni na górze i nie potrafię zareagować. Za krótkie mam ręce, za mało w nich mięśni, niewiele w nich siły, niewiele nadziei. Niezliczone ilości dni wpadły w lejek zapomnienia i zmieszały się w brązową paćkę, w brudne zbiorowisko niechcianych zdarzeń, w kulę mokrego papieru, tysięcy kropli rozpaczy i pogiętych słów. Jestem dziś taka niedokochana. Krzyczy coś we mnie i woła o pomoc, a z każdą kolejną chwilą jakby tracę cudowne zdolności, by pięknie swoje wnętrze ubrać, wystroić w słowa. Tak, jakbym po drodze, nabijając stopy na coraz mocniej zardzewiałe gwoździe, które wam przypadkiem wypadły z kieszeni, wraz z krwią gubiła swoją siłę przekazu, moc jednoczenia bezkształtnych myśli z okrągłymi, obtoczonymi w lukrze słowami.
Jest łatwiej, niż się spodziewałam. Łatwiej patrzeć na wypływającą powolnym strumykiem duszę, niżeli trzymać ją w sobie, dusić. Mgła osiada na oknach, dźwięki szurają nutami po podłodze - siedzę. Powinnam tchnąć w zdołowane komórki, skądinąd, szare, powinnam ruszyć, odkopać, wyjąć coś ze sterty niedokończonych spraw, powinnam... Tak wiele powinnam, i Ty także, powinieneś być. Wszyscy powinniśmy ładnie się uśmiechać i grzecznie potakiwać na każde wpychane nam na siłę kłamstwo, a nie wegetować właśnie TAK, jak roślina, jak atomy tlenu w powietrzu, jak ja. Nie tak. Powinnam dostrzegać w chwilach jakieś znaczenie, a nie umiem, nie jestem w stanie, może trochę też nie chcę, nie mam siły i ochoty.
To się po prostu we mnie skończyło. Wyparowało jak woda z zapomnianego czajnika, wyciekło przez dziurkę od klucza.
To się po prostu skończyło.



Can I confess these things
To you?

post pisany przy utworze:
The xx - Night Time

sobota, 20 października 2012

7. (290)

Tak będzie lepiej. Tak będzie lepiej dla nas, dla mnie, dla moich bisowanych jedenaście razy słów, dla moich wątpliwych chęci poprawy, dla tych wszystkich uśmiechów, który wryły się w psychikę, pozostawiły po sobie kilka zmarszczek mimicznych...
Zobacz. Zobacz, jakie szczęście miały nasze oczy, jak wspaniale musiały się czuć, gdy dane nam było patrzeć na anielski błękit, na zalążek nieba na ziemi. Zobacz, jak cudowny był każdy krok stawiany w ciemności, z blaskiem gwiazd, z cichą muzyką w tle, ze skraplającymi się, białymi oddechami. Z blaskiem odległych latarni, z deszczem, ze śniegiem, z mrozem, z wiatrem. Nie mogę być teraz smutna. Nie mogę. W obliczu tego wszystkiego, co dostałam, w obliczu każdego słowa obfitego w życie, w obliczu każdego słowa pękającego od nadziei, jakie wpadło do naszych uszu, w obliczu każdego uśmiechu oddzielnie, każdego zdrobniale wypowiedzianego imienia - nie wolno. Nie wolno nam pozwolić, by ktoś musiał się o nas martwić. Nie wolno nam zaprzepaścić tego, co skrzętnie zostało zebrane, zaszufladkowane w głowach pustych często jeszcze, głupich wciąż i niedomyślnych. 
Tylko spójrz. Jeśliby zgromadzić każdą drobinkę, każde wspomnienie w jedno miejsce i spojrzeć na to zupełnie obiektywnie, to jesteśmy dziś najszczęśliwszymi ludźmi na świecie i nie wolno nam... Po prostu nam nie wolno tego zaprzepaścić...
Przez jakiś czas będę to powtarzać. Na siłę niemal samej sobie udowadniać, uświadamiać siebie, uczyć, jak powinnam kroki stawiać, by nie było widać po mnie jakiejkolwiek straty. Ale nauczę się cierpieć. Bo, wiesz, ktoś mi kiedyś powiedział, że to jedyne, co mogę zrobić. Że nie mam wpływu na to, jakie barwy przybiorą kolejne dni z kalendarza i już sam fakt, że tu jestem, a przecież JESTEM, czyni mnie silniejszą. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć czegokolwiek. I nawet to niejednokrotnie powtarzane "wiedziałem" jest niczym, zbiegiem okoliczności, nachodzącą warstwą prawdopodobieństwa. 
Wiesz, co teraz jest najważniejsze? Trochę chęci, by nie obrócić tego w proch. By nie zapomnieć, nie zabrudzić wspomnień krwią, nie poprzekręcać składni zdarzeń i nie pogubić, na Boga, tylko nie pogubić, nie stracić tej wiary w jakąś cząstkę anielskości. Przetrwamy to, prawda?
Przyjdź do mnie. Powtarzaj mi przez godzinę, dwie, przez najbliższe parę lat, że damy radę. Jakoś wstaniemy, chwiejnie, lecz jednak, wbrew wszystkiemu, nie tylko dla siebie, dla kogoś, kto pomógł nam bardziej niż wszyscy i zawsze będzie gdzieś tu, po lewej stronie, gdzie podobno od czasu do czasu bije jakieś serce.


Can you feel it?

post pisany przy utworze:
Kings of Leon - Pyro

środa, 17 października 2012

6. (289)


Dotykam twoich ust, palcem dotykam brzegu twoich ust, rysuję je tak, jakby wychodziły spod mojej ręki, jakby po raz pierwszy twoje usta miały się otworzyć, i wystarczy, bym zamknął oczy, aby zmazać to wszystko i zacząć od nowa; za każdym razem tworzę usta, których pragnę, usta wybrane spośród wszystkich, w absolutnej wolności przeze mnie wybrane, aby moja ręka narysowała je na twojej twarzy, a które przez niezrozumiały dla mnie przypadek dokładnie odpowiadają twoim ustom, uśmiechającym się pod moimi palcami.

Patrzysz na mnie, patrzysz na mnie z bliska, oczy powiększają się, zbliżają do siebie, nakładają jedno na drugie, cyklopi patrzą sobie w oczy łącząc oddechy, usta odnajdują się i łagodnie walczą gryząc się w wargi, leciutko opierając języki o zęby, igrają wśród tego terenu, gdzie przelewa się tam i z powrotem powietrze, pachnące starymi perfumami i ciszą. Wtedy moje ręce zanurzają się w twoich włosach, pieszczą powoli głąb twych włosów, podczas gdy całujemy się, jakbyśmy mieli usta pełne kwiatów czy też ryb o szybkich ruchach, o świeżym zapachu.

I jeżeli całujemy się aż do bólu – jest to słodycz, a jeżeli dusimy się w krótkim, gwałtownym, wspólnie schwyconym oddechu – ta sekundowa śmierć jest piękna.

Jedna tylko jest ślina, jeden zapach dojrzałego owocu, kiedy czuję, jak drżysz koło mnie jak księżyc odbijający się w wodzie.

(Cortazar, Gra w klasy; w tym fragmencie jest tyle subtelności, tyle mistrzowskiego słownictwa i tak wiele artyzmu, że musiałam go Wam pokazać)


niedziela, 14 października 2012

5. (288)

Przerwać to. Przerwać. Odciąć prąd, wyrwać kabel z mojej głowy, uśpić mnie. Szybko. Póki jeszcze nie wstałam, póki nie zarzuciłam na siebie pierwszej lepszej kurtki, pierwszych lepszych butów, pierwszej lepszej miny. Odciąć tlen, prędko, bo zaraz otworzę zimną dłonią drzwi, wciągnę w nos zimny łyk powietrza i pójdę szukać. Szukać szczytów tych najwyższych, na które wspinać się będę nie po to, żeby ktoś mnie pochwalił, um, no no, Natalka się stara, ambicje ma, hm hm, dobrze, nie po to, żeby wyglądać na silną, sama idzie i potrafi, brawo, brawo, to się ceni, nie, by zerknąć na wszystko z góry, odmiennie niż zawsze. Wpinać się będę na najwyższe szczyty tylko po to, by potem sprawdzić, gdzie kończą się ich krawędzie, gdzie nie da się już stać stabilnie, gdzie lewą rękę chwyta grawitacja, a drugą czule głaszcze jakiś zimny podmuch wolności i kresu. Ale chwila, nie będę przecież sama, bo oto za mną stoi kilka słodkich osób, z minami ,jak zawsze, do śmiechu i nie, żeby coś, ale wręcz pchają mnie, kopią, drą się, bym już dała ten krok w przepaść, zanurkowała sobie z raz, a co!, życie jest przecież tylko jedno, a co!, czerpać z niego trzeba nieprzerwanie i próbować, próbować, próbować!
Wpoiliście sobie tą zasadę na stałe. Tak, sprawdźmy teraz, spróbujmy, jak nam jest bez siebie.
Potrzebowałam Cię. Tysiąc sto pięćdziesiąt osiem razy, będąc tutaj, wewnątrz, na dnie. Potrzebowałam Cię. Czekałam. Parę dni, parę mrugnięć powieką, parę kubków gorzkiej herbaty. Niezmiennie. Z zegarkiem w ręku i nogami gotowymi biegnąć w każdej chwili, oby tylko jak najprędzej otworzyć Ci drzwi. Z palcami u dłoni rozgrzanymi i chętnymi, by może odebrać od Ciebie jakiś wieczorny telefon. Z oczami tak niemiłosiernie wpatrzonymi w świat za szybą, tak skupionymi, byleby tylko dostrzec twoją znajomą sylwetkę. Zwiędło mi teraz wszystko, przez Ciebie. Przez Twoją nieobecność bolącą, piekącą, krojącą serce w drobną kosteczkę i duszącą go na rozgrzanym oleju z pierwszego tłoczenia. Dziś na obiad podajemy państwu rozczarowanie. Tak, przygotowane z pierwszej jakości rozgoryczenia, z odrobiną smutku i tęsknoty. Tak, świetnej jakości, doskonale przygotowane.
Co mam zrobić? CO? MAM? ZROBIĆ? Zauważ. Przetrzyj w końcu swoje zakurzone oczy i zauważ. Nie trudno. Stąd tyle pytań we mnie, czy już wiesz i nie potrafisz powiedzieć, czy może na siłę odwracasz twarz, ręce chowasz do kieszeni, jak tylko obok gdzieś się znajduję. Może wygodnie Ci tak z moim nieistnieniem, a planach masz pilny remont życiorysu, i, hm, jakby mi to powiedzieć, nie ma na mnie miejsca w nowej idei egzystencji. To nic, martwić się nie muszę. Nie będziesz znać smaku samotności, ostatnio spadli Ci z nieba nowi, świeżutcy kompani, których elegancko ustawić można na jakimś pustym regale i uśmiechać się do nich. Co wieczór. Co ranek.


And I say you can't get enough.

post pisany przy utworze:
Kings of Leon - Be Somebody

4. (287)

Wszystko brzmi dla mnie jak pocieszenie, wygodnie jest myśleć, że wciąż jest się do uratowania, nawet jak się już w to prawie nie wierzy; skazaniec pod szubienicą także pewnie myśli, że coś się stanie w ostatniej minucie, trzęsienie ziemi, sznur zerwie się dwukrotnie, przynosząc ułaskawienie, telefon od gubernatora, spisek, który go oswobodzi. (Gra w klasy, J. Cortazar)
Wszystko brzmi dla mnie jak pocieszenie...

Wypadłam z gry. Stoję z boku i oglądam Wasze życia jak widz, niekoniecznie ważny, niekoniecznie doceniony, niekonieczne obeznany w tymże życiu. Raczej przypadkowa ludzka maskotka, z wybrakowanym doświadczeniem, wzrokiem lekko podłamanym i o zgarbionej postawie. I pewnie jak zwykle nie będę mieć racji i pewnie jak zwykle ktoś wyrazi sprzeciw, ale jestem tak pewna, tak w zupełności pewna, że pewnie, gdybym nagle zeszła z widowni i zniknęła w ciemnej mgle o zmroku, to minęłoby parę chwil, godzin, dni, tygodni, nim ktokolwiek zauważyłby brak mnie, mojej znudzonej miny i typowego milczenia. To nie boli. Wyobrażenia przestały być kolczastą odmianą myśli od kiedy w realność wchodzą gęsiego, od kiedy wpisują się w codzienność i akceptować je trzeba pokornie. Od kiedy depczę wam po piętach, idąc wiecznie z tyłu, wtrącając się do rozmów zupełnie nie o mnie, nie ze mną, towarzysząc raz po raz, w funkcji podręcznego wieszaka na zdania lub ochroniarza, który czasem, rzadko, wtrąci jakieś pół, jedną trzecią słowa, aby przegonić jakąś nieproszoną, nachalną ciszę.
Podobno lepiej się zasypia ze słodkim obrazem na powiekach. Z jakąś wyrwaną z dnia wyjątkową chwilą, cukrowym, lepkim wspomnieniem. Nie. Najlepiej się zasypia, jak się ma dość życia, jak się nie pragnie niczego innego, jak ucieczki w stan hibernacji. A sen to już prowizoryczny zalążek śmierci. To taka próba, czy wygodnie nam się leży i czy poduszka jest aby nie za wysoko. Jednak nie wierz powtarzanym, utartym zwyczajom. Kochanie. Nie trzeba leżeć, by spać. Na co ci kołdra, jakieś skrzypiące łóżko i zamknięte powieki. Zobacz. Przyjrzyj mi się. Usnęłam jakiś czas temu. Sennym krokiem przechadzam się po życiorysie, czasem odwiedzam opuszczone zakątki świata, patrzę na tory, jak one potrzebują przytulenia, patrzę na drzewa, ile na nich śladów po zębach pił, ile..., śni mi się właściwie jedno wielkie nic, odpowiem "cześć" raz, drugi, trzeci, tak mi wygodnie w tym zakurzonym, brudnym i ciężkim powietrzu, że aż sama się sobie dziwię, jaka to niewymagająca jestem. Aż dziwię się sobie, jak sprawnie mi idzie spanie i jak podczas snu cudownie udaje mi się udawać życie.


Najgorsze jest jednak to twoje rozczarowanie.

post pisany przy utworze:
Myslovitz - Alexander

piątek, 12 października 2012

3. (286)

Jestem tu, patrzę w lustro, nic już nie mam. Zabraliście.
Brak głosu w krtani, by komukolwiek powiedzieć. Brak oddechu w płucach, by z pochlipywaniem komuś wszystko wypłakać. Zniszczyliście.
Przyszło mi wieczory spędzać sam na sam z czekaniem, jako efekt tych grabieży, na życiu moim co prawda, choć zupełnie odległym, obcym. Ukradliście.
Dumni?
Chciałabym nie musieć stawać na piedestałach, by każdy, albo może chociaż ktokolwiek zobaczył, że trzeba mi pomóc, że krew ścieka mi z rąk, nóg, z ust. Chciałabym. Wrzynające się w u język słowo. A nie wymagałam wiele. Tyle tylko, by ktoś mnie przywłaszczył, uwłaszczył, nawet i uprzedmiotowił, ale oby mnie miał, nie przebierał w opcjach, tylko widział we mnie priorytet. Nie wahał się w kwestiach wyboru pomiędzy mną a czymś/kimś/sobą. Jednak okazuje się, że niewiele to tak często zbyt wiele. Zbyt wiele i zbyt skomplikowane, zbyt jednostajne i zbyt niszowe. Bo to jest życie, halo, ludzie chcą emocji, wrażeń, chcą mocnych podmuchów wiatru, które ich będą miotać pomiędzy znajomymi, rozrywką, snami a kłamstwem.  Zrozumiałam. Jestem stabilna. Nie wliczono mnie w poczet potencjalnych źródeł zabawy. Zrozumiałam i tylko... czasem. Czasem boli.
Spokojnie, tylko spokojnie. To przecież minie. Musi minąć. Skręcimy w jakieś inne drogi, zrobimy jeden, dwa, pięć kroków szybciej, wyślemy w górę kilka żałosnych modlitw i zaroi nam się w głowach kłębek nadziei. Tak, w kłębek tej nadziei, którą już do reszty znienawidziliśmy. Tej, która równie dobrze mogłaby nazywać się kłamstwem i do której nigdy nie powinniśmy wracać, a jednak... wracamy. Wracamy, bo jak nikt inny na tym świecie potrzebujemy choćby iskierki, która będzie zaprzeczeniem tego, co już nas spotkało. Tego, o czym od lat próbujemy zapomnieć i próbować będziemy już zawsze.
Dzień po dniu, bezgłośnie, jakoś to przejdę, sekundy gonić się będą, one w biegu, dzień w biegu, ja w biegu. Pewnie zginie mi życie jak paragon po wczorajszym śniadaniu, pewnie zgubię je w pociągu, na drodze, wypadnie mi z rąk, trochę niechciane. Zaparowane szyby zasłonią resztę świata i nic nie zauważę, a zima, lata, wiosna, wszystko zniknie za oknem i niezmiennie zostanie jeden powód do smutku, który tak znam dogłębnie, który łazi ze mną wszędzie, WSZĘDZIE, i którego nigdy nie będę w stanie wyrwać z serca.
Ja.
Wyobraź to sobie. Ja przy każdym Twoim kroku. Przerażające, prawda?
Nie spostrzegę nawet tego stukotu, jaki wydają ludzie wypadający mi z rąk. Trudno. Tak łatwo to słowo napisać. Trudno. Realnie także może być łatwo. Wystarczy uciec gdzieś, naukładać na biurko stosy książek, zainteresować się wszystkim i niczym jednocześnie, minuty czynić pożytecznymi. Najgorsze są jednak te chwile, gdy budzisz się przedwcześnie, wbrew planu. I widzisz nagle, jak bardzo jesteś sam. Jak ci źle, zimno i pusto. Jak serce Ci wyschło zupełnie i nie pamiętasz. Nie pamiętasz już smaku życia, gdy jesteś kochany.


Am I still in your head ? 

post pisany przy utworze:

piątek, 5 października 2012

2. (285)

Pewnie powinnam czuć się zobowiązana, żeby wyjść z krateru, uśmiechać się i tylko profilaktycznie zamykać oczy w chwilach, które bolą, żeby nie czuć tego AŻ TAK. Nie dziś. Dziś nie. To nie ta pora, nie ta godzina, nie ten nastrój i nie tak ułożone włosy. Nie odświeżę dziś niczego, może prócz paru internetowych stron i znajomości ze słownikowymi znajomymi. Zaprzyjaźnię się z przeszłością, żeby wyrwać z głowy ten dzień, to jutro, wczoraj, dziś, to wszystko, co dusi mnie, zaciska nocami dłonie na mojej szyi i jestem teraz przez to odtleniona, nieludzka, nieżyciowa. Gdzie problem? Halo, halo, panowie i panie, gdzie jest problem, o co też tej idiotycznej Natalce chodzi, hę? Co ona znowu kreuje z rzeczywistości, czemu, czemu, czemu ciągle niszczy swoją codzienność, by dziury w całym móc zobaczyć? No no, HALO, gdzie jest problem?
No tak. Nie ma problemu, prawda? Układa mi się tak, kolokwialnie mówiąc, że ojapierdolę.
Potrzebuję teraz trochę pocierpieć. Zobaczysz, sprawdzić, kto pierwszy przyjdzie i wyrwie mi z rąk miotłę. Dziś na niej odlecę. DOSŁOWNIE. Wysączy się ze mnie ciemną strugą cała skręcona i pokruszona dusza, żeby pustą się poczuć, jak kiedyś.
Kiedyś. Czy to słowo Cię nie kroi, nie ćwiartuje, nie rwie? No tak. To znowu ja. To znowu ja i moje paranoje. To znowu ta wrażliwość, którą hoduję najczulej ze wszystkich chwastów, którą głaszczę i którą mozolnie, od nowa, cały czas usztywniam, bo łamiecie mi ją, epickimi, rzucanymi mimochodem zdaniami.
Oddychać. Trzeba oddychać, nie zapominać, nie zapychać szkłem płuc, oddychać.
To był błąd. Wyganiać wszystkich z zaścianek sercosłupa duszy i zostawać zupełnie sama z sobą. To był fundamentalny, wielki błąd. Jest piątek. W piątek Jezus umierał na krzyżu, i polała się krew, krew, krew... Krew.
Dziś jest piątek.
Ale to nieistotne. Wszystko, co powiem, napiszę, wyszepczę, wypłaczę jest tylko tykaniem zegara, do którego się można przyzwyczaić. Szumem kropel deszczu ginących na dachach domów, mruganiem zupełnie automatycznym, próżnią. Któż, jak nie Ty, może to potwierdzić najlepiej.
Czasem tylko żałuję. Że tak nieodwracalnie składam się z wielu części, które są całością. I nic, nic nie mogę zmienić. Każdy element układanki wciąż na miejscu, wciąż ten sam, a wszystkie próby, przeróżne próby (próby?) są jak sprzeciw grawitacji, marzenie o złapaniu tlenu w dłoń. Przespałam czas, w którym byłam ciągliwym, kowalnym kawałkiem rozgrzanego metalu i można było formować ze mnie człowieka wspaniałego, dobrego. Teraz jest tak, jak widać w moich oczach. Szaro, brudno, zimno, nudno. Jednakowoż nie to dźga świadomość. Nie to. Najgorsze ze złych są te myśli. Sceny. Jak mijam cię popołudniową porą na ulicy, i nie zauważysz, bo mnie nie ma. Jak pod moim oknem brzmią radosne głosy i nie przyjdą po mnie, bo mnie nie ma. Jak potrzebuję, pragnę, błagam (!) o trochę wsparcia, a nie dostanę.
Bo mnie nie ma.


It's hard to tell our beats apart.

post pisany przy utworze:
Chet Faker - I'm Into You

czwartek, 4 października 2012

1. (284)

Wielki strach.
Te emocje przebijają się przez wierzchnie warstwy złudzeń. Drylują moją psychikę i dążą do powierzchni, do światła, do jasności, w której prostym czynem jest ujrzenie prawdy. Mają głosy dobitne jak cisza, ta cisza miażdżąca i rzucająca o ściany, opowiadają historie o tym, jak staję się jednym z elementów wyboru. Jak jestem opcją i się mnie odrzuca. Jak sama siebie cenię za wysoko, za mocno, za bardzo, jak często łudzę się, że widać we mnie barwy, a szarość mimochodem zlewa mnie z podłogą i biegnę w mgle bez przeznaczenia, nie czekam, nie szukam, chcę tylko... chcę tylko...
Łzy.
Dno w każdym wymuszonym śmiechu. Dno we wszystkich słowach wypowiedzianych typowo pod publikę, by poruszyć ich usta, odwarstwić od nich cząstkę radości. Dno w każdym porannym przetarciu oczu i spojrzeniu w połamane z rozpaczy lustro. Dno. Pełne ciemności i niechcianych map myśli, powiązań, notorycznych skojarzeń i zakrzywień obrazu. Zajrzałeś kiedyś do studni? Dno. Co widzisz? Swoje odbicie.
Patrzę na naszą codzienność raz po raz i nie boję się siebie, nie boję się smutku ni odmienności. Boję się, że mi cię kiedyś zabiorą. Wyrwą jak sępy padlinę i tylko parę piór na ziemi zostanie.
Nie chciałabym.
To pewnie banalnie oczywiste, a jednak powtarzać będę, że nie chciałabym. Żeby nikt nie zapomniał. Łatwo wrzucić na tył głowy skomplikowane czyjeś wartości i tak po prostu kraść ludzi, sprzed nosa. Muszę więc wrzeszczeć na całe gardło, kogo kocham i kto mnie za rękę potrzyma, gdy będę oglądała panoramy blokowisk z lotu ptaka. A przyszła jesień. TA jesień. Nie jakaś letnio-wiosenno-bylejaka, TA. Ta, podczas której liście szeregami spadają z drzew na pastwę pogniecenia, a wszystkie mądre ptaki zostawiają nasze zapleśniałe niebo na rzecz błękitów przejrzałych, czystszych. Będę tej jesieni mądrym ptakiem, prawda? Będę? Ta, dla której deszcz jest niemal imieniem i błocą się ludzkie życiorysy, nosy lepią do szyb, wszystko się skleja, miesza, brudzi i kotłuje. Nic nie ma celu i celem jest wszystko. Mamy po paręnaście, - dziesiąt lat, i czujemy się niepewnie, zimno nam, chowamy dłonie do kieszeni. Jak dzieci, wypatrujemy świateł w oknach domu, a domów nie ma, dusz nie ma, bezdomni chodzą, gubią cienie.
Nie tak. Po prostu nie tak.


Those vicious streets are filled with strays.

post pisany przy utworze:
System of a Down - Lost in Hollywood

środa, 26 września 2012

10. (283)

Zamarznięta taka, pod brudną ścianą, czekam i czekam, aż może przyjdziesz, może zapukasz, może rozgrzejesz skostniałe dłonie i czerwone tak piekielnie, może mnie weźmiesz czule za rękę i powiesz, że na jakiś czas zostaniesz. Na jakiś czas, choć trochę, proszę. Dawno nie pytano mnie, czy jeszcze się trzymam, podejdź Ty i się zapytaj. Trzymaj mnie za rękę i w zamarznięte oczy moje szepnij to pytanie, żałośnie proste pytanie i nie czekaj nawet na odpowiedź, zobaczysz, co się ze mną stanie. Stopią mi się zimne powieki i odwilż przyjdzie w okamgnieniu i nie trzeba będzie słów, bezdźwięcznie opowiem Ci, jak z każdym wieczorem bardziej zamarzam i bardziej się palę. Jak paradoksalnie mi różnie, z dnia na dzień i jak się czuję zapomniana.
A wiatr nam smaga przesiąknięte dymem włosy. Wpada przez szyby szybkich podmuchem i nawet nikomu to nie robi różnicy od momentu, gdy wszystkie zimne fronty wieją tam, gdzie za moment krok postawimy na ziemi. Słońce zachodzi centralnie nad nami, deszcze spadają na długo układane fryzury, chować się muszą twarze za skrawki kołnierzy i tak się dusze przeziębiają zupełnie, że w drzwiach żadnej starszej pani już nie przepuszczamy, a obce słowa do uszu wpełzające bez względu na treść kłamstwem nazywamy. Tak nam się żyje w tym świecie, ciut z dnia na dzień, z roku na rok, ciut miarami bardziej niż miłością, co raz kalkulując zyski i straty z bycia marionetką z dowodem i złotówkami w kieszeni.
Irytacja wplata się w codzienność i gorzknieją moje oczy. Niezmiennym faktem, że świat mi jak drzazga za skóra, jak rozgrzany do czerwoności opiłek metalu, jak szczep najgorszych z najgorszych kwasów i ząb przerośniętej kobry. Nie pytaj. Nie pytaj, co mnie tak wciąż przybija. Musiałabym przeczytać ci wszystkie hasła ze słownika, wszystkie, na A, na C, na K, na S i całą resztę. Musiałabym recytować ci niby przestraszony dzieciak w przedszkolu, szukając zapomnianych fragmentów losów w ciemnych myślach. I nie wiedzieć. Nie pamiętać. Nie chcieć pamiętać bardziej, niż wiedzieć. Tak paradoksalnie pragnie mi się usnąć, tak bez trwania w stanie używania mózgu, usnąć zupełnie cieleśnie i fizycznie, zostawić każdą cząstkę duszy za sobą. Po prostu zamknąć oczy i wtopić ten strach w codzienność. Wtłoczyć w szare ramy życioobrazu. Bez protestów. Może z pęczniejącym w sercu buncie, że tak nie może być!, że się nie zgadzam!, że nie zasłużyłam!. Lecz tylko pęczniejącym. Z odciskiem na sercu, który, wbrew prawom biologii i innych nauk o człowieku, się nie zagoi.


Bo dla mnie cię nie ma.

post pisany przy utworze:
Placebo - Without You I'm Nothing

czwartek, 20 września 2012

9. (282)

Z dnia na dzień coraz częściej reaguję milczeniem. Na śmiech, na płacz, na ból i na strach. Na wszystko, co powinno mnie ranić, przestaję reagować cierpieniem. Tylko tą dziwną, chowaną pod powierzchnią skóry, wewnątrz-żylną mieszanką złości, słabości i tej, wbrew pozorom, najgorszej ze wszystkiego, obojętności. Tą drażniącą jeszcze bardziej niż poczciwe cierpienie mieszaniną, która pali, wypala wszystkie krwinki i płytki nadziei, wszystkie dobre wersje jutra. Wiesz, jak wygląda moja obojętność? Wiesz. Widzę chodzącą po biurku muchę, klepkę mam na wyciągnięcie ręki - a nie robię nic. Bo po co. Po co. Idę ulicą, widzę zielone światło na pasach i mam świadomość, iż jeśli tylko bym przyśpieszyła, zdążyłabym przejść. Nic nie robię. Nie ważne dla mnie, na których przejdę pasach, na których pieprznie mnie czerwone volvo czy rozpłaszczy walec drogowy. Jest mi obojętnie.
A Ty? Tobie zaszło za horyzont Słońce. Nie widzisz już nic, w ciemności brodząc. Nie widzisz, że ranisz. Podstawię Ci kiedyś pod sam nos wszystkie zasklepione bliznami rany i może wtedy, może wtedy, choć raz wykorzystać swoje bystre oczy.
Tak mi się trwa ostatnio - w bezruchu. W dławiącym stanie podświadomego włażenia sobie w zakamarki duszy i grzebania tam szpadlem tak długo, by lało się krwawa posoka i strzelały pioruny ogniste. Tak mnie nauczono się sobą samą zajmować. Się własnymi uczuciami i ich nieobecnością odczasudoczasową łechtać po mózgu zwojach i ten dotyk drewniano-metalowych myśli traktować jak potarcie o skórę gładkim jedwabiem. Długo trzeba było wmawiać sobie, że ten ból to w istocie nie ból. To proces podobny do oddechu i nauczyć się go muszę, przyzwyczaić, pokochać kiedyś nawet. Zaakceptować całą tą misterną sztukę i grać w niej, grać, nakładać klej na twarz, dodawać na to tony przeterminowanej i zdenaturyzowanej radości nastolatki, po czym wszystko okraszać dostojnością zabawnej dziewczyny. By ludziom nie przeszkadzać, nie razić ich oczu mocno posępną miną i nie musieć nagrywać na wyschniętą taśmę języka z opcją replay zdania "Tak, u mnie wszystko w porządku, jestem tylko trochę zmęczona".
Poczekamy sobie miesiąc, rok, dwa, osiem. Aż coś w przycinających się, zardzewiałych zębatkach zaskoczy, wejdzie na właściwe miejsce i w którymś z naszych mózgów pojawią się pytania. I będzie mnóstwo, mnóstwo chętnych, by na nie odpowiedzieć, ale już za późno. Na nic próby cofnięcia czasu, działać trzeba teraz, TERAZ, teraz, gdy może ktoś z uśmiechem na zaróżowionej twarzy, w oczach szklistych umiera.


Need more friends with wings.

post pisany przy utworze:
Billy Talent - Nothing to lose

wtorek, 18 września 2012

8. (281)

Spowszedniało nam wszystko. Nie czujemy smaku potraw i powietrze zapach ma bezbarwny. Chmury czy ich brak, wciąż nam jedno i to samo, wciąż ten sam stan nieistotnych rzeczy, zaprzątnięte mgłą głowy i nieświadomość. Spowszedniało nam każde westchnienie i minuta każda złudnie taka sama, jedna za drugą kopia kopii. Spowszednieliśmy sobie nawzajem i normalnym dla nas się wydaje ludzi posiadanie. Wpisaliśmy imiona swoje w wieczysty kalendarz i przestaliśmy się o siebie starać, nie zdobywamy się uśmiechami, nie dajemy niczego w zamian. Coś w komórkach ostatnio ciemno-, ciemnoszarych nam się pogmatwało i zapomniane zostało znaczenie słowa "strata". Tak, jakby wszystko, co raz dane, zostanie. Tak, jakby ktoś, kto przyszedł, nie miał być kiedykolwiek zabrany. Ależ co tam zabrany. Wypchany. Wyrzucony, wygnieciony, wywalony za drzwi i połamany. Mając coś na własność, z czasem przestajemy to szanować.
A ludzie coraz częściej trzaskają drzwiami i zapach ich długo unosi się w powietrzu.
Zaszyłam się. W zupełnej, obcej mi nawet zgodności z losem, odliczam minuty z zegarkiem w ręku i stwierdzam smutno, że jednak sześćdziesiąt sekund to bardzo. To bardzo dużo czasu dla samotnych ludzi. Przez minutę można przeczytać ponad stronę dołującej książki, posłuchać pierwszej zwrotki dołującego utworu, można parokrotnie otrzeć łzę z policzka i założyć na szyję szalik ze sznura i poczuć go blisko, nieprawdopodobnie blisko.
A telefon już teraz długo nie zadzwoni. Długo nikt nie będzie mnie szukał. Okna zarosną kurzem i drzwi zaczną skrzypieć z poczucia bezradności, a ja tylko czasem Wam mignę przed oczami i  będzie mnie tyle, co śniegu z zeszłego Bożego Narodzenia. Nie ważne. Nie trzeba mnie klepać łudząco po ramieniu i podawać chusteczki na wytarcie cierpienia. Jak moja bezpretensjonalność spowszedniała światu, tak przywykłam do bycia zgniataną kartką papieru. Rzuca się mną do kosza z rozmachem, sięga po nowy skrawek rozprasowanych zwłok z drewna, czasem się wraca do kosza, prostuje z nadzieją, że tusz nie wyblakł i coś jeszcze widać. I widać. Wyraźnie bije ze mnie tło przeszłości. Wszystkie łamiące piszczele słowa noszę na sobie niemal jak odzież wierzchnią. I czytać można ze mnie godzinami, choć z dnia na dzień coraz trudniej. Zagięć przybywa i siedzę w ciemnej, zapleśniałej sali i przypominam trochę amatorskiego łabędzia origami, i jestem taka śmieszna, powyginana, poharatana i powykrzywiana.
A zobacz, mi jednak wcale nie jest do śmiechu. Przychodzą ludzie piękni i wspaniali i po piórku mi wyrywają, tonę.
Tonę.


And the stars are exploding in the night.

post pisany przy utworze:
Bat for Lashes - Siren Song

niedziela, 16 września 2012

7. (280)

Cicho kroki. Nieznaczące. Stawiane z przeciąganiem i wyjątkową ociężałością. Nie mamy granic. Możemy wszystko. Możemy sobie nawzajem wyrywać serca z płuc nożyczkami i na łańcuszkach złotych, srebrnych  kolorowych je potem zamiast naszyjnika nosić. Możemy łapczywie wdychać ziemskie powietrze, by innym go szybko zabrakło i by po kątach dusili się nocami.
Mocny, gwałtowny kopniak w plecy z twardych butów z żelaznymi podeszwami. Upadek. Krew cieknąca z ust. I to bijące ściany czaszki jak kowadło zdanie, że moja prawda nie ma wartości. Że wszystkie te zasłyszane i wypudrowane do stanu idealności przekonania biją moje skromniuchne, spokojne i niekłótliwe myśli i nie dają im szans wypełznięcia. Nie dają im choćby sekundowego prawa egzystowania. Znów wracamy do punktu wyjścia. Do wmawiania odbiciu w lustrze, że nie boli. Że to coś w rodzaju drapania. Coś nieistotnego, czym zupełnie nie powinnam się przejmować. Bo minie. Minie na pewno. Wszyscy wspaniali przedstawiciele gatunku ludzkości zaczną mieć własne, odgrodzone metrowym murem z betonu i cegieł życie, a wtedy do mojej szklanej kopułki ktoś zajrzy przez okno z kiełbaską i wywabi pieska, wywabi. Założy mi obrożę na szyję, poskacze ze mną przez pnie umarłych drzew, potarmosi po czuprynie i zostawi. Tak bywa. Tak po prostu bywa. Gdy całemu światu żyje się dobrze, to oczywistym elementem szczęścia jest zostawianie. Zostawia się. Niewygodne rzeczy się zostawia.
Nie działa, wydawałoby się, sprawdzona zasada z dzieciństwa: zamykam oczy i cienie nadal są. Nadal błądzą po firmamencie powiek i drżę, drżę, gdy zaczynają swym kształtem przypominać mi postury tych, których kocham.
Nigdy tak nie bałam się swojej bezradności. Tego, że dziurawe mam ręce i nie łapię szczęścia dostatecznie mocno.
Chmury jednoczą się ze mną w ciemnym wnętrzu, w szarej naturze. Ciągną leniwie po niebie swoje deszczowe ogony i z każdym mrugnięciem oka są czarniejsze. Z każdym ciężkim westchnięciem i odgrywaniem scen z przeszłości w głowie wiatr szybciej zrywa liście z suchych drzew i raz na zawsze je stąd wynosi.
Chcę być liściem bez oczu i nie widzieć tych stóp, co będą mnie gnieść kopać, gdyż pewnego dnia wiatr mnie od nich zabierze i zapomnieć będzie łatwiej, nie czując, jak im cholernie bez idiotów pod nogami dobrze.


I gave you all...

post pisany przy utworze:
Mumford & Sons - I Gave You All

edit.
Pojawiło się jeszcze jedno pytanie co to tagów, więc odpowiem na nie tutaj.
Jakie słowa, które usłyszałaś zabolały cię najbardziej?
Ciężko mi jest odpowiedzieć jednoznacznie. Większość z tych słów jest zbyt wulgarna, bym mogła je opublikować na blogu, inne zwroty byłyby pewnie automatycznie rozpoznane przez moich znajomych, którzy czytają bloga, a nikomu  nie chcę tu niczego wypominać. Jestem bardzo wrażliwa na słowa, w związku z tym lista tych "bolesnych"  byłaby długa. Lecz, wbrew pozorom, nie widać po mnie, gdy boli. Pewnie dlatego też nie chcę tu wymieniać konkretów. 

czwartek, 13 września 2012

6. (279)

Jeden, dwa, trzy, cztery, wdech. Spokojnie. Spokojnie. Czas gnije w zawisłym w atmosferze powietrzu z oddechami mojego wyczerpania pomiędzy drobinami kurzu. Plątanina sekund z półprzymkniętymi oczami i dni tak szybkich, jak przecinająca niebo jasnością błyskawica. Jestem tu jak w miedzy tkwiące źdźbło trawy, i wiatru nie ma, i słońca nie ma, i wody brak i nie żyję. I zimno mi i czuję, jak tłumią mnie krzykliwe, czarne krzaki z mrocznymi spojrzeniami, jak mi zabierają całą nadzieję, wysysają ją łyk za łykiem. Bezsilność. Czuję jej ostry, siarkowy zapach i nie potrafię wysilić się na zmianę punktu odniesienia. Wszędzie ten zapach. Gdziekolwiek wyślę swoje myśli, tam ciągnę ze sobą smród zawodzeń i nie smakują mi nowe sceny z życiorysu.
Wraca szum nocnej pustki, odkurzam kurz ze starych stron słowników. Gaszę zapałki na skórze i walę głową w ścianę, bo nie potrafię pojąć, co mnie goni. Co rozkazuje zawracać i jeszcze raz kartkować nadpalone skrawki tożsamości, o których zapomnieć próbowałam nie raz, nakrywając je stertą nowych śmieci. Wtargnęłam w bagno rutyny i chyba brakiem świateł w tunelu i dźwiękami rozpaczy próbuję sobie przypomnieć inne, zakopane uczucia. Jestem dziś niepoprawnie chora, trzeba tu przyjść i mnie ratować. Przypiąć dłonie żelaznym łańcuchem do ścian i nie zezwalać mi na żaden ruch, drgnięcie powiek, skurcz mięśnia i pękanie naczynek krwionośnych.
Jutro znów obudzi mnie pięć ósmych taktu, trzy nuty może, trzy dźwięki budzika. Ziewnę i otworzę czerwone oczy.
Wszystko co widzę, jest gdzieś indziej.
Za oknami widzę Ci(ę)emość.
To takie frustrujące, gdy świat odbiera mnie jako obraz w przekrzywionym lustrze, z kryształków ludzkich oczu. Nie jestem taka. Nie tak wyglądam, jak się śmieję i to nie ten krok, nie w ten sposób swobodnie chodzę. Nie w taki sposób układam usta przy anielskim uśmiechu i nie tak lśnią moje oczy, jak o dwudziestej czwartej w nocy.
Jak teraz będzie? Jak?
Odcięta dostawa tlenu i setki szarych dni w terminarzach. Problem w tym, jak przez gardło przejdzie nam, zgubionym, że dłonie nam krwawią i nie może się więcej trzymać za ręce.



Przepraszam.

post pisany przy utworze:
Curly Heads - Young Talk

wtorek, 11 września 2012

5. (278)

Witam!
Dziś znów wpis z serii niezbyt poetyckiej, ale postanowiłam odpowiedzieć na pytania, które w ostatnim czasie mi zadaliście. Zaczynam :)

1. Jesteś tolerancyjna? Czy traktujesz niektórych ludzi z góry, bo np. są grubsi i brzydsi niż ty?
Sądzę, iż mogę się nazwać w miarę tolerancyjną osobą. Zwłaszcza jeśli chodzi o figurę czy urodę, gdyż pod tym względem prędzej nietolerancyjna jestem w stosunku do siebie, a niżeli do innych. Nie gorszy mnie homo- czy biseksualizm i nie staram się nie krytykować innych ze względu na ich poglądy. Może tylko w stosunku do Niemców jestem niezbyt pokojowo nastawiona, ale generalnie rasa nie stanowi dla mnie problemu.

2. Czym się interesujesz?
Moją pierwszą i najważniejszą życiową pasją jest muzyka. Ukończyłam szkołę muzyczną pierwszego stopnia, śpiewam, gram na gitarze i pianinie. Także słuchanie muzyki daje mi mnóstwo frajdy, choć nie zawsze chodzi o pozytywne emocje. Prócz tego, piszę, jak zresztą łatwo się domyślić. Pasja ta pojawiła się, inaczej niż muzyka, dopiero ostatnio, tzn, od momentu prowadzenia bloga, tak mniej więcej. Choć początki mogą być mylące i niekoniecznie widać w nich jakąkolwiek pasję :) Troszeczkę też eksperymentuję ze sztuką. Robię zakładki do książki i czasami bawię się w jakieś hand made. Kocham też gotować, i właściwie nieskromnie mogę powiedzieć, że całkiem nieźle mi to wychodzi - w każdym razie nikogo dotychczas nie otrułam. Uwielbiam także książki, ale o tym już w następnym pytaniu. Miło mi się spędza czas z gazetami o modzie, czasami oglądam filmy i seriale. To chyba wszystkie moje hobby :)

3. Zauważyłam,że Twoje wpisy praktycznie co miesiąc są bardzo pozytywne i kierowane do konkretnej osoby. O co lub o kogo chodzi? ;> 
Blog jest genialny. Pozdrawiam, Magda
PS mam nadzieję, że to pytanie nie jest zbyt osobiste...
Nie, pytanie nie jest zbyt osobiste :) Mam takie szczęście, że w moim życiu są dwie wspaniałe, wręcz boskie osoby, dzięki którym od czasu do czasu pojawia się przepełniony radością wpis. Regularność takowych postów to już sprawa drugorzędna, mogę tylko powiedzieć, że Ci ludzie są dla mnie wszystkim i nie jestem w stanie powiedzieć, co by było, gdyby nie ta anielska dwójka :) Pozdrawiam także :)

4. Jakiej muzyki słuchasz? Lubisz czytać i jeśli tak, to co? Czym się inspirujesz? Masz chłopaka?
Słucham przeróżnej muzyki. Zaczynając od rocka, poprzez metal, alternative, indie, kończąc na new rave, hardore, dubstepie (wiem, to nie pasuje do reszty, ale.. .zdarza mi się, w przypływach energii słuchać takiej muzyki:)) czy punku. Po więcej szczegółów zapraszam tutaj: http://www.lastfm.pl/user/Lady-nnn-
Lubię czytać, baaardzo lubię. Zwłaszcza książki psychologiczne, trochę smutnawe, dramatyczne, ale właściwie sięgam po wszystko, czego opis czy recenzja mnie zachęca. Zdarzają się kryminały czy horrory, jak też obyczajówki etc. 
Inspiruję się życiem. Pisze najwspanialsze historie, najwspanialsze w swej nieprzewidywalności, często przykre, lecz tak prawdziwe. Prawda jest moją inspiracją. Moje emocje. Blog jest tą ciemną stroną mojej osobowości - lecz prawdziwą. Niekompletną, a realną.
Ostatnie pytanie.... hm. Ekhem...

To wszystko, co chciałam napisać, czekajcie na wpisy, pozdrawiam i dziękuję za udział w tagu ;) Natala

sobota, 8 września 2012

4. (277)

Witam!
Pytałam Was w ankiecie, co sądzicie na temat tagów pytaniowych i, ku mojemu zdziwieniu, sto procent osób biorących udział w ankiecie była za. Więc otwieram tymże postem pierwszą edycję mojego tagu z pytaniami. Będzie on polegał na prostej zasadzie: wszelkie pytania skierowane do mojej osoby piszcie pod tym postem. Mogą one dotyczyć wszystkiego, jeżeli którekolwiek z pytań będzie zbyt osobiste - po prostu skwituję je milczeniem. Pytajcie! :)
Możecie też do komentarza dodać jakąś uwagę od siebie. Może ktoś z Was ma jakiś pomysł na dodatek do bloga/wpisów? Może wpadliście na coś, co urozmaiciłoby tę stronę? :)
Pozdrawiam i czekam na pytania - Natalka :)

środa, 5 września 2012

3. (276)

Będę leżeć pod ziemią i nic się nie odzywać. Będę cicho, jak najciszej się tylko ustami człowieka da poruszać, będę szanować każdą ciszę i umykać dźwiękom. Nie pozwolę, bo ktoś wszedł z brudnymi, zabłoconymi wścibskością butami do mojej głowy i tak w niej namieszał, że wypluję z siebie każdą sylabę, każdą, każdą. Ja je wszystkie pochować chcę w spokoju. Wyprawić im skromny i prosty pogrzeb, nie płakać, tylko odejść z pokorą, wierząc w swoją siłę. Wierząc w fakt, iż nikt ich więcej nie usłyszy. Bo nie wolno.
Ufać. 
Nie wolno ufać.
Zaufanie ścieka z parapetów, z których ongiś wyskakiwali samobójcy. Zaufaniem płaczą ściany zachlapane zeszłoroczną, nienawistną krwią. Zaufanie dostajesz na obiad, kolację i śniadanie i nawet nie wiesz, jak wiele w Tobie się od niego topi. Nie ufaj. Nie wolno. Nie ufaj tym, co wchodzą na Twą drogę ot tak, przypadkowo, bo krzyżują się dwie ścieżki, nakładają, przeplatają. Nie ufaj. 
Będę. Choćby moje sumienie ze wstrętu i nienawiści wyrywało się i dusiło brakiem tlenu na brudnej podłodze, choćby zdychało z bólu, pękało i wywracało gałki oczne, nic z tego. Weź wszystkie noże, tasak i piłę, nie werżniesz się i tak, nie wtargniesz na widownię filmu o mojej przeszłości. Sala zamknięta. Bilety wyprzedane. Choć w fotelach siedzą może dwie postury człowieka, a film kiepski i cherlawy, płacą za to parę nocy, setki słów i tysiące spojrzeń. Ufaj tym, co nie boją się płacić sobą. Tym, co czas i brak czasu nie straszny i tym, co przechodzą zbyt wysokie bariery, robiąc do ciebie podkopy. 
Większość sekund miesza się i tracę myśli, błądzę. Szaleństwo wkrada się pomiędzy przełknięciami śliny i wszystko we mnie na smak ołowiu. Nie chciałam tak.
Szyby dwoją się i troją w oczach wyobraźni, spływających po szkle kropli więcej, czas mruczy kołysankę o nastroju niezupełnie sennym i czekamy wszyscy, ja, chmury, deszcz i szkło, aż w końcu coś się zmieni i przestaniemy. Przestaniemy tak trwać w stanach odmiennych, a jednostajnych. Osiem godzin uśmiechu, sześć milczenia, trochę pasty do zębów i sen. Nie mów, że ci się podoba. Życie nie jest kwestią upodobań. Życie to test na odporność, sprawdzenie, czy aby nie jesteśmy zbyt uczuleni na zimno serc.

It was written on blood.

wtorek, 4 września 2012

2. (275)

Witam wszystkich!
Ostatnio organizowałam konkurs, do którego zgłosiło się dziesięć osób (to dla mnie bardzo dużo) i wszystkim tymże uczestnikom ciepło dziękuję :)
Czas na wyniki:
Książkę autorstwa Jamesa Frey'a oraz tomik wierszy Arkadiusza Buczka "Antrakt" otrzymuje...






scara :) Gratulacje!
Dziękuję wszystkim za udział raz jeszcze i zapraszam do brania udziału w kolejnych akcjach, a takowe przewiduję :)

poniedziałek, 3 września 2012

1. (274)

Ludziom trzeba pokazywać palcem. Podchodzić powoli, jak do dziecka, które w każdej chwili może sobie wybuchnąć histerią, ot tak, podchodzić ostrożnie i pokazywać, szepcząc przy tym słodkim głosem "Kochanie, bo widzisz... Zraniłaś/zraniłeś mnie tu, tu i tu. Popraw to, dobrze? Bo ja tak bardzo cię proszę." Trzeba im na dodatek wyrwać żyły z rąk i pokazać wszystkie blizny, bo nie uwierzą, bo przecież jak to, zaraz, jak to, oni ranić, oni nie ranią, nie czuli niczego szczególnego, bawili się dobrze, kiedy to niby mogli kogokolwiek zranić? A widzisz, mogli. Ludzie mnie ranią wybuchając śmiechem z kimś innym, choć może siedzę im jak zwykle, za plecami.Odsuwając swoje ramię od mojego niby przypadkiem, bo im wygodniej w pozycji lekko wygiętej. Przestając. Ilu z nas przestało? Kochało i przestało? Często przestajemy kochać. Jeszcze częściej wcale nie zaczynamy. Można, bo kto broni?, zbierać wszystkie dziwne emocje i chęci, wszystkie przyzwyczajenia, wszystkie uczucia, wrzucać je do worka gdzieś w podświadomości, i z siłą tego zbiorowiska lubienia, egoizmu bądź obojętności wypowiadać ckliwe kłamstwa o wielkiej miłości. Można. Czemu nie skorzystać. Życie nam samo z siebie wyciska niewiele słodyczy, powyciskajmy jej trochę z innych, patrząc jak choć raz to komuś jest gorzej.
Właściwie pole do popisu mam ogromne. Mogę szatkować codzienność na tysięczne części i każdej z osobna wytykać nie-idealność. Nie robię nic, tak tymczasem. Oczy plują soczyście zmęczeniem i umysł wypływa mi z głowy, cieknąc w postaci nieprzyjemnej brei po karku. Nic nie czynię z własną egzystencją, nic, by mieć choć świadomość jej wartości. Nawet nie boli. Trzeba tylko unikać samotnych spacerów, polegiwania w łóżku i nicnierobienia. Trzeba tak napchać sobie zajęć do rąk, by ledwo odróżniać dobę od doby, dzień od nocy i sekundy od minut. Nie zwracać uwagi na krew kapiącą z nosa, z drgających dłoni, czasem z serca. Wszystkim nam zdarza się umierać, grabarzy jednak nie przybywa. Cmentarze trwają w blasku ogni i właściwie z ludźmi czy bez, są miejscami do nieżycia. Wiatr gubi się, rwąc nam włosy z głowy, myli nas z wyglądem zwłok.
Sekunda. Zaczynasz nienawidzić. Nie znosić. Czuć wstręt. Sekunda.
I przecież wszystko jest tak dobrze. Tak pięknie przyświeca nam słoneczny blask. Jesteśmy szczęśliwą młodzieżą, stworzymy kiedyś polską historię, podczas gdy świat pewnie się nigdy nie dowie, że brak nas, ciągle nas brak. Znikamy w świetle gwiazd po stokroć, bo tak naprawdę nikt nie był w stanie nauczyć nas miłości. Wykorzystując kolejne kukiełki na drodze -szukamy.
Patrzę w lustro i widzę, jak depczę anielskie pióra.


I do not understand.

piątek, 31 sierpnia 2012

5. (273)

I czuję, jak coraz częściej przestaję wystarczać...
Jak przychodzą ciemne chmury i swym efektownym wejściem zmiatają mnie z powierzchni sceny. Jak spadam z gruchotem na połamane, tulące ziemię deski i nikt nie nadchodzi, by podać mi rękę. Tak, jakby wyparto mnie z kart życiorysów i nigdy więcej mnie w nich nie chciano.
Noce, zszargane noce, blask księżyca smętny i z dnia na dzień mniej jasny, zimny koc niedokładnie na mnie naciągnięty i ten nierytmiczny, pochlipujący styl nocnego życia - wszystko, wszystko mi mówi, że nie ma miłości. Że wymyślono ją dla żartu, jak zielonych kosmitów z czułkami na głowach. Jak spełnienie życzeń przez marne, topiące się świeczki na torcie. Jak wieczność i wciąż obiecywane happy endy. 
Nigdy nie sądziłam, że od czekania, od takiego sobie czekania, na coś, na nic, może na kogoś, może na dźwięk dzwonka do drzwi albo tupotu stóp na schodach tak się więdnie. Tak się zwija w kłębek i nie jest się w stanie robić nic innego, jak dławić się swoją naiwnością, wyklinać nadzieję przekleństwem słonych łez i nie wierzyć. Można nie wierzyć od dziś, od zaraz. Od chwili, gdy w lustrze już nie ma odbicia. Bo ludzie cię zjedli, porozrywali po kawałku i nie zostawili niczego, niczego, prócz rwącego przeświadczenia o braku swojej wartości. Gdy myślę o sobie, nie widzę oczu, włosów i skóry. Nie słyszę imion i nazwisk, wspomnień i dźwięków marzeń. Przed oczy nachodzi smutny obrazek skrawka wczorajszej gazety, błądzącego po asfalcie pomiędzy kołami aut, skrawka papieru, z którego nic nie wynika, którego treść nie zmienia życia i którego nikt nigdy z radością nie przeczyta. I może jakiś pies kiedyś tego śmiecia weźmie w obronę, zaniesie na sine łąki z pyłem traw, rozerwie w swych szponach, zostawi znamiona, rozpuści śliną ostatnie litery... i się skończy. Raz na dobre utną mi balansowanie po światach. Zdejmą mnie ze szczebli mostu. Nie, nie, przestań. Nie ma co się martwić. Nic nie zauważysz. Żadnym dźwiękiem wrzasku cię nie zwabię i szelestem.
Ciemność tak bardzo ludzi uświadamia. Tak im się wklepuje do głowy, wykorzystując senność oczu i tak im wszystko sensownie układa. W ciemnych kolorach, to prawda. Lecz jednak. Ciemne drogi, zamroczone, z szeregiem popsutych latarni, szum drzew zdradziecki, a uspokajający, zaplamione, mokre myśli i czas. Z czasem do czasu się można przyzwyczaić, wbrew paradoksalnemu brzmieniu. Można go tracić z nabożną wolnością i nie winić się za jego pastwienie. Wszystkie moje doby trwają ponad dwadzieścia godzin, mogę je wszystkie samotnie przechodzić i czekać na cuda, na wymarzony moment, w którym albo ja stwardnieję tak do stanu skupienia stali i nic nie wbije mi się w serce albo ten świat, zapominalski i niechlubny, oprawi moje serce w ramy i będzie je wielbić za zdolności przetrwania.
Całe moje pięć litrów krwi sercem wyciekło, i proszę, popatrz, nadal jeszcze żyję.


Something is missing...

sobota, 18 sierpnia 2012

4. (272)

No i stało się! Wczoraj, około godziny 23.30 na liczniku wyświetleń bloga pojawiła się liczba 10 000! Jest to dla mnie naprawdę wspaniała chwila. w komunikatorach pisałam o zmianie wyglądu bloga (i to, niestety, stanie się dopiero na dniach) oraz o niespodziance, którą jest... KONKURS w formie losowania! Żeby jeszcze podsycić szczególną atmosferę, nagrałam dla Was filmik, w którym, wyjaśniam, na czym polega niespodzianka i, co prawda, nieco się kompromituję, więc nie bierzcie wszystkiego na poważnie :) W tym miejscu bardzo dziękuję Justynie i Pijoookowi za wsparcie, pomoc w nagrywaniu i krytyczne rady. Okey, let's go! :)

przepraszam za jakość :/

A więc jeszcze raz i w wielkim skrócie to, co mówiłam na filmie. W wyniku tegoż losowania można wygrać dwie książki: "Jasny, słoneczny poranek" Jamesa Frey'a oraz tomik poezji "Antrakt" Arkadiusza Buczka.
Aby wziąć udział w losowaniu wystarczy pod tym wpisem zostawić jakikolwiek komentarz, nawet zwykły uśmieszek i, jeśli nie macie konta na iGoogle/blogspocie, to także, po myślniku najlepiej, należy zostawić jakiś nick, imię, jedną literkę. Coś, dzięki czemu będziecie indywidualnymi uczestnikami. Na umieszczanie komentarzy pod tym wpisem macie czas dwóch tygodni. Po tym czasie wyłonię jedną osobę, która zgarnie obie książki :) Zwycięzca dostanie nagrodę pocztą (ponoszę koszt przesyłki), adres zostanie ustalony e-mailowo, dlatego w odpowiednim czasie podam swój adres. Prócz nagród wyżej wymienionych, do przesyłki dołączę zrobioną własnoręcznie zakładkę do książek, której szczegóły także zostaną ustalone za pomocą poczty elektronicznej.

Jeszcze raz dziękuję za wszystkie wyświetlenia, komentarze i obserwacje :) Jesteście wielcy, bez Was mój blog by nie istniał! :)

wtorek, 14 sierpnia 2012

3. (271)

Zamknij swoje oczy i pozwól im nie tykać, nie parzyć się, nie zrażać widokiem powietrza. Zamknij swoje oczy i pozwól uczuciom wypełniać Twoje żyły. Pomyśl o tym, czego chcesz. Dla siebie. Co masz o tej porze w głowie? Wyprzyj to. Wypierz lęk. Słowa wylej i opisz mi, czego się boisz.
Widzisz, ja boję się czasu. Boję się, że mi go zabraknie. Że dni coraz szybciej będą biec, jak rozpędzone koło młyna popędzane silnym wiatrem. Że życia mi zabraknie, nie usłyszę wszystkich pięknych piosenek, nie przeczytam stworzonych dla mnie książek, nie ujrzę wodospadów i ziemskich rajów. Że mi zwyczajnie wszystko z rąk wypadnie i życia zabraknie, by cokolwiek pozbierać.
Zamknij oczy, przeczekaj bolesne szczypanie, piekący ból, ślady zmęczenia, przed którymi bronisz się usilnie, mimo którego nadal dobijasz się, katujesz, które ignorujesz, przed którym kłamiesz i szukasz w sobie wykreowanych nadzieją zapasów sił. Zamknij oczy i oderwij się, jak plaster od skóry, szybkim ruchem, oderwij się od swojej rzeczywistości, wlej w płuca tlen, do krwi dodaj spokój, wycisz sumienie i zapominaj. Powoli. Jakbyś wraz z oddechem wykrwawiała się, jakbyś sadystycznie wyrywała pojedynczo płatki kwiatom. Pluj na podłogę wspomnieniami, tnij liny, rozszarpuj skórę i wydłubuj drzazgi. Dziś nadeszła pora do kłamania, do pisania na duszy dużych, głośnych i ociekających fałszem haseł o tym, jak to brudną przeszłość łatwo z siebie wymazać.
Czekałam latami na oznaki cudu, na jakiś jeden, prosty gest, w którym utkwię sens. Czekałam latami i czekałam. Dziś wiem, że czekając, zasnęłam, zniknęłam, się zjadłam, tak głodna, tak chętna, tak zakochana w sobie nienawiścią egoizmu. Dziś wiem, że za czekanie nie dają nagrody.
Lepią mi się słowa w krtani, oklejają mięsne tkanki, brak mi czegoś, brak mi smaku, smaków, węchu, zmysłów. Brak mi ogrodów i oaz spokoju, które niebawem znikną wśród nocy. Słońce nam zajdzie, będzie zbyt ciemno, by dostrzec w gęstym mroku blask błękitnych oczu. Będzie zbyt głośno, by śmiech dosłyszeć i wychwycić najpiękniejsze na ziemi słowa aniołów, słowa tak ważne, słowa wśród nocy, których nikt może nigdy nie usłyszy. Drga mi serce, jakby tęskniło jeszcze przed rozstaniem, jakby mu przeszłość rysowała się zupełnie nie po myśli.
Gdziekolwiek będę, czymkolwiek będę, nie zapomnę, jak wyglądały silne, niosące wiarę w cuda dłonie, wskazujące tą dobrą, pośród wielu złych i złudnych, drogę.


Patrz w przyszłość. Żyj teraźniejszością.

czwartek, 9 sierpnia 2012

2. (270)

Miałam pokazać Wam dziś, jak pięknym Słońce może być przedmiotem, ale wyparłam z głowy radość wielkim, żelaznym młotem...
Nie tak. Wszystkie wirujące pod osłoną czaszki słowa brzmią nie tak. Obraz w sepii i wykoślawione dźwięki. Strach... Gdy brak mi jakichkolwiek innych, racjonalnych uczuć, czuję tylko strach. Strach jest uniwersalny. Możesz bać się wszystkiego. Wody, ciemności, tłuszczu w rosole, odbicia w lustrze, nawet możesz bać się bać. Możesz swoim lękiem wstrzykiwać sobie w żyłę paraliż, chować się po kątach i nie widzieć rozwiązań. Gasić wzrokiem wszystkie iskierki nadziei i dławić się bezradnością. Dziurawić ręce zardzewiałymi gwoździami, odcinać palce i wyrywać włosy. Możesz. No dalej. Żyjesz już trochę na tym świecie. Wypadałoby wiedzieć, ile bólu jesteś w stanie wytrzymać. Ile psychicznie osadzonych na duszy piszczeli świat ci złamie, zanim skonasz, zanim zwiniesz się w kłębek i ostatni raz drgnie twoja powieka. Zanim twoje serce eksploduje i eksploatuje maksymalną ilość, ostatnią ilość krwi do mózgu. Potem już nie boli... Potem się tylko czeka, nawet nie mając pojęcia, czym jest czas. Nie odróżnia się dni i nocy. Nie otwiera się oczu i nie zużywa powietrza. Je się małe robaczki, białe albo różowe, wyjmowane z ciemnobrązowej fiolki i wprowadza się je palcem do kanaliku biegnącego wzdłuż ciebie, od ust do żołądka. Czeka się i nie zna się czekania. Tkwi się w pustce, która nie jest przytłaczająca, bo... hm, a to pech, tak naprawdę jej nie ma. Nic nie ma. W trumnach jest zimno i ciasno, dobrze, że nie wychodzą chociaż z mody i ludzie weseli spokojne, bez obaw, drepczą w nich po ulicach. Mają różnobarwne, kolorowe oczy z chińskiego sklepu, kupione za grosze. Mają sztuczne uśmiechy z bazaru po ostrej przecenie. Płaczą. Ale przecież teraz każdy płacze. Każdemu jest smutno i każdemu brakuje sensu. I z tej smutności ludzi już braknie. Już nie ma takich, co są w stanie pomagać. Już nie ma takich, co nie mają swojego zatrutego życia, a jeśli są, to, błagam, chyba nie uwierzę, że są z tego świata. Błądzimy w tych trumnach po opuszczonych dzielnicach. Wołamy. Łkamy. Trwamy i wierzgamy nogami, bijemy pięściami w mury, aż kurz sypie się, frunie, reaguje z grawitacją.  Szuramy brudnymi butami, ciągnąc ze sobą te zszargane, dopasowane do kształtu człowieka trumny i lgniemy do ścian, chcąc odsapnąć, przetrwać, złapać jeszcze wdech powietrza.
Drgające dłonie.
Skurcze przepony.
Brudna, zasmolona twarz z tuszowymi zaciekami o artystycznych kształtach.
Ja.
Tak będzie. Tak będzie, choćbym dostawała miliardowe wynagrodzenia za słaby start w okresie od wizyty w porodówce do teraz. Choćbym była piękna, sławna i bogata. Tak będzie. Tak zimno i oschle. Z dźwiękiem kapiących kropel i zgrzytu zębów. Z brakiem. Brakiem czegoś. Z urosłym do potęgi wstrętem do swojego ego, do oślizgłego i nietowarzyskiego ego, jakie wyhodowałam w sobie, na zachwaszczonym gruncie, na kwaśnej glebie.
Tak będzie.
Płaczą horyzonty, ja płaczę, kołdra płacze i długopis. Nie ma miejsca na cierpienie.
Szkoda mi mojej straty wierności.


Bright side of life burns my eyes.

wtorek, 7 sierpnia 2012

1. (269)

I nie ma znaczenia, ile będę czekać. Ile nocy i dni mignie mi przed oczami, ile wiosen buchnie zapachem kwiatów, ile odleci jaskółek i spadnie lodowych gwiazdek. Nie liczą się sekundy, nie liczą dni, czas gra rolę statysty i tylko służy za wieszak do marzeń i wspomnień. To już nie ma znaczenia... Przegraliśmy. Bądź sobie kim tam tylko chcesz. Łaź gdzie chcesz, pij co chcesz, kłam jak chcesz i komu chcesz. Wciskaj dalej naiwnym kwiatkom o ich urodzie, jakie to one och i ach, ojejej, intrygujące, mamusiu boska, takie ważne, takie głupie... Może ci się nie chcieć chcenia i możesz zakrywać się przypadkowym napadem lenistwa. Nieważne. Zgubiłeś mnie. Wypadłam ci z rąk całkiem lekko, ani mnie łapałeś, ani zaciskałeś mocniej palce, nie słyszałeś brzęku zderzenia z brukiem, nie dobiegł do twoich uszu przenikliwy dźwięk pękającego balonika. Zobacz, jak nam szybko pękło zaufanie. Jak w sekundzie się rozpadło. Słyszysz? Słyszysz?! Przeszkadza ci teraz szept sumienia? Ach, tak. Gdzież tam przeszkadza, skoro go nie ma.
Wydarłeś ze mnie setki stron zdarzeń, posłużyły ci jako toaletowy, szary papier.
I może nie chciałeś niczego robić. Może przypadkiem uciekły ci dni, zapomniało ci się i ot, wyszło, tak głupio wyszło. I może nie chciałeś tego zrobić. Zrobiłeś. Otwórz swoje naćpane, mocno doszlifowane procentami oczy i zerknij, proszę, zerknij, jak łamiesz kości. Żebra, uplecione z twojego głosu, pijackiego, a jednak tak szczerego, tak troskliwego. Bo ty zawsze jesteś smutna, musimy coś z tym zrobić. Żebra, zrobione z rażącego oczy światła ekranu telefonu, żebra ze słów i gestów, zdjęć, paru obrazków, paru uśmiechów i oczu. Pisałam ci kiedyś, jak cudowne masz tęczówki?
Dałam ci wszystkie z moich wielkich tajemnic, byś pogiął je mocno i gniewnie rzucił w kąt.
Może zostanie po tobie parę piosenek, kilka sentymentalnych zdań gdzieś w notatkach, parę przyśpieszeń rytmu serca. I to uczucie. Właśnie to. Takie, jak teraz. Tak brudne i niedoczekane. Niechciane. Wyszargane.  Kimkolwiek mnie widziałeś, gdy cię poznałam, teraz mam twarde serce z kamienia. Cokolwiek znaczy przeprosinowe słowo, zapomniałeś o mnie. Jeśli ci zależy, nie zapominasz. Nie tak. Nie w ten sposób. Nie tak, jak gdyby nagle odechciało ci się oddychać.
Ze skulonej postawy powoli mnie wyprostowałeś, jestem teraz napiętą, rozlazłą i zużytą struną.
I nie ma znaczenia, ile będę czekać. Ugotowało mi się serce. Ścięła krew. Denaturacja jest procesem nieodwracalnym.


I used to need you.

środa, 25 lipca 2012

5. (268)

I stało się. Stało stało, przyszło do mnie, stało, stało, potem poszło. Właściwie nic się pozornie nie zmieniło. Może trochę więcej we mnie czasoprzestrzeni, trochę o rok więcej we mnie czekania na lepsze, lecz nieustannie tyle samo mam w sobie uciekania. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć, jedenaście, dwanaście, trzynaście, czternaście, piętnaście, szesnaście. Raz, dwa, trzy, cztery... Mój Boże. Szesnaście razy miałam szansę się wycofać. Nie skorzystałam. Nie skoczyłam, nie dławiłam się kamyczkiem, nie spadłam ze schodów i nie porwałam żyłek. Nie wypluwałam płuc i nie wyrzygałam wątroby, nie wyrwałam serca i nie połamałam rąk. Żal mi. Szesnaście lat chodziłam i marnowałam Wasze powietrze.
To nieważne. Nieistotne. Szesnaście gasnących gwiazd minutę po północy, po których nikt płakać nie będzie.
A ja?
Przeszłość stoi w długiej kolejce do zapomnienia. Nie narzeka. Postępuje z nogi na nogę, tępo wlepiając wzrok w podłogę. To musi być przykre, przechodzić z dumnego miana "teraz" w krępujące, dukane pod nosem z lepkim przekąsem "kiedyś". I jeśli nie każde "kiedyś" było dlań dobre, w każdej literce dusi się tęsknota. Bo byłam, a nie zrobiłam. Bo mogłam, a nie chciałam. Bo... chciałam, a nie miałam odwagi.
Ale to nie jest dziś zupełnie ważne.To nie ma nawet najmniejszego znaczenia. Po mnie nie widać. Nie biegam po drogach z nożami i nie tworzę nowych wodnych źródeł pod oczami. Mam szczery uśmiech i neutralne oczy. Krzyczę po nocach.
Ty też krzyczysz. Drzesz się niewyobrażalnie, pękają ci mięśnie, struny głosowe nie potrafią udźwignąć częstotliwości Twojego głosu. Wrzeszczysz, jak gdybyś właśnie przechodził przez najgorsze i najcięższe z możliwych tortur, podczas gdy po prostu leżysz w łóżku i błędnym wzrokiem lustrujesz gładką, regularną i spokojną powierzchnię w dzień białego, ale podczas nocy zupełnie ciemnego i nieprzyjaznego sufitu. Drżysz i zginasz się w pół, nie wykonując jakiegokolwiek ruchu. Wydobywasz z siebie najgorsze, zwierzęce instynkty i DRZESZ SIĘ. Bezdźwięcznie. Pusto. Dennie. Z bijącą ostro po twarzy świadomością braku słuchaczy. Braku jakiejkolwiek istoty, która by zareagowała, pogłaskała cię po głowie i przytuliła, nawet łżąc, że wszystko będzie dobrze, że się ułoży, że zawsze się przecież z tego wykaraskasz i wyjdziesz na prostą. Walczysz o to tak potężnie, tak niewyobrażalnie chcesz tego, a nie dostaniesz. I wiesz to! Doskonale o tym wiesz. Krzyk nieprzerwanie trwa. W takich chwilach masz w sobie coś z dziecka. Z samotnego dziecka, które usnęło w pochmurny dzień, będąc w domu sam na sam z ciszą. Gdy dziecko się budzi, wyrwane czymś z koszmaru, zanim cokolwiek zrobi, drze się. Drze się, choć przebłyski myślenia mówią mu, przypominają, że przecież, na Boga, po co on się drze, nikogo nie ma, ściany na marne się trzęsą, już by zamknął bachor mordę, a nie robi wielką aferę. Dziecko krzyczy, nie patrzy wpierw, że oto i cud, nie ma potwora, nic tu strasznego, słońca toć nie ma, ale nic złego nie czyha za rogiem. Krzyk. Najpierwotniejsza wersja tego, czego wstyd ci, tego, co chowasz skrycie pod skrawkiem koszuli albo za zgrabnie wetkniętym za ucho pasmem włosów. Krzyk jest nadzieją.
Krzyczę w nocy. Od 16 lat i jednego dnia.


and don’t let me down

poniedziałek, 23 lipca 2012

4. (267)

Bezradność ciąga mnie w niewyjaśniony sposób po kątach tego świata. Po zapomnianych, dawno nie podeptanych uliczkach, zarośniętych dzikimi roślinami, po krętych, piaskowych drogach z bujną zielenią wokół, po lasach, łąkach, połaciach zbóż i samotnych ścieżkach ku horyzontom.
Bezradność ciąga mnie w miejsca, które nie śmierdzą ludźmi. Są wolne od smrodu codziennych pretensji. Które aż biją pięknem niezakrzyczanym, niezaprzeczalnym, niepretensjonalnym.
Bezradność wie, gdzie myśli fruną, zgrabnie mijając cząsteczki tlenu w powietrzu, gdzie, nawet mimo rażącego i banalnego pesymizmu w cieniu skrzydeł, mogą stanowić czystą i idealną część mnie, bez kłamstw, iluzji, bez drgań powiek i zachłystywania się oszustwem.
Bezradność niesie mnie znacznie bardziej, niż nogi drgające z wysiłku, nogi z pakietem mięśni zupełnie bezużytecznych.
Bezradność nie boi się samochodów. Nosi mnie po drodze, od brzegu do brzegu, od kamyka po lewej stronie, do bezdomnego mlecza przy prawym poboczu.
Bezradność nie patrzy na światła i przebłyski cienia.
Bezradność pozwala na wolność. Na chłonięcie muzyki jak gąbka, na przeżywanie każdego oddechu oddzielnie, z precyzyjnym podziałem na wdech i wydech, na uniesienie, wypełnienie i powolne zanikanie. I mimo bólu, mimo paraliżu, który rwie, dławi, gniecie ci mózg, rozmiażdża go jak tłuczek do ziemniaków, jest w tym co psychicznego, coś z paranoi, coś z szaleństwa, w którego skład wchodzi radość, rozumiesz?, RADOŚĆ, radość Z BÓLU., radość z cierpienia, chłód w gorącym pomieszczeniu, suchość podczas deszczu, radość. Z bólu. To naiwne. Bezmyślne i głupie. Naiwna tak bardzo, że aż szkoda mi mojej naiwności. Szczerze jej współczuję, bo jest tak niewyobrażalnie beznadziejna. Wsłuchaj się w to słowo. Wypowiedz je głośno i wyraźnie. Naiwność... Bucha z tych paru liter coś dziecięcego, jakaś tania podróbka wiary, wplątana w pasma niewinności. Jednak proszę, nie myl tego. Naiwność a niewinność to cholernie wielka różnica. Naiwność jest w każdej naszej komórce. Niewinność - już nie.
Łzy potrafią, naprawdę potrafią dobrze smakować. Gdy zmieszasz je z krwią, doprawisz ciepłym, papierosowym dymem, trochę zasłonisz ciemną plamą nocy, i naprawdę, bez oszukiwania, będą Ci smakować. Będą wędrować przez Twój przełyk jak parada wesołych ludków, jak fanfary i dudniąca orkiestra, rozerwą Ci krtań i nic nie poczujesz. Wypełznie z Ciebie wszelka duszność, duchowość, duchopodobność. A wierz mi, bez duszy nie będzie Ci nic przeszkadzać. Żadna z tych drzazg nie nabierze siły. Wszystkie noże tkwiące w Twoim sercu okażą się być z lodu i roztopią się, przestaną strzępić zgniłe mięso gdzieś, bodajże, poprawcie mnie, jeżeli się mylę, w okolicach lewego płuca. I choć oczy sączyć się nie przestaną, ulga przyłączy się do smutnego trójkąta dwóch panów "H" i jednej, małej "O".
Stwórz sobie, własne, prywatne powietrze. I swoją przestrzeń. Nieżycie. Wieczne.



Every broken promise that I ever fucking made
Is adding to the complex that is driving me insane.

piątek, 20 lipca 2012

3. (266)

Skreśliłam swoje imię i krzywo nabazgrane nazwisko. Pogięłam lekko papier, dotknęłam ostentacyjnie rogów kartki i z melancholią w oddechu odłożyłam długą listę na bok, już beze mnie, bez moich naznaczonych smutkiem liter. Wypisałam się z wyścigu, w którym rok za rokiem, ginie więcej nieszczęśników. Zaślinionych, zabrudzonych, ubłoconych i skrwawionych. Z pozdzieranymi gardłami i przerwanymi ścięgnami. Walczącymi i upadającymi, z dołka w przepaść.
Przestań, ja to dopiero mam źle, co tam ty, ja mam przejebkę w domu; nie, no co ty, to to jeszcze nic, ja ostatnio naprawdę ledwo żyję; bynajmniej, nie, nie, to ja mam ciężko, sam nie wiem, jak to wytrzymuję; a mnie rzucił, zdradził, zsuczył, zdziwczył, zpsił; ty przynajmniej masz przyjaciółkę, a ja to tylko kota, a ja, JA, JA!, JA!!!
Giętkim krokiem, ale jednak. Wysiadam. Z waszego życia, w którym aż mdli od przeskakiwania się w nieszczęściach. Z wagonu oszukanej realności, w którego każdym kącie zalęga się obłuda. Ale przecież kto by śmiał na to narzekać, nie ma czasu! Trzeba kombinować, zacierać rączki, mrużyć złowieszczo oczka i garbić plecki. Ilu z Was już zwiędły serca i wyemigrowały dusze? No ale to przecież żadna różnica, z sercem czy bez, uduchowionym czy nie, nie trzeba mieć uczuć, żeby umiejętnie rujnować czyjeś.
Krokiem płochliwym i jakby szpiegowskim, bojaźliwym i nieregularnym - opuściłam chwiejny budyneczek z zawartością niezupełnie chlubną. Bezosobowym trochę tonem wyszeptałam ostatnie słowa pożegnania i runęłam w przepaść siebie i swojej przyszłości, jeszcze nie wiem, czy świetlanej.
We are the future. Ile trzeba wypić drinków i zjarać blantów, by pleść takie brednie?
Zimno. Niekoniecznie tęskno. Łatwo. Zbywanie słowami oschłości cudzej niepretensjonalnej troski ciekawości szybko wchodzi w krew i przyzwyczaja język do swego smaku. U mnie okey, jest dobrze, ok, tak, w porządku. Czekam do chwili, gdy sama sobie uwierzę. Stanę przed lustrem i uwierzę we własny blef, w precyzyjnie wycedzone słowa, w sylaby dźwięczne i kształtne, w każdą wykreowaną głoskę. Powiem to tak, jak gdyby chodziło o pogodę. O brak słońca i chłodny, przejrzysty poranek. Tak, jak gdyby naprawdę mnie to nie bolało...


Smak metalowych opiłków. Przerwane łańcuchy.

poniedziałek, 16 lipca 2012

2. (265)

Wracanie. Wyrywanie się z zamglonej, szumiącej rzeczywistości, by na nowo wlać w siebie żrącą normalność, palącą zwyczajność, sztuczną mieszankę dni i niedynamiczny ruch wskazówek. Mieszane uczucia nie pozwalają mi jednoznaczne przełknąć realiów. Po horyzontach wspomnień drobnymi kroczkami szmerają sceny bez znaczeń, w których topiłam pustość chwil.
Szli plażą. Trzymali się za ręce. Miała czarny, prosty strój kąpielowy, on był w rozpiętej koszuli. Śmieli się. Morze zalewało pianą ich stopy. Miała siniak pod okiem. Uderzyłeś ją? Uderzyłeś, sukinsynie? Powiedz, ile łez nosicie pod swoimi roześmianymi buźkami?! Powiedz!
Minęli mnie. Ukradli parę sekund i poszli.
Najgorszej, gdy braknie mi interpretacji. Gdy krok za krokiem wydeptuję sobie rany, a nie widzę ostrzy. Odbijam się w tafli, a nie dostrzegam niczego sensownego. Głowa pękała co wieczór od poczucia winy. Jesteś tu, żyjesz, wdychasz tlen z wolnym zapachem spiętrzeń fal, nie cieszysz się. NIE CIESZYSZ SIĘ. 
Tęsknota jest tym, co psuje wszelkie uciekanie i odżywanie.
Potknęłam się. Trafiłam na wyjątkowo ostry kamyk. Czemu, pierdolona stopo, stanęłaś właśnie na tym, pierdolonym kamieniu?! Dlaczego pierdolony los nie pokierował mnie inaczej?! Złość. Na wszystko. I puste strony w słowniku pod hasłem autozłość. Nadęci filozofowie nie odkryli mojej choroby.
Złe sny. Niewygodne ułożenie braku gwiazd na niebie. Niedosyt i głód. Szukanie. Na nowo czegoś, co byłoby umiejscowieniem wszystkich jęków, strachów i żalów. Patologiczna niezdolność do obcowania ze światem w przyjaźni,  degenerat, przypadłość konieczna do szukanie czerni w bieli. Jak jeszcze można mnie ładnie nazwać, oby tylko uniknąć słowa "idiotka"?...
Właściwie nawet nie muszę. Mogę być w chwili i trwać w niej bez gadania. Ale... to jest jak swąd. Jak trudna do wytłumaczenia potrzeba podrażnienia skóry, która narasta, jeśli jej nie zaspokoisz. Alergia połączona z potęgowaniem i zwiększaniem dawki alergenu. Siła w podświadomości. Lęk. Czuję lęk, który odbiera mi radość. Wstręt, lęk i obawę. Duszność. Ograniczone ściany do centymetrów paru. Klaustrofobia. Że będę tak wielce smutna i w niczyim sercu nie będzie mi wygodnie.


Seaside.

wtorek, 3 lipca 2012

1. (264)

Kurz sypiący się z oczu, kurz wilgotny od słów ostrych noży. Rozdarta na pół, gubię się w prostych liniach światła. Winna, podobno jestem winna. Podobno muszę bić się rzemieniem i chodzić boso po rozżarzonym węglu, bo jestem taka niewdzięczna i zimna. Dusza moja śmieje się i płacze. Na raz. W tym samym czasie. Czułeś się tak kiedyś? Tak, że słowa cię śmieszą, przy okazji tnąc serce, dziurawiąc, wypalając, na wylot? Podobno tak nieładnie jest popadać w skrajności...
Kiedyś wstanę w środku nocy, łyknę parę mililitrów bezbarwnej,  płonącej czułości z butelki chowanej pod zlewem, nakleję na twarz uśmiech mordercy i wszystkich razem ochoczo podpalę. Będę połykać ogień garściami i cieszyć się jego nadludzką namiętnością. Wbrew paradoksom, kochanie, kiedyś Ci pokażę, jak gorący ból zabija zimne cierpienie. Poczujesz swąd przypalanego ciała i wraz z dymem w nozdrza wciągniesz resztki problemów. Pokażę ci, jak łatwo w sadzę zamienić rzeczywistość. Jak w ciepłych kolorach złota, pomarańczu i czerwieni można siebie samego skutecznie zatracić. Poczujesz słodko-słone zjawisko sprzeczności, gdy Twoje mięśnie będą chciały uciekać, drgając raz po raz nerwowo, a duszy lepiej będzie co sekundą i lżej. Opowiedz mi, jak to jest, żyć, nie tworząc sobie alternatyw od cierpienia.
Zapach cynamonu... W zakamarkach głowy szukam zapachu cynamonu, aby anielską moc nadziei do siebie móc przywołać. Dlaczego nie pamiętam, jak pachną drzwi do raju?
W króliczej norze zastawione są pułapki. Z kolcami i zaciskającą się, metalową paszczą. Wracam do siebie i osuwam się w spokoju, gdy każde słowo przyklejone do ściany rozrzyna mi plecy. Radość wyparowała pod wpływem upału, a strata czasu na czekanie uwydatniła się podwójnie. Talerz zbity z rana, rozsypane śniadanie. Zdychanie. Plucie krwią. Krwią rzyganie. Uśmiechanie się. Przytakiwanie. U mnie dobrze, tak, tak, okey. Wybacz mi to, duszo, widłami rozszarpuję się i sypię na suchą ziemię.
Mam swoją parę szortów i brudny pokoik, czy kiedyś będę miała miłość?


Real live or just nightmare?

sobota, 30 czerwca 2012

7. (263)

Rozbiło się gliniane naczynie. Nieostrożny tłum podeptał kwiaty. Z róż, którymi chciałam przystroić sobie życie, została martwa papka, wsiąkająca w przesuszone podłoże. Z dziwną lekkością patrzę, jak na słońce nakładają się kolejne warstwy chmur. Może to bezradność, nie lekkość. Głęboko osadzona świadomość braku sił. Chemiczne rozluźnienie. Łaskoczący stan niebytu. Walą się ściany i perspektywy czasu. Przyszłość? Przyszłość, przyszłość, przyszłość. Wypełzają z kątów ścian pytania, CO będzie, CZY coś będzie, a jeśli jednak tak, to JAKIE będzie. Usta trwają w bezruchu, w braku odpowiedzi.
Jestem brudnym, szarym zapytaniem i chcę, żeby ktoś mi się objawił i zrysował inną rzeczywistość. Starł zaschnięty tusz z policzków i pokazał świetlaną wersję jutra.
Cokolwiek mam za sobą, ciąży mnie niemiłosiernie, lepi się, blokuje swobodę myślenia. Właściwie, czemu nie, mogę przecież dumnie podnieść nogę i postawić ją w nowym etapie, uboższym w przydrożne dary natury, ale jednak nowym, innym, lepszym, bo odmiennym. A jednak głowę wciąż odwracam do tyłu i patrzę, jak z nieba leje się żal i gorycz. Ktoś przeze mnie połamał paznokieć, ktoś wyrwał parę sennych godzin nocy, ktoś uronił łzę bezsilną, a ja wiem. Czuję pod stopami gruz, a moje ręce jeszcze śmierdzą dynamitem. Zburzyłam, przyjdź i odbuduj to w trzy dni.
Mam na imię Cadere i chcę, żeby ktoś mruczał to imię pół nocy, przez sen nim długo majaczył, a potem się zorientował, że sam spadł tutaj, do mnie, z hukiem.
Odchodzący cicho ludzie, skrzypiąca pod nimi podłoga i łapczywe ich oddechy z dużą zawartością strachu w wydychanym dwutlenku węgla. Nieprzyjemnie mi tak stać i udawać, że oślepłam od nadmiaru światła, w którym ciągle pełno było kurzu. Przyjemnie jest zaś się nie przejmować. Chociaż serce rwie się i szuka dla duszy pomocy, mam mocne łańcuchy, nie pozwolę sobie na ucieczkę do desperacji. Z alergią możesz się urodzić. Albo nabyć ją, tak jak ja, zaczynając od mrowienia, od drażniącej obecności, kończąc na unikaniu i zgryźliwości. Nie walczę. Patrzę i wnioskuję, jak szybko pięknym tulipanom rosną kolce.


Nadmiar przekory? Brak pokory?