wtorek, 8 listopada 2011

7. (146)

Ta dawka nie wystarczyła na długo. Była tylko chwilowym przyćmieniem tego, co już gdzieś we mnie zaczynało się burzyć. Teraz czuję, jak bardzo potrzebuję lekarza, ale nie takiego, co mu płacą co miesiąc. Tylko takiego, co już z chwilą urodzenia był lekarzem. Lekarzem do duszy, bezinteresownym. Takim, co nawet swoim śmiechem leczy...
A teraz? Teraz jestem tu, i nie wierzę w nic, z wyjątkiem Boga. Jest ta chwila, jest ten czas, są pytania, a nie ma nawet nas. Nie wierzę w nic, co powstało na tej Ziemi, nie wierzę w uczucia, nie wierzę w relacje między ludźmi, którym nadaje się bezsensowne nazwy. Przyjaźń... Wsłuchaj się w to słowo. Syczy w ustach. Jakby koli w serce. Bo to od przyjaźni, a właściwie tylko od tej nazwy idą pasma niedopowiedzeń, przynależności i chorych pretensji o nic. Przyjaciele to tylko dwoje ludzi, co im się wydaje, że się kochają, że do siebie należą, ze są ze sobą i dla siebie. To złudzenie. Nie. Wierzę. W to. Kłamstwa tego typu chodzą po świecie i są na tyle częste, że stały się częścią normalności. Przyjaźń to żniwiarz ofiar. Nie wiem, czy chcę w tym uczestniczyć. Przepraszam. Ja wiem, że tymi słowami ranię niektórych czytających, ale... to jest chyba zbyt bardzo ludzkie, abym brała w tym udział. Nasza przyjaźń to tylko cierpienie innych. To tylko kolejny sztylet, nóż, co z tego, że taki ładny, kolorowy, ozłacany tu i ówdzie? Co z tego, pytam?! Ja wiem, jak bardzo boli być tą wyłączoną z grona przyjaciół. Ja wiem, jak to jest być tą niepotrzebną, odrzuconą. I gdy tylko pomyślę, że ja także mogłam kogoś do takiego stopnia zranić, to mam ochotę wziąć swoja głowę i wyrzucić ją za okno. Nie tak się zachowuje porządna, grzeczna dziewczynka. I chyba wolę tu umrzeć, użalając się nad sobą, niż gadać tylko o niedoszłych miłościach i napędzających nadzieją uśmiechach. To mnie nie dotyczy, co więcej, nawet nie obchodzi. Przestałam stawiać miłość na podium. To nie jest nic warte. Wszystko obraca się wokół nas, wokół tego, jak się czujemy, ale przecież nie można wciąż popełniać tych samych, durnych błędów. Ile tak będziemy grać?! Ile trupów nam padnie pod nogi, ile dusz umrze przez nasze egoistyczne hipocentrum gdzieś w głowie?! Nie chcę przykładać do tego ręki. Choć i tak mam swój udział w tym akcie zbiorowej męki, to teraz umywam ręce niczym Piłat, nie wydają bezpośredniego rozkazu, ale wam nie bronię, zabijajcie się, dalej, dalej, siekiery macie w dłoniach, ostrze plącze się wam w ustach, bije nóż w płucach, oddychacie trucizną. Zabijajcie się, ale beze mnie. Stop. Wycofuję się...
Przyjaźń nie jest dobra. Ona niszczy to, co swobodnie się rozwija, to swego rodzaju prawo dla spontaniczności, ograniczenia, niepotrzebne zasady... Droga donikąd. A nawet nie droga. Przepaść. Dół. Piekło.


Bo tylko ty
możesz pomóc mi i sprawdzić,
że przestanę się cały czas zabijać, 
że krew przestanie bryzgać,
że na nowo pokocham to,
co mam,
choć jest tego tak niewiele...

1 komentarz:

  1. Jejku, dziewczyno! Jak Ty świetnie piszesz! Genialnie!

    OdpowiedzUsuń

Komentarze naruszające godność i prawa człowieka, obraźliwe i spam nie będą akceptowane. Za każdą literkę, wyraz i zdanie dziękuję z całego serca i czekam na Twoją opinię. Nie bój się! Napisz coś, niech Twoje słowa przyniosą mi nieco uśmiechu ;)