czwartek, 10 maja 2012

6. (251)

Po brodzie znów pociekła strużka krwi. Zdusiłam jej słodki smak lekkim i szybkim ruchem języka. Drżąca kropelka opłynęła zmysłowo wszystkie kubki smakowe, dając poczucie błogiego stanu umierania. Powietrze drży. Ma smolisty i duszący zapach. W każdy oddech trzeba włożyć mnóstwo wysiłku, niemal cierpiąc, gdy przez żyły zaczyna płynąć niedokładnie rozpuszczony tlen. Każda komórka napręża się, aż w końcu nacisk przerywa cudowną historię. Wargi rozchylają się, wyganiając zasiedziałych gości. Orszak umarłych, ciemnych ludków o płynnej postaci maszeruje pospiesznie, zostawiając za sobą nieprzerwaną warstwę umarłych. Czekam. Wciąż czekam. Patrzę na krople spadające na koszulę. Czekam. Jakbym bardziej niż zawsze czuła chwilę i starała się ją delektować do końca, aż czas obudzi mnie niepewnym szarpnięciem. Jakbym chciała choć raz się zatracić, skutecznie, wyrwać z głowy wszystkie okaleczające słowa, wszystkie sceny i poszarpane obrazy - i umieścić je w kroplach. Jednak wciąż gdzieś pomiędzy lewym płucem a żebrem jest szczelna blokada, wierna wojowniczka, zawsze w stanie gotowości. Nieprzerwanie czeka, stoi na baczności, nie pozwalając mi zamknąć oczu bez bólu, odrzucić ręce za głowę i całkowicie zapomnieć, rozerznąć głowę piłą motorową, wyjąć mózg i gładzić każdą sekundę bez myślenia z swego rodzaju kunsztem, z namaszczeniem, szacunkiem. Tymczasem wszystkie te słowa nadal rozrywają mi czaszkę i rzucają nią po podłodze. Czekam. Patrzę sobie z dziwną miną na cały ten wielki burdel, który, nie wiem, kiedy, jakoś tak mi wlazł do życia. Czasem mrugnę, albo nie, coś tam powiem, wstanę, wrócę, przyjdę, siądę. Jeden dzień, osiem, miesiąc, rok. A jeszcze wczoraj myślałam, że lada chwila będę się rodziła.I dalej czekam. Rozkładam puste roczki jak niedoinformowana dziecinka, przez szesnaście lat wciąż na nowo próbując wyrwać od kogoś odpowiedź na pytanie, co ja właściwie tu robię. Czy na tej brudnej Ziemi ktoś jeszcze umie mówić?
Dłonie drżą. Nie wiedzą, gdzie podziać się, do której schować kieszeni. W każdym sinozielonym szlaczku na ręce jest mnóstwo erytrocytów i hemoglobiny, ale nie ma tego tętna życia. Czerwony płyn nic nie waży, nie wiem nawet, czy cokolwiek znaczy, pływa sobie tylko z nóg do płuc, z płuc do ust, jakby gonił ciągle za czymś. Szczerze? Nie obchodzi mnie to. Mam dziś wielką, soczystą tendencję do nicmnienieobchodyzmu. Taka własna religia na dobry koniec początku wieczoru. Taki szybki, niezdrowy lek na wszystkie obcości we mnie. Na ból głowy, serca i ego. Na sen.



Drobna uwaga:
na pewno umrzecie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze naruszające godność i prawa człowieka, obraźliwe i spam nie będą akceptowane. Za każdą literkę, wyraz i zdanie dziękuję z całego serca i czekam na Twoją opinię. Nie bój się! Napisz coś, niech Twoje słowa przyniosą mi nieco uśmiechu ;)