środa, 9 maja 2012

5. (250)

Zimno. Wylewa mi się z ust. Potok ostrych słów. Wodospad obojętności. Chłód pochowany pośród sylab. Głoski nasiąknięte najgorszą odmianą ignorancji. Powietrze skażone okrucieństwem i swego rodzaju pięknem sensu milczenia. Szkło pęka powoli, z lekka tylko dając o sobie znać, skrzypiąc i gubiąc okruchy. Pęknie. Niedługo. Nie wiem, jak. Może pod ciężarem metalowych, ciężkich kół pociągu. Może ktoś je rzuci na twardą powierzchnię zjeżdżonych ulic. Albo zgniecie ciężarem zimnego koca i paru poduszek. Może ktoś nakarmi je melatoniną, aby mogło usnąć ze skruszenia. Albo przetnie krótkim ruchem samotności o barwie karmazynu. Spali. Zgniecie. Zniszczy. Jakakolwiek będzie pogoda, którakolwiek godzina, w końcu coś wykończy cienki kawałek ugotowanego piasku kwarcowego, który udaje wielką bryłę twardego metalu. A nią nie jestem. Nie ma we mnie ani krzty walki, ani jednego atomu siły, ani grama przejrzystej jak źródlana woda odwagi. Wciąż tylko uciekam od myśli, że każdy kilkuliterowy nóż wybiegający z moich warg zawsze do mnie wraca. Ze zdwojoną siłą. I krótką, bolesną informacją "zamknij się. nikt nie słucha. nikt nie słucha właściwie". Ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie...?
Ostry wiatr cały dzień zrywał po kawałku uśmiech z mojej twarzy. Zmaterializowała się moja szara pusta, przykre szaleństwo, nie udało mi się niczego ukryć. Spadły misterne okucia z lodu, z którymi jakoś jeszcze potrafiłam przeskakiwać kartki kalendarza. Nie mam wyboru, chyba dziś zerowa godzina podstawi mi nogę i załamie szyk wędrówki. I choć wciąż z tyłu głowy coś szepcze mi o wolności, to wszystko, co zwane niezależnością, nie opisuje mnie. Czasami, gdy noc oświetla moje życie, to dostrzegam pionowe, metalowe pręty, krzyżujące się, pnące po ścianach.
Więźniu... 
Jakby wszystkie myśli, których nie chcę, pożeram samoistnie. Nauczyłam się rytmicznym ruchem urywać głowy niekształtnym oskarżeniom. Wartość prawdy zeszła z drogi. Stoi do dziś za kratami mojej spaczonej niewinności. Chyba płacze. Chyba minę ma niezbyt ciekawą. Kiedy patrzę w jej oczy, nie mogę już kłamać.
Nie musisz nic robić, a jesteś przestępcą. Zabijasz. Siebie. Okradasz. Siebie. Rujnujesz. Siebie. Pogwałcasz. Siebie. Wszystko, co wydaje ci się dobre, jest autodestrukcją. 
Nie mam w dłoniach świata. To tylko równie okrągła tykająca bomba. Ląd podpalam siarką śliny.
Więźniu...
Tęskniłam kiedyś za czymś? Gdzie moja przeszłość? W głowie kocioł z bulgoczącą cieczą. Jutro, dziś i wczoraj mieszam, tłumiąc wszystkie mądre rady strachu. Nogi przykleiłam klejem do podłogi. Cieszę się, że moje wariactwo to jakaś odwaga.
Cokolwiek śni ci się po nocach, cokolwiek robisz motorycznie podczas dnia, zlewa się w jedno. Więzisz się. Najgorsze jest jednak to, że gdybyś chciała, mogłabyś wyrwać się. Nie chcesz. Nie "nie umiesz", tylko nie chcesz. Wygodnie ci ze swoim prywatnym umieraniem.
Prawda w gruncie rzeczy zawsze jest mi obca.



It's so hard to find someone 
who cares about you, 
but it's easy enough to find someone 
who looks down on you 

poniedziałek, 7 maja 2012

4. (249)

Złe słowa. Złe myśli. Zły czas. Ja zła. Szarość nieba mnie zabija. Strzela do mnie z pistoletu. Smak deszczu mnie zabija. Wyżera mi wszystkie szanse. Zimno też mnie tu zabija. Kruszy kości i rwie skórę. Wszystko mnie dziś wciąż zabija... Moja kawa, zegar i długopis, szklanka z wodą, drzwi i pufa, matka, ojciec i swastyka, stolik, nożyk, ogród, pustka... Coś nie pozwala mi zapomnieć o rysach na duszy. Coś wiecznie magnetyzuje mój wzrok i ciągnie w zakazaną stronę. Spalam przeszłość. Biorę ogień, papier i siebie, wychodzę, podpalam i czekam. Popiół gryzie mocno w oczy, dym przykrywa warstwą ręce. Na nic. Nie potrafię wyrwać siebie z pustej muszli w oceanie. Skryta jestem bardzo, w słowach. Ale nie patrz mi dziś w oczy, proszę... Są bledsze niż na zdjęciach, bez błysku źrenic, z przykrym smutkiem w czerwonej poświacie. Gdzie byłam, jak spałam, zdawałoby się, snem wiecznym? Za mało. Czegoś. Kciuk wciąż w górę. To już tylko Bogiem chyba trzeba być, żeby martwego wciąż trzymać przy życiu.
Ile we mnie tej goryczy, ile we mnie zaplątania? Patrzysz, sama nie wiem, z poniewieraniem, ze strachem, litością? Patrzysz? Czy tylko widzisz? Przepraszam Was wszystkich, marne stado homo sapiens. Za swoją własną paranoję, którą wpycham wam do oczodołów z dnia na dzień, z uporem, bez opamiętania, z coraz mniejszym własnym bądź cudzym wyborem. Słodki ze mnie morderca. Przesłodki. Zwłaszcza z tą cudownie uśmiechniętą buźką. Nie polubisz mnie w prawdziwym wcieleniu. Z drgającą powieką, zaciśniętymi, umalowanymi krwią ustami i szarą, popiołową skórą. Nie martw się, ja tak z domu nie wychodzę. 
Dom...?
Całe piekło rozpoczęłam w setkach nierealnych marzeń. W ogromie słabości, pragnień. Bo tak naprawdę marzenia nie spełniają się. Te, które, wydaje ci się, że wprowadziłeś do kart rzeczywistości, to po prostu twoje mrzonki, zachcianki proste i banalnie przewidywalne. Marzenia nosi się w sercu. I nigdy z niego nie wypuszcza. Może na tym polega ich magia. Na tak bezlitosnej wieczności istnienia. Może taka ich rola... Uświadamiania Ci, co wieczór, co noc, co kolejną spadającą gwiazdę, że nic nie masz, prócz nic. NIC. nic... Umieranie przecież nigdy nie było rzeczą na własność.
Dziś to już chyba na prawdę utonę we wrzaskach. Słuchaj mnie. O piątej, ósmej, dwudziestej i czwartej. Szukaj mnie i moich zamkniętych powiek. W okolicach nocnego umierania.


Tyle gwoździ, ile ciszy.

niedziela, 6 maja 2012

3. (248)

Usiadłam nad brzegiem oceanu moich myśli. Gęsta ciesz ciągnęła mnie ze sobą. Poddałam się. Ciężar moich żył pociągnął mnie na dno. Czułam. Wszystko. Jak gorzki płyn o nieznanym składzie powoli przenikał przez moje usta, spierzchnięte i zmęczone, przygryzane raz za razem. Jak zalewał krtań, paląc jej ścianki, wyżerając struny głosowe, wreszcie wpełzając do płuc, czarnych i smutnych, brzydkich, pokurczonych. Dzikość chęci oddechu została stłamszona przez falę własnej nieobliczalności. Serce rwało gdzieś, jak najdalej, zapominając, że przepięli je aortą do kości i paru mięśni. Biło nieprzerwanym rytmem, aż do wczoraj, dziś, a może jutro?... Czas zaplątał się w wodorostach... Popękały mi powieki, pozrywały wszystkie ścięgna. Czułam. Czy to zawsze będzie tak boleć...?
Noc. Noc. Noc. Zapach bzu dławi mnie, choć zawsze pachniał tak kojąco. Strach. Gwiazdy poszły na imprezę, niebo jest już całkiem puste. Żal. Ciągle to samo rozczarowanie, ta nieprzerwana trauma z dzieciństwa. W bajkach jakoś było inaczej. Kubuś obżerał się miodem, choć nie miał pracy, żadnych stałych dochodów. A Włóczykij nie miał szlabanów. Czy gdzieś obok mnie żyje jeszcze tamta rzeczywistość...?
Barwy nieba są wyblakłe. Oczy nie chcą na nic patrzeć.
We mnie zimno. Pożar. Lód. Stan sprzeczności i zagłady. Krew ciągnie się jak stara guma do żucia, to chyba nie jest dobra pora na umieranie. No bo i jak mam zabić trupa ze smutnym kolorem oczu? Zmartwychwstanę. Jeszcze zmartwychwstanę. Zobaczycie. Podniosę głowę i... Mój Boże, czy potrafię robić coś więcej, prócz wiecznego wyniszczania? Czy umiałam kiedyś kochać, wierzyć, ufać?
Cisza. Cisza. Cisza. Dosyć. Wstaję, biegnę, kaszlę, wspomnienia nie chcą mnie opuścić, kurczowo trzymają się wątroby, piszczeli i tętnicy, oby tylko wciąż tam zostać. Bo jest miło. Ciepło. Ładnie. Zapach gnijącego białka przecież im pasuje. Stężała krew, zaschnięte komórki. Padlinożercy lubią karmić się bez granic.
Moja głowa leży w kącie. Nie chce ze mną współpracować. Jakże miło, wzdycham, nie mam się w końcu czym uśmiechać. Nie ma łez ani oczy, drgających warg i zmarszczonych brwi. I proszę.
A jednak mogę być człowiekiem.


Przynajmniej słońce jest za darmo...

sobota, 5 maja 2012

2. (247)

Znasz to uczucie? Gdy z każdą sekundą, z każdym tchnieniem opadającego na ziemię płatka z kwiatów, wraz z każdym podmuchem wiatru czujesz, że właśnie teraz, w tej chwili, gdzieś na twojej ścieżce pojawia się okruch nadziei innej niż zawsze? Nadziei na szczęście? Znasz? Skoro nie, to czy w takim razie masz w swej pamięci taki moment, gdy cała Twoja radość, wszelka świadomość bycia kimś ważnym nagle pęka, jak nieczule potraktowana bańka mydlana? Poznajesz? Ta paskudna w swym barbarzyństwie część czasu, która niesie w sobie więcej rozczarowania i żalu, niż wiele nijakich dni razem wziętych? Gdy nagle inny człowiek wkłada cię do trumny ruchem tak subtelnym i delikatnym, że orientujesz się, gdzie jesteś, gdy ziemia od wielu dni przykrywa cię swym ciężarem? Gdy cały ten gwiezdny pył wokół ciebie jest po prostu gęstą mgłą, przez którą nigdy się nie przedrzesz? Nie odpowiadaj. Nie na głos. Nie tutaj. Nie teraz...
Może po prostu najadłam się za dużo złudzeń. Wysnułam cudowny scenariusz, wymarzyłam bezpretensjonalność i cudowną zależność połączoną w jedność. Tymczasem nić powoli się przerzedza, z lekka gdzieś przeciera, co parę centymetrów niemal się urywa. Winni chyba nie istnieją, to tylko ja, tylko moja głupota, tylko ciągła nadzieja zamiast serca, wszczepiona przez przypadek podczas lunatykowania w krainie własnych wahań. Rwę, rwę, zrywam wszystkie firanki, kulę się, okręcam zszarzałym materiałem, zamykam świadomość, bo nie chcę, NIE CHCĘ dopuścić do siebie świadomości odrzucenia. Nie mam ochoty stawać się marnym dodatkiem do czyjegoś życiorysu, przystankiem na parę sekund wyrwanych z całości, znakiem drogowym bez żadnej treści. Zbyt dużo się śmiałam, zbyt mocno cieszyłam na każde słowo, uśmiech, przecinek. I mam. Kara od Boga, co to niby taki miłosierny. Śmiejcie się, znowu, znowu, sama z siebie zrobiłam idiotkę, małego niemowlaczka z ufnymi oczkami kochającymi wszystko, co zapowiada się wesoło. Przegrałam. Dostałam dużo kart, dużo, bardzo dużo, szkoda, że nie zauważyłam, że wszystkie to jedynki, a nie asy.
Bywa? Nie, wcale nie bywa. Tak jest zawsze, nie czasami. Może powinnam przestać żywić nadzieję. Aby przerwać tą passę kozła ofiarnego. Zdawałoby się, wisienka na torcie... A tortu nie ma. Nic nie ma. Again.


Tak, wiem. O mnie się nie walczy.

wtorek, 1 maja 2012

1. (246)

Odbijam śmiechem wszelkie słowa z zewnątrz. Reanimuję się wesołym zarysem twarzy, korzystnym układem zmarszczek mimicznych. Jak ktoś umiera, to ciągle się cieszę, jak potykam się, to wiecznie się śmieję, jak nawet płaczę, to i tak mam radość na twarzy, tak bardzo mi to udawanie skrzywiło psychikę. Utknęłam w martwym punkcie upadania, które wygląda ładnie, które zawsze odbywa się z gracją. Zatopiłam się we własnej grze, nie mogąc wyrwać z siebie choć odrobiny realności własnego ego. Choćbym tarła twarz drucianą gąbką i polewała rżącymi kwasami, to i tak ciągle rozciągnięte usta mam na kształt cienkiego księżyca. Wybucham głośno, gdy tylko do mnie mówisz, gdy tylko cokolwiek w stosunku do mnie robisz, gdy każdy gest kierujesz do mnie i każdy wzrok pod moim kątem. Wybucham soczyście i pełnym głosem, krztusząc się krwią, rzygając błotem, rwąc z głowy włosy i zrywając strupy. A wszystko to po to, by się schować - za dźwiękiem własnego śmiechu, za obrazkiem grzecznej, wesołej dziewczynki. Aby tylko nikt nie widział i nawet nie pomyślał, że we własnej głowie chowam psychiatryk. Że każdej nocy umieram wraz z rykiem, z gnijącą nadzieją i pustym szeptem. By każdy przypadkowy przechodzień odpowiadał mi "dzień dobry". Bo nie być sam na sam, z własnym szaleństwem, ucieczką i strachem, co to bytuje w mych żyłach od dawna.
Kiedyś, gdy już pochowam wszystkie zdjęcia i pousuwam smsy, pozapominam wryte mocno w duszę słowa i zetrę warstwę wspomnień z twarzy - może wtedy wam pomacham, tak ostatni raz, na pożegnanie. Przerzucę słodko włosy, kilka pasemek ukryję za uchem, i może nawet ubiorę normalne ubranie. Będę tak wolna, jak nigdy dotąd, będę cudownie czysta, lekka i niczyja. Wtedy, gdy spojrzę na was z góry, na pewno będę uśmiechać się szczerze. Bez tego znanego jak dobrze naciągania, z całkowitą szczerością, umieszczoną gdzieś w oczach. I jeszcze nawet odezwę się choć słowem, żebym nie musiała chować myśli w sobie. Krok potem zrobię, kolejny może... i jeszcze dwa, i trzy i osiem...
W końcu zobaczę, jak to szybować, lecieć wprost na spienione morze, jak jest obrywać po twarzy falą i rozbijać głowę o morskie skały.


Mad. So fucking mad.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

15. (245)

Długo broczyłam wzrokiem po firmamencie marzeń, po granatowym i plugawym obrazie sklepienia - i nic. Pośród tysięcy, milionów, miliardów gwiazd nie mogłam dostrzec tych moich trzech ulubionych, tych najwspanialszych, tych najłaskawszych w swym blasku. Mrużyłam oczy i zakładałam okulary, gasiłam wszystkie światła i stawałam na palcach - nic. Na nic tłumaczenie, że gwiazdki się zmęczyły, że może dziś świecą u kogoś innego, że jednak są, ale nie widzę, że mogę oślepłam jakby ciut bardziej... Nagle po prostu coś we mnie strzeliło. Coś przeszyło swą ostrością każdą komórkę mojego ciała. Coś wyrwało włosy z głowy i poszarpało skrawek nadziei. Do mózgu wkroczyła przejmująca świadomość braku, niedosytu, a może nawet... rozczarowania...? W jednej chwili niebo całe zgasło, do ostatniej światła kropli. Spadłam z parapetu, zbiłam wszystkie szklanki, zakrwawiłam podłogę. Za mało dano mi błękitu, za mało ambrozji z niebieskimi oczami. Rozczarowanie, rozczarowanie, rozczarowanie, dużo rozczarowania, bardzo dużo, za dużo. Uczucie zawodu bywa gorsze od przesytu, tylko pogłębia pragnienia, tylko bardziej destrukcyjnie uzależnia, jednocześnie przeraźliwie raniąc i kując serce. A ja tylko chciałam... Chciałam? Czego chciałam? Czy ja czegoś chciałam? Czy po prostu musiałam, czy pchałam się do antidotum tak szybko i intensywnie, czy chwytałam je tak łapczywie, że niemal całe wylałam? Chciałam? Nie, nie chciałam. Ja przeraźliwie i najmocniej ze wszystkich moich tęsknot pragnęłam lekkości ducha, pragnęłam anormalnego uwolnienia, przecudownego szczęścia... Zachłysnęłam się powietrzem nasiąkniętym własną pychą i egoistyczną pewnością wybawienia. Szczęście przeszło obok, musnęło moje ramię i uderzyło w twarz - już bez tej przesłodkiej maniery uśmiechu.
Cokolwiek zabrało mi moje trzy gwiazdy, zabrało mi także pewność prawdy własnego myślenia. Miałam w głowie równo poukładane imiona i nazwiska, wyrównane do brzegu i dokładnie przeanalizowane rozmowy, wszystkie uśmiechy zapisane fotograficzną pamięcią i każdy przypadkowy dotyk. Wierzyłam we wspomnienia bardziej, niż w cokolwiek innego. Teraz nie mam realności. Nie mam prawdy i nie czuję siły. W głowie ciągle jakiś remont, ciągle coś się we mnie zmienia. Ktokolwiek zabrał mi moje trzy gwiazdy, zupełnie pogwałcił moją nadzieję.


Zaboli, gdy uświadomisz sobie, że tak naprawdę nikt na Ciebie nie czeka.
I came back. I'll  show you my pessimism. Again. 

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

14. (244)

Zawieszam bloga na czas nieokreślony. Trudno, oglądalność spadnie, ale są sprawy ważniejsze, niż to. Pojawił się pewnien incydent, który mnie do takowej decyzji skłonił, a poza tym, muszę w tej chwili skupić się na egzaminach. Wszystkim, którzy nadal chcą tu zaglądać, polecam archiwum i serdecznie pozdrawiam wiernych czytelników.
I zaznaczę, że nie lubię kłamstwa tak perfidnego, jak to, z którym się spotkałam. Dziękuję za uwagę, to tyle.

niedziela, 15 kwietnia 2012

13. (243)

Wszyscy pytają, czemu tak zbladłam. Pytało się rano łóżko, chwilę później zmartwione lustro, połamany stolik i uschnięta róża. Wszyscy pytali, czemu tak marnie wyglądam, czemu kąciki ust z dnia na dzień coraz bardziej opadają mi do dołu, jakby grawitacja była dla nich za trudną przeszkodą. Czemu oczy mi mdleją, dlaczego każde spojrzenie gaśnie po sekundzie. Czemu wstawiłam pancerne drzwi do serca i oszkliłam oczy?
Jestem tylko zmęczona, odpowiadam. Trochę za mało spałam, za mało jadłam, nie zmyłam makijażu. Tylko trochę mi słabo. Trochę brak mi magnezu. To przejdzie.
A potem płakałam. W kącie, bez światła i darłam się wniebogłosy, pytając, ile jeszcze można kłamać?! Ile jeszcze słów fałszywych przedrze się przez me spierzchnięte wargi?! Ile łez rozbiję cicho, klęcząc gdzieś w rogu podłogi....?
Przetarłam policzki chusteczką z ołowiu. Zakryłam ślady po umieraniu warstwą podkładu. Umyłam ząbki i nakleiłam uśmiech. Założyłam kolorowe szmaty, zakleiłam silikonem wszystkie rany. Poszłam żyć. Poszłam grzecznie pokazywać, jaka to jestem dziś szczęśliwa. Poszłam być radosnym dzieckiem, z masą wariactwa, z ogromem radości na wierzchu, a z śmiertelną chorobą pod szarą skórą. Z umieraniem wszczepionym jak czip. Z czystą esencją szaleństwa w rozpędzonym krwionośnym obiegu. Wszystko było tak, jak co dzień. Wszyscy ślepcy przeszli obok, o nic mnie nie podejrzewając. Wtopiłam się w ściany, wtopiłam się w powietrze. Gorzej, jeśli okaże się, że to nie moje zdolności maskowania, a przykry fakt, że po prostu już zniknęłam...
Pomazałam sufit krwią. Nikt mnie już tu nie polubi. Pokój tonie w snach i cieniach, nie zaproszę cię do środka. Chyba będę tutaj leżeć, aż zgniję i pokruszę się, rozłożę na dziurawym prześcieradle. Światło blaknie, bo się boi. Okno drży, a dachy mokną. Nie ma mnie. Nie ma. Nie ma, nie ma, nie ma, nie ma. Nie ma. Leżę sobie, leżę, przewalam po podłodze, jak stara ścierka gdzieś w szufladzie. Nie ma mnie i nie będzie. Abonent czasowo niedostępny.
A ja tylko chciałam wstać. Nie połamać wszystkie ręce, wszystkie nogi. Od kiedy moja głowa waży pół tony?


Without you I'm nothing.

sobota, 14 kwietnia 2012

12. (242)

A wszystko to przez tykającą, samodestrukcyjną  bombę, którą połknęłam parę lat temu na śniadanie w jeden z zimnych dni wczesnej wiosny. Wszystko przez tą naiwność, której oddałam się tak bezpowrotnie, bez rozumu, bez choćby odrobiny zdrowego rozsądku... Zatraciłam się. Chłonęłam wszystko i zasłaniałam oczy, by zakłócić granicę pomiędzy żartem a szaleństwem. Myślałam, że nawet Boga zdołam oszukać. Stałam się własnym panem i niewolnicą jednocześnie, swoją sponsorką i suką, matką i córką. I upadłam. Dynamit w żołądku zadrżał bojaźliwie, nie wiedząc, czy to już, czy teraz ma wystrzelać. Czy ma się rozsypać i połączyć z czystością powietrza na rzecz jednej, głupiej dziewczynki, dążącej do zatracenia, do nicości. Czas zrobił obrażoną minę i gnał z dnia na dzień coraz szybciej. A ja? A ja zostałam. Nostalgicznie czołgałam się po błocie dnia, każdego od nowa, każdego z coraz większym trudem. Słoność powiek i chowanie krwawiącego serca po kątach przeplatałam z nadludzką obojętnością do samej siebie, agonię mieszałam z pustką, przez którą nie chciało mi się nawet zmyć makijażu, która sprawiała, że nawet lustra krzywiły się na mój widok, na widok zszarzałej, marnej gałązki, łamanej nie raz przez silne dłonie i klejonej zmoczoną łzami taśmą. Czy tego chciałam? Czy tak miało wyglądać moje nowe życie?
To trwa do teraz. Rwę ze strachu zasłonki i chowam się pod kołdrą. Zdechłam.. Dawno temu. Sądzę, że nawet przegapiłam swój pogrzeb. Ale to chyba dobrze. Nie lubię patrzeć na zimny podmuch wiatru, zabierający nagle zwiędłe liście z ziemi i rzucający nimi niczym śmieciami. Nie chcę widzieć siebie w liściach. Mo grób jest całkiem przestronny. Wybudowali tu wiele betonowych bloków i brudnych od deszczu ulic. Mam paru kolegów, koleżanek trochę, ogólnie to się uśmiecham, macham im na powitanie. Czasami zamykam oczy, kładę głowę na drewnianą poduszkę, by zaraz zerwać się na dźwięk budzika. Do ust wędruje łyżka, druga, trzecia. Mam tutaj w trumnie swój prywatny świat. Mam parę okien i kilka wspomnień, i chyba wolałabym umrzeć normalnie. Sztuczność mojego śmiechu odbijanego echem od ścian zaczyna być nużąca.
I gdyby mieli zostać wszyscy ci, którym naprawdę zależy - zostałabym niemal zupełnie sama.
Już chyba wolałabym normalną trumnę.
Pod ziemią. I niech nawet zżerają mnie robaki. Zawsze to lepsze, niż pasożytnicze słowa wypalające duszę.


Szaleństwo włożyło nas do worka i wyrzuciło na poboczu.

środa, 11 kwietnia 2012

11. (241)

I może gdy już niebo się rozpadnie, będzie jakby inaczej, jakoś lepiej. Nie będzie do czego wzdychać, oczy nigdy więcej nie utopią się w błękicie. Może w końcu zacznę żyć, a nie bez końca i konkretnego powodu modlić się do gwiazd. Może pierwszym obrazem po gwałtownym wyrwaniu ze snu nie będzie płaczący księżyc, ale co tam... Trzeba w końcu się obudzić. Nakarmić ciało, oczyścić duszę, łyknąć placebo na dobry humor i iść, nie wiem, dokąd, iść, iść, kroczyć, nie upadać, nie upadać, iść... Niech już wszystkie chmury stąd odejdą, spakują bagaże i pozbierają anielskie piórka. Dziecięca wiara w watę cukrową wirującą po sklepieniu siedzi we mnie do tej pory, nie mogę jej z siebie wyrwać, kłamstwo mi zasmakowało.
Nie chcę wiary. W nic nie wierzę.
Zapisane kartki rozsypałam rano na podłodze. I usiadłam obok nich, łykając swoje łzy, oddychając beztlenowo. Wszystko wydaje się umyślnie przybijać mnie do własnego cienia. Sklejam się ze swoim niewyraźnym odbiciem w sklepowej witrynie, nie mogę oderwać od siebie kartek z nazwami wad i braków zalet. Coś jakby we mnie dziś umarło, coś naprawdę się wylało, potłukło, wysypało, chyba nie mam siły, by szukać krwawiącej rany, może po prostu będę czekać, aż zagoi się sama, póki nie zgnije ode mnie samej, od tego, czym dziś świat mnie zatruwa na każdym kroku. A jeśli już rozłożę się na części pierwsze, na pierwiastki marnej wartości i podrobione minerały, to chociaż nie płacz za mną, nie wzdychaj, nie tęsknij. Jeżeli rozsypię się na znak zjednoczenia z czarną ziemią, to tylko, proszę, nie szukaj mnie po kątach. Ja tylko chcę...
Nie chcę. Nic już nie chcę.
Cisza bywa bezlitosna. Nic nie obiecuję, czuję się gorzej, niż spalona trawa, nic nie obiecuję, nic, Jezus zamienił wodę w wino, ja nawet wody nie mam. Nic nie obiecuję, nic... Serce mi dysocjowało na parę ton udręki i miliardy unitów bezradności. Nie patrz na mnie. Nie patrz. Nie chcę widzieć w tobie żalu. Nic ci nie obiecywałam, mogę spać po wieczne czasy.
I tylko nie płacz po mnie, nie rycz. Wszystkie ludzkie gesty pogubiłam gdzieś wśród sekund. Staram się przypomnieć sobie barwy, wtłoczyć do uszu życiodajne słowa. Na nic. Pamięć mocno się uchlała, śpi na kacu w kącie głowy. Tylko nie płacz po mnie, skarbie. Nawet jak już niebo się rozpadnie, Bóg na pewno coś wymyśli. Trzeba być cholernym geniuszem, by już na Ziemi przygotować takie piekło.
I tylko nie płacz po mnie, nie rycz...


correlation sucks

wtorek, 10 kwietnia 2012

10. (240)

" Jestem sam. Sam tutaj i sam na świecie. Sam w sercu i sam w głowie. Sam wszędzie przez cały czas, od kiedy pamiętam. Sam w rodzinie, sam z przyjaciółmi, sam w Pokoju pełnym Ludzi. Sam, kiedy się budzę, sam każdego koszmarnego dnia, sam, kiedy wq końcu nadchodzi ciemność. Jestem sam na sam z przerażeniem. Sam na sam z przerażeniem.

Nie chcę być sam. Nigdy nie chciałem być sam. Kurewsko tego nienawidzę. Nienawidzę tego, że nie mam z kim porozmawiać, nienawidzę tego, że nie mam do kogo zadzwonić, nienawidzę tego, ze nie mam nikogo, kto potrzyma mnie za rękę, przytuli mnie, powie mi, ze wszystko będzie w porządku. Nienawidzę tego, że nie mam nikogo, z kim mógłbym dzielic nadzieje i marzenia, nienawidzę tego, że przestałem mieć nadzieje i marzenia, nie znoszę tego, że nie mam nikogo, kto powiedziałby mi, żebym się trzymał, że jeszcze kiedys je odnajdę. Nienawidzę tego, ze kiedy krzyczę, a krzycze jak opetany, to krzyczę w pustke. Nienawidzę tego, że nie ma nikogo, kto by usłyszał mój krzyk, i nie ma nikogo, kto pomógłby mi nauczyć się, jak przestać krzyczeć. "

Frey James


Czy jest inny powód, niż egoizm, przez który znowu odchodzisz?

9. (239)

W głowie dzieje się wiele. Tysiące słów, tysiące myśli, niezliczone ilości pytań i jeszcze mnóstwo innych nienazwanych zjawisk - ale nie wyrzutów sumienia. Oczy jakby otępiałe, serce zmęczone, denny i głupawy, zastygły uśmiech między policzkami. Cały świat wygląda, jakby obserwatorowi podano parę gram morfiny. Ale nie, to nie narkotyk. Okazuje się, że życie potrafi być tak natarczywym i źle dawkowanym środkiem, że stan narkozy staje się codziennością. Nic nas bardziej nie wprowadza w odrętwienie i letarg duszy, niż zimne noże rzeczywistości. Nic bardziej nie dziurawi własnego ego, niż te wszystkie przekleństwa, wszystkie paranoje, własne lęki, chore fobie, uciekanie przed prawdą, strach, strach, strach... Boję się. Boję się, że lecę, że spadam, że poddaję się, że kpi ze mnie nawet grawitacja. Oblewa mnie fala zimna, chwytają macki wątpliwości, a krew paruje, topiąc skórę. Coraz częściej dostrzegam w sobie nieznane rozbieżności, jakieś przebłyski wariactwa, sygnały z nieznanego świata w głowie. Obracam się wokół krzywo narysowanej osi, po swojej zaplamionej niejednokrotnie krwią i bólem orbicie. Wypadam z toru, toczę się, nawet teraz czuję podmuch przegranej na swojej zmęczonej twarzy.
Ja po prostu nie mam siły... Nie nadążam za sobą, ciągle walczę, choć dawno połamali mi wszystkie kości. Nie umiem sprostać sama sobie, potrzebuję kary, potrzebuję wybawienia, potrzebuję... Potrzebuję spokoju, zrozumienia i jeszcze raz spokoju. Chcę wyrwać się z tego wariactwa, nie chcę, chcę, nie chcę...
Tylko cisza. Odrobinę ciszy. Niech chociaż zdołam usłyszeć ściany, dowiedzieć się, czego chcą. Niech sama najpierw to zrozumiem.
Ciszy. Odrobinę ciszy.
Tylko cisza.


Feel the hollowness

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

8. (238)

Wszystkie niespełnione ptaki odleciały. A ja zostałam. Nie dali mi skrzydeł. Wyglądam przez okno z utęsknieniem, tak bardzo chciałabym odlecieć... Udawałam od lat. Od piekielnie długiego czasu potrafiłam wyimaginować śmiech, euforię, szczęście, zachwyt. Przy graniu swojego przeciwieństwa w dramacie życia bycie ptakiem jest trudne. Mogę także być słoniem, lwem i dzikiem. Ale nie ptakiem. Nie dali mi skrzydeł...
Wszyscy podobni do mnie uciekli pierwszym lepszym autostopem do krainy legalnego bólu. A ja nie. Mam za duży bagaż i odtrącającą minę, nikt nawet nie chce się zatrzymać. Plączę się, ryję nogami po szorstkim asfalcie i naprawdę, naprawdę chcę dojść do czegoś więcej, niż wygięty znak na poboczu z narysowanym pośpiesznie przez wandali męskim członkiem. Mogłabym biec, ale nie potrafię. Nogi dawno przestały mnie słuchać, tak jak i poszczególne fragmenty mózgu. 
Wszyscy wierni i niewierni przewodnicy oprowadzają nowe, ludzkie twarze. Ja słyszałam wszystkie opowieści parę razy - i nadal chcę więcej. Ale nikt nie zwraca na mnie uwagi, każdy rozpoznaje te zamglone oczy i ignoruje ich wołanie z przyzwyczajenia. A ja tak mało wiem na temat życia, tak mało piszą o tym w podręcznikach...
Zasypiam. W swojej własnej pustości i bezładzie, otulona płaszczem zimna i tęsknoty oraz z masą pytań wokół, pytań bez jednoznacznych odpowiedzi, bez SATYSFAKCJONUJĄCYCH odpowiedzi. Może to wszystko, co uznaję za sukces, to tylko ostatni błysk Słońca na pożegnanie. A co, jeśli staczam się, widząc barwy w wyniku rozdwojenia światła? A co, jeśli tylko ktoś zawiązał mi barwną chustę na powieki?
Krew zmieniła kierunek ruchu.
Dławię się...
Cały ten strach, wszystkie te wewnętrzne blokady nie do pokonania to po prostu lęk przed reakcją. Chora bojaźliwość: co powiedzą?, co pomyślą?, co zrobią?. Zatraciłam się w swoim strachu. Przestałam mówić w obawie o reakcję świata. Przestałam i nie wiem, czy kiedykolwiek znowu zacznę. Co zacznę? Bycie sobą.
Chciałabym wiedzieć, co tak naprawdę mi jest. Co trzyma mnie, co ciągle podstawia nogi, zakłóca obraz. Co, do cholery, siedzi mi w głowie, prócz setek sennych wizji, błędnych teorii i marzeń bez pokrycia?


Nieskończona ilość blizn psychicznych.

niedziela, 8 kwietnia 2012

7. (237)

Światło raziło tak, że nawet powieki stawały się błahą ochroną dla przekrwionych oczu. Wiatr szalał za oknem rozpędzonego auta, a ja udawałam, że śpię. Słuchawki w uszach drgały coraz mocniej pod rozkazem palca rytmicznie naciskającego przycisk, ale i tak mózg we współpracy ze zmysłami był w stanie przebić się przez wszystkie bariery, które sama postawiłam przed swoją marnością, oby tylko zasięgnąć słów, najeść się oszczerstw, przed którymi tak bardzo uciekałam... Wraz z każdą akcentowaną sylabą szybującą gdzieś w powietrzu coraz bardziej zaciskałam zęby, tak, że nawet w skroniach czułam swoją siłę i gniew, złość, nienawiść pulsującą szybciej, niż zmarkotniałe serce. Coś rwało się na strzępki, coś we mnie najzwyczajniej w świecie płonęło, coś jak igły przebijało na wylot wszystkie żyły, mięśnie i organy. Powstrzymywałam rozwścieczone łzy próbujące na siłę przebyć podróż po mojej zszarzałej twarzy, zaciskałam pięści, aż bielały kłykcie, aż wszystkie ścięgna napinały się do granic możliwości, aż nagle...  zniknęło. Mały, spokojny ludzik wszedł pomiędzy zwoje mózgu i rozpoczął kołysankę. Przecież to nie jest ważne... Przecież te wszystkie wylane potoki, wszystkie rozdygotania serca i uczucia silniejsze od trzęsień ziemi to idealny powód, by zacząć karmić się obojętnością... Zabij ich. Nie gniewem, nie uczuciami. Obojętnością.
Trans urwał się, urwały się splątane, wysyczane wyrazy. Świadomość gubiła się pośród zmieszanego ciśnienia. Sen? Jawa? Sen? Jawa...? Cokolwiek zdarzyło się pod moją wapienną czaszką, chcę temu ufać. Chcę mieć tą siłę, by śmiać się z ironicznym spojrzeniem w chwilach, które ongiś sprowadziłyby mnie do szeroko rozumianego parteru. Nikt nie będzie mi dyktował, co jest normalnością. Bo czym jest normalność? Niczym. Opcją wygodniejszą, szybszą albo od lat powielaną przez marionetki z pustymi oczami i zachłannymi rączkami. Normalność to to, co czyni nas ludźmi w stu procentach zgodnymi ze sobą. Moje własne szaleństwo okazać się może najlepszą (jedyną?) z zalet, cechą, która jest w stanie ochronić przed napływającą zewsząd presją ubraną w atrakcyjne zwroty i niepozorne zachęty. Może zmorzył mnie sen i zawładnął nie tą półkulą, którą powinien. A może stałam się choć odrobinę silniejsza. Może ta obojętność przestanie być jedynie marzeniem. I nie pieprz mi o wrażliwości. Każdy kamień był kiedyś poniewieranym ziarenkiem piasku, zalewanym nie raz przez koci mocz i niesionym bez pytania przez wiatr.
Przecież to nie jest ważne... Przecież te wszystkie wylane potoki, wszystkie rozdygotania serca i uczucia silniejsze od trzęsień ziemi to idealny powód, by zacząć karmić się obojętnością... Zabij ich. Nie gniewem, nie uczuciami. Obojętnością.



Obojętność.
O - b - o - j - ę - t - n - o - ś - ć.


jaram się, 24 obserwatorów, wielbię Was <3

sobota, 7 kwietnia 2012

6. (236)

Kochani czytelnicy!
Święta to podobno czas wyjątkowy (?), a więc również mój wpis będzie nieco odmienny. Przede wszystkim chcę życzyć każdemu, KAŻDEMU, kto kiedykolwiek zajrzał na mojego bloga, zostawił komentarz czy też pozostał tu na stałe jako czytelnik bądź obserwator (mam ich już 23 <3) ciepłych, radosnych chwil, ciepłych nie przez ładną pogodę, smaczne ciasto czy rodzinną atmosferę, ale przez to, co masz w Sobie, co cię uszlachetnia, przez Twoją własną wartość. Być może moje pojęcie na temat Wielkanocy jest nieco paranoiczne, ale, tak czy siak, nie interesują mnie wasze koszyczki z jajkami ani barszcz na stole. Święta to czas, w którym życie winno stać się darem, nie udręką. I tego Wam życzę: spełnienia, niech choć parę dni w roku pozwoli Wam poczuć się dobrze.
Teoria odbiega od praktyki - sama często tego doświadczam - to dobry czas, aby choć zacząć się starać.
Cóż, reasumując, chcę wam powiedzieć po prostu "Wiele dobrego na te kilka nadchodzących dni". Nie "wszystkiego najlepszego", nie czas na bajki. I przy tejże okazji naprawdę z całego serca dziękuję za prawie 6400 wyświetleń, niemal 50 komentarzy i 23 obserwatorów. Całuję Was gorąco, zachęcam do dalszego czytania i komentowania (nawet nie wiecie, ile radości czerpię z czyjejś opinii albo nawet komplementu pod postem...).
Pozdrawiam, Natalka ;)


Odszukaj nadziei w zwykłych słowach.

piątek, 6 kwietnia 2012

5. (235)

Tak bardzo bym chciała uciec... Wziąć wielką, mocarną, z lekka przykurzoną walizkę, wpakować w nią resztę drobnych, zardzewiałych monet o nominałach startych od użycia, poupychać kilka szarych ubrań, kilkadziesiąt książek z podniszczonymi okładkami i choć dwie pary butów na obcasie, zasunąć suwak z udawaną złością i wyjść przez drzwi frontowe, uważnie stawiając stopy na niepewnym gruncie. Chciałabym wciągnąć w nozdrza żużel wraz z powietrzem, ostatni raz mrugnąć pod władaniem wyższej dyktatury i trzasnąć drzwiami na znak swojego buntu, albo nawet tak bez powodu, aby cisza nie zadomowiła się na stałe w ramach mojego życia. Chciałabym pogasić wszystkie światła i zdmuchnąć na raz lśniące płomyki świeczek, tak, aby ciemność ogarnęła w mnie w ciągu jednej setnej sekundy, tak, abym topiła się w niej, abym nie mogła myśleć o niczym innym. Chcę porwać zasłonki i powybijać szyby, chcę zerwać podłogę aż do krwi z żywicy, chcę podkopać się pod piwnicę, tak bardzo chcę, oby tylko wyjść stąd, wyrwać się z własnego obłędu, uciec od rzeczywistości tak do bólu prawdziwej, tak do bólu raniącej. Ile bym dała za wolność, ileż byłabym w stanie za nią zapłacić... Bierzcie wszystkie książki, bierzcie kołdrę i poduszkę, zabierzcie nawet stare zdjęcia, dajcie mi tylko łyk jakiejś życiodajnej substancji, która przeniesie mnie do innego świata, gdzie bycie czyjąś własnością będzie oznaczało tylko i wyłącznie miłość.
Łamią się mosty, podupadają drogi, spadają samoloty. Kolory poszły umrzeć śmiercią dramatycznych ofiar morderstwa, a słońce na tą specjalną okazję wytworzyło sobie rękę, aby pokazać mi środkowy palec. Tak chyba ma być. Bóg tak sobie pewnie życzył. Pomyślał "a czemu to ja jeden mam cierpieć na krzyżu?".
Wszystko miało być inaczej. Czyżbym pomyliła strony różańca i modliła się od końca?
Czy te wszystkie słowa mówiłam za cicho?
Nie wysłuchałeś.


Forever lost.

czwartek, 5 kwietnia 2012

4. (234)

Musisz mi pomóc bo od
tygodnia pada deszcz
i powoli życie
mi się rozmywa

Musisz mi pomóc
bo czuję się jak Bóg
który przez sześć dni budował
świat i powstał wielki chaos

Musisz mi pomóc
bo wczoraj śmierć pytała
szatniarza w knajpie
co się ze mną stało

Musisz mi pomóc
dziś teraz już
bo jutro może być
za późno

3. (233)

Wzięłam do ręki swoje życie. Krótka tasiemka, porwana, wystrzępiona. Szukałam punktu, w którym umarło dzieciństwo. Szukam punktu, gdzie te wszystkie barwne jak tęcza myśli i kosmate plany na przyszłość umarły śmiercią mniej lub bardziej naturalną. Wszędzie obrazy, obrazy, dużo obrazów i znaki zapytania, ich jeszcze więcej. Dziecięce oczy bledły z czasem, bledły, gdy widziały pierwszy raz nie-miłość. Uszy więdły, gdy biegły do nich ostre słowa. Idiotko, suko, pieprzony bachorze, jesteś ZEREM! ZE-REM!... Nos chował się do wewnętrznej strony czaszki i ryglował się, jak tylko mógł, od zapachu zaschniętej krwi na wybitej szybie, od procentów wsiąkniętych w dywan, od odoru zgniłych łez przyklejonych do twarzy. Język wykrzywiał się i płakał, gdy kubki smakowe jadły suchy chleb przesiąknięty krzykiem, gdy każdy kęs opatrzony był masą przekleństw i spojrzeń. Ręce same chowały się do kieszeni bez większego zaproszenia, choć winny chronić ciało przed latającymi fotelami i telewizorem w trakcie spadania. Wszystkie sny umierały powoli, trzymane kurczowo uściskiem małego życia, które tak bardzo chciało się nie budzić. Księżyc zaglądał przez okno i widział, jak ściany krzywiły się szaleńczo, jak małe oczy zaciskano na siłę, oby tylko nie dostawać na śniadanie realności. Słońce biegało po firmamencie, a modlitwy układały się same, choć nikt specjalnie nie tłumaczył, do kogo trzeba je adresować. Kilkanaście kilogramów ze złożonymi rączkami klęczało na zimnej podłodze i jak nic i nikt inny na całym globie pokazywało czystość intencji, nieskażonej egoizmem, o treści często tej samej. I żeby nikt już w nocy nie płakał, chyba że ja, bo i tak zawsze płaczę...
A co, jeżeli nigdy nie byłam dzieckiem?
Oglądało się dużo bajek, robiło się babki z piasku, zapominało o myciu czarnych od ziemi stóp, właziło się na wszystkie drzewa, z poświęceniem paru drzazg noszonych w dłoni. Jadło się lody bez skojarzeń, a brudna koszulka nie była niczym wielkim.
Czy to ja tak bardzo umarłam, czy coś mnie obudziło?
Przyszli. Wzięli mnie za ręce, szarpnęli. Powiedzieli, że echo nie jest moim przyjacielem. Że to tylko dźwięk odbija się od przeszkód na swej drodze. Że nie ma większej i mniejszej połowy, że chmury to wcale nie wata cukrowa, że babie lato to tylko pajęcze nici, a każda czterolistna kończyna to zwykła zmutowana trzylistna. Że Wieczorynka z dnia na dzień jest co raz krótsza, bo ojciec musi obejrzeć mecz albo skoki. I dzieci nie przynosi bocian, a pies wcale mnie nie rozumie.
Wyrwali mi serce. Poszli.


Aby tylko zabić świadomość...

2. (232)

Wlewam od dawna już zimną kawę z mlekiem do poprzepalanej krtani. Czas patrzy na mnie i rzuca amunicją z pozlepianych krwią kartek kalendarza. Wielka Sobota, Wielka Niedziela, Wielki Tydzień, Wielka Pustka... Wszystko nagle po prostu spłonęło, szczątki planów w postaci popiołu zwinnym krokiem wdarły się pod powieki, kują mnie swoimi ostrymi rogami nadziei. Mózg przelewa się w głowie, odbija z charakterystycznym dźwiękiem od ścian popękanej czaszki. Wszystkie igły, szpilki i noże idą w moją stronę. Wszystkie oczy podchodzą krwią i niszczą mnie odbijanym światłem ukrytego pod chmurami słońca. Osacza mnie nieopisana chęć zniszczenia. Plączę się w mackach powietrza. Oddycham, jakby to było całkiem coś nowego, jakby powietrze pierwszy raz odwiedziło moje brudne wnętrze. Mięśnie drgają, szybują wbrew grawitacji, kołacząc się w swojej własnej strukturze białkowej. Kwas ścieka z ran, zalewa podłogę, unosi się dym podrażniający wszystkie błony i warstwy skóry. Czuję to. Czuję. Czuję?
Ziemia przesuwa się pode mną, jej też wstyd, nie chce mnie dotykać, nie chce się zarazić, nie chce przypominać kogoś tak rozbitego. Wszystkie motyle, jaskółki i dżdżownice poszły żyć sobie gdzie indziej. Trawa przebija się po drugiej stronie globu. Nie wszystkie cuda są dobre. Do nosa wpełza zapach spalonej skóry. Światło rozciąga się w obrazie sepii. Wszystkie skurcze serca machają mi na dobranoc. A ja nie chcę spać, lubiłam przecież spacerować w deszczu z aniołami, lubiłam tarzać się w szczęściu, lubiłam od czasu do czasu płakać z radości, a niżeli oglądać przepaści własnej nieidealności. Gdzie to wszystko odeszło?
Pada, pada, coś skapuje z nieba, coś się Bogu niechcący wylało, bo nie wierzę, że płacze nade mną jak nad zagubioną owieczką. Ale Bóg dziś z Tobą nie porozmawia. Ma wizytę u psychologa.
Jak to jest patrzeć na wielką, czarną, przeraźliwą bestię o sześciu miliardach rąk i dwunastu miliardach oczu, która sama siebie powoli zjada? Albo, co gorsza, jak patrzeć na stwora, którego się stworzyło ongiś, jako nieskazitelny kwiat o barwie muślinowej? Boże, chyba jednak ciężko być Tobą.
A ja tylko chciałam nie czuć. Nic więcej.


Czekanie staje się zabójstwem.

wtorek, 3 kwietnia 2012

1. (231)

Falująca tafla powietrza odbijała się od mojej mokrej twarzy. Czas lewitował nad słoną podłogą z plamami po tuszu do rzęs. Szybkimi ruchami powiek rysowałam wzorki na szarym obrazie rzeczywistości. Byłam. Choć nic konkretnego z tego nie wynikało. Byłam i powoli spadałam, jakby z własnej woli, choć wciąż z tęsknym westchnieniem w kierunku światła. Tak bardzo chciałam przerwać passę upadania, tak bardzo wspinałam się po szklanych ścianach pionowego tunelu, tak bardzo gubiłam się w sobie, drapiąc plecy i zrywając skórę z policzków. Wykręcało mi ciało, łzy toczyły się w niedozwolonej prędkości, pękały żyły, krew lała się, lała, lała, wiła, rysowała wzory na przemarzniętej skórze, lała, płynęła, wyżerała i zostawiała po sobie wesołe ślady, ornamenty cenniejsze i trwalsze od wspomnień. Jakby cała boska nienawiść została zesłana właśnie na mnie, właśnie na ten pusty kawałek przestrzeni, bez wartości i ceny, bez wagi i wzrostu, bez czegokolwiek, co ma miarę, co ma znaczenie. Motyle pukały do szyb, światło żarówki mrugało nieregularnie, wołając o pomoc, o uwolnienie pierwiastka rtęci z wiecznej pułapki. A ja nic. Trwałam. Choć nikogo to nie obchodziło. Trwałam, a tak bardzo chciałabym nie trwać, tylko usnąć w rytm spadających gwiazd, co raz poruszając ustami i podnosząc niechętnie klatkę piersiową, aby powietrze się nie gniewało i nie chowało po kątach. Wirowanie w głowie. Wirowanie. Lęk. Jeden, dwa, trzy, cztery... sto, dwieście, tysiąc, milion. Setki słów, robaki w dłoni, wulkan w szklanym opakowaniu w drugiej. Lęk, lęk, lęk. Szepczące ściany, wiecznie coś mówią, tylko ja je słyszę, tylko do mnie mówią, tylko ja CHCĘ ich słuchać. Sufit całuje się z podłogą, nie chcę, nie chcę, nie chcę...
Sześć.
Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć. Sześć.
Cisza.
Ściany milczą. Sufit nie wariuje. Słoność znikła. Wargi nie drżą. Okna nadal są przezroczyste. Światło razi w oczy. Cisza.
Nie ma mnie.
Już sama nie wiem, co gorsze. Zabijanie realności, czy przeraźliwa głębia myśli, otchłań zatracenia w emocjach. Już sama nie wiem, czy nawet mam wybór. Po prostu wyciągam suche rączki, wkładam pod język i szukam punktu szaleństwa. Uśmiecham się i tak bardzo chcę po prostu wypluć z siebie wszelką sztuczność. Chcę wyrzygać całe to bagno, jakim truję się, by przetrwać. Nigdy świadomość nie paliła tak bardzo.


Cisza.

wtorek, 27 marca 2012

15. (230)

Cisza przeistacza się w świadomość. Świadomość w odmienny tok myślenia. A czas towarzyszy pędzącemu wirowi myśli, jakby nagle stał się tylko widzem, a nie, jak zawsze źle podpowiadającym dublerem. Z minuty na minutę zmian w powietrzu jest coraz więcej, cząsteczki tlenu wypierane są przez słowa, a dwutlenek węgla wyskakujący z moich płuc przestał być tylko resztą istnienia. Patrzę na mój świat z lekkim zdziwieniem wpisanym w źrenice, przygryzając usta i drapiąc się po szyi. Nie wszystko rozumiem, zmiany są prażącym słońcem w środku zimy, w środku człowieka, który mówił, myślał i twierdził, że już nigdy się nie zmienił, bo stwardniał zbyt mocno. Okazuje się, że wcale nie stwardniałam. Po prostu zlodowaciałam zewnętrznie, przyjmując każdy ból z niezłomną miną, lecz oblewając potokami łez każdą szramę na gładkiej powierzchni martwej wody. Z zaciskaniem pięści wsłuchiwałam się w piskliwy odgłos rysowania powierzchni mojej duszy, znosząc to, sama nie wiem, jak. Właściwie wszystko da się znieść. Mimo tego krzyczenia "nie dam rady", "nie wytrzymam tego dłużej". Człowiek zawsze wytrzymuje, ze względu na ten kawał mięsa po lewej stronie płuc, który nigdy nie przerywa bicia. Chyba, że umiera. Tylko śmierć jest w stanie złamać człowieka doszczętnie - bo ona nawet nie daje szansy na powstanie. Każda rzucona na plecy deska, każdy upadek pod ciężarem betonowego bloku jest nie tylko cierpieniem, ale też odpoczywaniem, choć tak ciężkim do zauważenia. Odpoczywaniem, które potęguje w komórkach siłę do postawienia kolejnego kroku.
Bo to wszystko to po prostu kwestia czasu. Moment spadający w otchłań przeszłości, obijający się o ściany studni wspomnień. To tylko przeszłość. A ty masz przed sobą drogę. Skup się i idź do celu.
Miej ideał - ale nie bądź idealistą.


Can you make life better? If yes, just do this.

poniedziałek, 26 marca 2012

14. (229)

I stało się jaśniej. Wszelkie pytania uciekły w popłochu, przerażone nieludzkim blaskiem, a odpowiedzi przestały wplątywać się w niezrozumiałe słowa.Nie trzeba było wiele, tylko tych parę tysięcy słów, kilkaset gestów i dziesiątki uśmiechów. Dusza wraz z każdym z tych znaków pojawiającym się w blasku przytłumionej nocą latarni uspokajała się, jak małe dziecko przy dźwiękach kołysanki śpiewanej przez kochającą matkę. Łzy same sobie przyznały, że nie powinny jeszcze się rodzić, zwłaszcza gdy ich zalążkiem nie było szczęście. A serce? Bije. Spokojniej. Ciszej i mniej natarczywie. Jak za odjęciem ręki wszystkie objawy chorobliwego lęku przed światem zniknęły. Nie wiem, do kiedy będzie to trwać. Na pewno nie na zawsze. Ale to nie na tym polega patrzenie w przyszłość, by nieustannie wszystko wyliczać, notować i panikować, gdy koniec zbliża się nieubłaganie. Patrzenie w przyszłość to traktowanie wszelkiego zła jako przerywnik, którego celem jest jedynie pokazanie, jak wiele już masz. Aby to ujrzeć, wystarczy wyjść ze swojej własnej, nowej wiary o dziwnej nazwie nicmnienieobchodyzm - i spojrzeć na świat inaczej. Skupić się nie na drodze, lecz na zarysowanym w kartach kalendarza celu, nie na czasie, a na uczuciach. Bo życie to wcale nie bagno. Tylko równa, prosta droga, przysypana najbardziej, jak się da ludzkimi wadami, złem i nienawiścią. Droga, przez którą da się przejść, jeżeli się wie, jak stawiać kroki i gdzie patrzeć. Nie cały czas do tyłu - wówczas znika to, co być może jest drogowskazem. Nie wciąż przed siebie - wtedy można potknąć się o teraźniejszość. By umieć chodzić po labiryncie egzystencji, trzeba patrzyć przed siebie, pod siebie i co jakiś czas za siebie - aby "teraz" kształtować na swoje własne "jutro", bez błędów z "wczoraj".
Łatwe?
Łatwe.
O ile jeszcze wiesz, czym jest twoje "teraz". O ile całkiem nie zgubiłeś się w wartościach, a na oczach nie masz wizji zabitego siebie.
Łatwe? Nie. No ale czy po przejściu pięciu metrów po ulicy czujesz jakąkolwiek satysfakcję?...


czwartek, 22 marca 2012

13. (228)

Ktoś przyszedł w nocy, wziął mnie w silne ramiona i włożył do nagrzanego piekarnika. Wysuszyłam się z emocji. Obudziłam się kompletnie powykręcana i sama sobie nieznana. Nawet nie czułam bólu. Tylko ten strach, że nie jestem sobą, że coś zmieniło się podczas ciemności za oknem. Ugotowano mi duszę we krwi rozgrzanej do dwustu dwudziestu stopni Celsjusza. Upieczono serce. I pozornie nadal żyję, choć przecież nigdy nie do końca. Skłonność do umierania mam w sobie od dawna, do umierania kulturalnego, na piątym schodku i ósmym piętrze. Przy zachodzie słońca i nad ranem. Na środku drogi, w tłumie, wewnątrz, niepozornie. I wszystko zaczyna się z niczego. Tak, jakby cały świat po prostu był idealnym powodem. Jakbym to nie ja decydowała. Jakby mój życiorys był w rękach bezlitosnej bestii, która nawet nie słyszała o litości. Intensywność tęsknoty zaczyna wypierać z płuc powietrze. Żyłami płynie popiół. Stoję prosto, patrzę przed siebie tępym wzrokiem. Twarz smaga mi porywisty wiatr nadziei splamiony wyobrażeniami o niemożliwym. Próbuję się modlić, ale mój głos się ulatnia, wplątuje w strumień tlenu, azotu i zła. Staję po raz kolejny przed ścianą, na której wisi ledwo widoczny obraz Najwyższego i czekam. Aż miłosierdzie przyjdzie znowu. Samo. Cienie suną po podłodze. Czekanie z każdą sekundą wyzbywa się okrucha sensu. Wszelkie wartości rozbijam z hukiem o podłogę i chcę czym prędzej zapomnieć o człowieku, którym się stałam. Nie potrafię nawet krzyczeć. Zgubiłam moment, w którym sama z siebie zrobiłam wariatkę z mocno zarysowaną psychiką. Zgubiłam wszelkie słowa, głowa pusta, mózg próżniowy, serce sproszkowane, usmażone, nie moje.
Ktoś przyszedł w nocy i zaraził mnie. Straciłam radość z wyczekiwania cudów. Liczę, że to się zmieni, nim choroba zeżre całe ciało, każdą komórkę, każdy atom, każdy unit mojej egzystencjalnej postury. Próbuję się otrząsnąć, lecz to tylko jeszcze bardziej mnie kruszy. Nie mam sił, a może tylko tak mi się wydaje. Może je mam, ale nie doceniam. Może trzeba mi Anioła, co jednym słowem wyrwanym z kącika ust obudzi zaspane serce.
Ja już nic nie chcę. Prócz lekkości.
Nic więcej.


Nie mam recepty na szczęście.

wtorek, 20 marca 2012

12. (227)

Słowa tkwiły w gardle i nie mogły go opuścić. Łzy krążyły gdzieś w okolicach oczu, ale żadna ludzka siła nie pozwoliła im się wydostać na zewnątrz. Towarzyszyły mi w ciszy, jakby tylko dając mi do zrozumienia swoim przypływem, że winnam była czuć się źle. Zerwałam w końcu ze swoją przeszłością - przynajmniej w jakimś stopniu. A jednak... czuję się dobrze. Mam w sobie dużo ulgi zmieszanej z dziwnymi myślami, które kryją w sobie nieznaną mi od dawna pozytywną nutę. Czasami po prostu trzeba się obudzić i nie myśleć o śnie. Teraz to przyszłość widnieje przed oczami. Wspomnienia przecież nie są od tego, by stale je analizować, usiłować cofnąć czas, tęsknić za nimi. Są po to, by tworzyć tło dla tego, co dzieje się teraz, co staje się naszą rzeczywistością. Zasadniczo, moment, w którym stajemy się jedynie wiecznie kalkulującymi wszystko maszynami z tendencją do studiowania życiorysów to ten ułamek sekundy, gdy przez zwoje mózgowe przemknie myśl, że najlepszy czas minął, nie wróci. To wtedy jakby mimowolnie przeszłość wypiera racjonalność, pchając się pod powieki. Smutek nie chce pokazać prawdy. A prawda jest taka, że najlepszy czas to właśnie ten, w którym czujemy się szczęśliwi. Nie na zawsze - szczęście nie jest pogodą, tylko jednym  jej składników, słońcem, które prędzej czy później wybuchnie swym żarem. A gdzie indziej szukać szczęścia, jak nie w ludziach, uskrzydlonych, wiernych, czułych? Kwestią, która dzieli cię od własnego dobra jesteś tylko Ty - osoba, która na siłę pragnie tkwić w tym bagnie, jednocześnie nienawidząc go z całych swych sił. Mały, ukryty pod warstwą blefu człowieczek, który potrafi obliczać objętość szcześcianu i pisać zdania współrzędne, a nie umie dać sobie szansy na bycie sobą. Bo się boi. Ludzi, zmian, nowości i swojej wyjątkowości. Boi się do tego stopnia, iż zrobił z siebie klona, marionetkę, aby tylko pozostać w cieniu.
A wiesz co?
W cieniu nigdy nie zaświeci słońce.
Wstań. Wstań, nawet jeśli śledzi cię kilkadziesiąt świdrujących i wypalających skórę spojrzeń. Nawet jeśli rzucą w ciebie kamieniami, to nie poddawaj się. Zrozum w końcu: to, jak teraz żyjesz jest tylko wegetacją, walką o przetrwanie. Jeżeli będziesz człapać przez egzystencję, wpatrując się w ziemię, nigdy nie ujrzysz tego, co daje siłę nawet, gdy walą się mury i pękają sklepienia. Nigdy nie znajdziesz swojego szczęścia, obsypanego anielskim puchem i prawdą.


Patrz w przyszłość.

poniedziałek, 19 marca 2012

11. (226)

Może te wszystkie gwiazdy na niebie są dziś właśnie po to, by rozjaśniać nasze jaźnie. By noc stała się nie tylko czasem przeznaczonym na bezkresne wzdychanie i przewracanie się z boku na bok, ale też na myślenie, po którym sączy się nadzieja, a nie ciemność. I choć moja, często 4-5 godzinna faza mdlejącego pesymizmu z mrokiem za szybą często bywa męką, to nie dziś. Serce bije lekko. Pozwoli zmrużyć oczy z uśmiechem. I to nie tak, że wszystkie kujące w serce słowa, wydarzenia, ludzie i rzeczy rozpłynęły się na wietrze. Czasami wystarczy parę słów, aby człowiek zdał sobie sprawę, iż te wszystkie gnące, ściągające do parteru i duszące za szyję sprawy są po prostu mocno powiększone przez niewidzialną lupę przyklejaną do oczy przez nas samych.
Nadszedł dobry czas, by okręcić się, zlustrować uważnie wzrokiem przywiązane do mnie kule z żelazna i kłamstwa, a następnie niewymagającym zbyt wielkiego wysiłku ruchem oderwać od siebie łańcuchy, które, jak się okazuje, wcale nie są twarde i niezłomne, zardzewiały już dawno, gdy szczerość krzyknęła adiou, a zaufanie postanowiło zafundować sobie kulkę. Cała trudność nie polega w zamykaniu pewnych rozdziałów, tylko w drążącej sumienie świadomości straty. Straty wielu chwil owianych wiosennym wiatrem. Momentów falujących od śmiechu płuc, lecz też drgających warg polanych strużkami łez. Strata mija, gdy po długich rozmyślaniach przed oczy wskakują litery i tworzą na powiekach krótki, acz do bólu prawdziwy napis: to nigdy nie było prawdziwe... A nawet jeśli gdzieś w zakamarkach relacji rodziło się ziarenko prawdy, to szybko tłumione było przez nagminny lęk, że nagle wszystko runie pod ciężarem odkrytych blizn, jeszcze ze śladami bezlitosnego życia. Teraz... Nie ma już nic. Prócz strzępek uczuć i anielich piór. Ulga. Wewnątrz mnie ulga. Cokolwiek to jest, egoizm, znieczulica, czy choćby poczucie rozprostowania kart przeszłości - jest mi dobrze. Mogę być niczym, ale i tak jest mi dobrze. Lęk roztopił się. Serce żarzy. Żyły tłoczą nadzieję. Usnę. Anioł wiernie będzie w moich snach, w podświadomości. Walcie się, góry, opadajcie, strome wzgórza. Usnę o tonę lżejsza. Bez łez. Bez strachu. Bez pytań i pustki w odpowiedzi. To prawda jest odpowiedzią. Prawda.
Prawda.


Nie ma dużo czasu...

czwartek, 15 marca 2012

10. (225)

Czy kiedyś nadejdzie taki czas, że za oknem w ciągu dnia zawsze będzie słońce, a noc co dwanaście godzin rozbłyskać będzie morzem gwiazd? Czy kiedykolwiek budzona będę przez swój własny uśmiech na twarzy i co raz napędzana do działania wiarą w siebie? Czy kiedykolwiek będzie mi tak cudownie, że nie będę nawet skazana na wieczorne, rytualne marzenie o rzeczach, ludziach i stanach, które mają mikre szanse na zaistnienie w moim życie na stałe? Czy będę miała w swoim życiu obok siebie tych, których kocham? Czy odszukam drogę, na której nie będzie łez? Czy będę potrafiła znaleźć w sobie siłę...?
Gdybym miała wymienić swoje atuty, zapewne zamilkłabym i spuściła ze wstydem głowę, mimowolnie napędzając do policzków krwi. Co prawda każdy w jakiś sposób przy ocenie siebie nie jest obiektywny, bo widzi siebie inaczej niż cała reszta świata. A ja nie mam za bardzo czego w sobie doceniać. Po prostu nie mam... Nie widzę zbyt wielu zalet, a nawet jeśli już coś znajdę, to bardzo szybko przekształcam to w wadę. Wszystko prędzej czy później mój przemądrzały mózg ujawnia swoje zdradzieckie moce i w okamgnieniu każdą pozytywną myśl przedstawia w negatywie, w barwach czarnych i tylko czarnych. Być może jestem na to skazana. Na wieczne udziwnianie, wyolbrzymianie i pogarszanie. A wszystko tylko po to, by sobie troszkę pocierpieć. Bo nie ma przecież na świecie wspanialszej alternatywy spędzania wolnego czasu, niż zalewanie się potokiem żalu, niż krzyczenie dyskretniejsze od pierwotnej w swoim istnieniu ciszy, niż walka z samym sobą o lepsze jutro, niż oczy błądzące od czerwonych plam do drżących rąk, niż chowanie się w klatce z kości, wylewanie uczuć, umieranie, umieranie, umieranie....
Przywykłam do własnej psychiczności i miłowania złej strony mocy. A jednak jest coś wewnątrz człowieka, co podpowiada mu, że to wcale nie jet dobre, że są lepsze wyjścia, niż zatracanie się w tęsknocie za dziecinnym smakiem beztroski. Nazywaj to jak chcesz, nadzieja, rozsądek, sentyment, wiara... W gruncie rzeczy wszystko i tak sprowadza się do jednego. Do strachu. Przed sobą - a zwłaszcza - przed światem. Byłoby nam o wiele prościej, gdyby wszyscy ci wrażliwcy chowający się po kątach i noszący plastikowy uśmiech w kieszeni nagle przestaliby patrzeć na to, co inni myślą, mówią i robią. Lecz nic z tego. Tak podobno ma być. Bóg stworzył harmonię. Lepszych i gorszych. Patrzy z góry i myśli zapewne "Jestem genialny". Nikt staruszkowi nie powiedział, że  1+(-1)=0 to wcale nie jest sprawiedliwość, tylko ratowanie chorych perspektywą, że są jeszcze ci zdrowi.


Ciągle przeciw sobie.

środa, 14 marca 2012

9. (224)

Przez biliony cząsteczek powietrza przebija się dźwięk dochodzący z radia, gdzieś za drzwiami i dociera do mojego ucha. Grzeszczak drze się z nadnaturalnym brzmieniem w wysokich rejestrach.Optymistycznie rozkazuje światu, Cie szmy się z ma łych rze czy, bo wzór na szczęś cie w nim za pi sa ny je est. Biedna, albo ma kiepskiego autora tekstów albo po prostu wlała w siebie zbyt dużo trunków dających efekt specyficznej plątaniny języka i nadto optymistycznego spojrzenia na życie. Przecież cała istota życia polega nie na wiecznym cieszeniu się, ale na obcowaniu z sobą, na byciu zawsze tą samą osobą, bez udawania, bez gry, bez czegokolwiek, co jest obce. Prawdziwym szczęśliwcem jest nie ten, kto widzi we wszystkim krople radości, a ten, co jest bardziej swoim własnym cieniem, niż samym sobą, ten, co godzi się na wszystko, na każde łzy, na każdą euforię, na każdy ból, na wszelkie pomyślności losu. Ktoś, kto nie szuka trudności i wszystkie bierze, po prostu. Żyje. Ze świadomością, że zawsze będzie lepiej, bo przecież wszystko jest tylko stanem prowadzącym do czegoś nowego. To przyszłość winna być sensem istnienia. Nie przeszłość, nie wciąż na nowo rozkładane kartki papieru z zapiskami w czasie przeszłym, nie teraźniejszość, chwila ułomna i tylko momentami warta uwagi.
Przyszłość. 
A szczęście? Jest podobno tylko własnym, indywidualnym dla każdego z nas wyobrażeniem o świecie bez zmartwień, który prędzej czy później stałby się normalnością nie do strawienia, jak teraz dla wielu wieczny ból. Dlatego nie chcę szczęścia na wieki wieków. Chcę też tego, co czasami nie pozwala mi zamknąć powiek i przykryć warstwą czerni wiecznie piekące oczy. Chcę stanów i sytuacji, które pozwolą mi docenić anielskie pióra spadające na moje dłonie. 
Zresztą, nie wiem nawet, czy po tylu latach potrafiłabym raz na zawsze pożegnać się z cierpieniem. Jestem od niego uzależniona. Przywiązana niewidzialną nicią głupoty i nadziei na uszlachetniające działanie rozpaczy. Tymczasem odbicie w lustrze tylko coraz bardziej szarzeje...


Umiejętność pogodzenia się z losem jest jeszcze trudniejsza, 
niż walka o własny przebieg wydarzeń.

wtorek, 13 marca 2012

8. (223)

To nie jest dobry czas. Dobra czas dopiero nadejdzie. Dopiero rysuje się w przyszłości. Teraz wcale nie jest kolorowo. Wyprana z uczuć i chęci, pobłażliwie lustruję wzrokiem ekran monitora, rażąco jasny. Nie umiem określić, co jest we mnie w danej chwili. Cokolwiek siedzi pod warstwą skóry, nie jest uczuciem ani rytmem serca. Może to tylko próżnia, efekt powracający od dłuższego czasu po burzy w kącie pokoju z czerwonymi błyskawicami. Może to ukochany przeze mnie stan nicnieczucia. Stan, w którym ja uwielbiałam trwać i niszczyć swoje szanse. W którym potrafiłam pogodzić się z każdym cierpieniem, z każdą porażką i każdą słabością. Chodząc z opaską na oczach miałam się za bystrą i czujną. Mając zapchane watą uszy słyszałam wszystkie te obelgi i zelżywości. Zakneblowanymi ustami poruszałam w rytm słów, krzycząc i szepcząc na zmianę o tym, jak źle i ciemno jest w moim zakrwawionym głupotą świecie. Właściwie wszystko nadal jest we mnie. Psychika skażona urojeniami o szczęściu. I znalazłam sobie swoje małe szczęście. Znalazłam je i uznałam za idealne. Szkoda, że dopiero aniołowie z wysokości pokazali mi, co jest naprawdę ważne. Ale do końca życia będzie za późno. Nigdy nie oderwę od swojej duszy kawałków umierania. Jednak to nie to jest najcięższe, tylko ta świadomość, że sama skazałam się widziane w podczerwieni myśli, na życie na czerwonej linii marginesu, na gnicie wewnętrzne przy krwistym blasku słońca i ciemności nocy z oknami przesłonionymi karminowym materiałem. Tego już nikt nie wykreśli z mojego życiorysu. Skóra lśni nieznanym blaskiem, a ja sama nie wiem, czy żałuję, choć powinnam. W głowie trwa właśnie rewolucja, albo prędzej wojna, toczona pomiędzy sercem a rozumem od nie wiem, jak dawna. Te dni, chowane w kieszeni, gdy nikt nie patrzy. To nawet nie jest moja prywatna klęska. To przekleństwo, która co raz, wraz z pełnią księżyca wraca i kusi mnie przeraźliwie, syczącym językiem metalu. I ja nie umiem nie słuchać. Coś blokuje moje sumienie, zębatki przestają pracować i odliczać sekundy...
Być może pragnę bólu i rozpaczy bardziej niż radości, bo nigdy nie dane mi było nauczyć się żyć poza własnymi ramami strachu.


Nie ma zdrowych uczuć, jeśli myśli są chore.

poniedziałek, 12 marca 2012

7. (222)

Nie jestem silna. Choć uśmiechem starałam się przezwyciężyć to, co sprawiało mi cierpienie, to i tak jestem tylko sobą i nawet prawdziwe chęci nie są w stanie zdusić mojej pesymistyczno-realistycznej natury. Wszelkie próby przezwyciężenia samej siebie i chorobliwej manii wyolbrzymiania kończą się jedynie gorzkim smakiem rozczarowania, i świadomością, że nawet praca nad wadami nie jest w stanie zmienić mnie w innego człowieka. Chyba czas pogodzić się ze swoim odbiciem w lustrze, ze swoim niezrozumiałym i kompletnie poplątanym postrzeganiem świata i wszystkim tym, co nie ma nazwy, a zmusza mnie do cierpienia z własnej i nieprzymuszonej woli. Pytanie tylko: jak to zrobić? Jak od tak przestać bać się samej siebie? Jak tchnąć w swoje serce trochę wiary i nadziei innej, niż tak ostateczna, wyrażana krótkim "dacie mi siłę"? Jak raz na zawsze wyrwać się z tego bagna, z kręgu błędów i naciągnięć rzeczywistości, z oceanu bezradności i niewypowiedzianych marzeń? Jak?
Dużo łatwiej pytać, niżeli odpowiadać.
Wyobraziłam sobie świat, w którym śmiechem tłumię wszelkie łzy. W którym krótkim podniesieniem kącików ust zmieniam własne uczucia. Co więcej, śmiałam sądzić, iż w istocie, każdy jest w stanie być parę chwil uśmiechniętym, pogodnym człowiekiem. I miałam rację. Parę chwil. Ale nie więcej. Nie zawsze. Nie na wieczność. Słońce prędzej czy później zachodzi, a od ciemności już nie da się uciec, nawet mimo cichego szmeru lśniącej żarówki. Natura człowieka jest słaba, ale potrafi przebić się przez warstwy sztuczności. Prawda bywa lepszą bronią, niż wszelkie wymysły cywilizacji. Nie da się uwolnić od swojej duszy. Od lęków. Od słabości. Można jedynie snuć błędne złudzenia. A tak naprawdę wszyscy jesteśmy słabi. Z tą różnicą, że jedni z nas na rozdrażnienie ran reagują atakiem, a inni milczeniem. Sama nie wiem, za co Bóg umieścił mnie w tej drugiej grupie. Może wbiłam zbyt wiele gwoździ.


Samotność to najgorszy ze sposobów umierania.

czwartek, 8 marca 2012

6. (221)

Mając za sobą parę doświadczeń, nauczyłam się już, że po każdym uczuciu, cierpieniu czy porażce zostaje w nas masa pyłu, okruchów, strzępów ciała spalonego przez ból. Właściwie na świecie nie ma niczego prócz śmierci, co byłoby w stanie oczyścić człowieka ze wspomnień i zetrzeć ze skóry blizny zadawane przez świat. Nawet gdy coś się kończy, to w rzeczywistości trwa w nas dalej pod postacią sentymentów. One są groźniejsze, niż się wydaje. Należy pielęgnować każde z nich ze szczególną troską. Nikt nie wie, kiedy z żarzącego się węgielka powstanie wielki pożar. A przecież wystarczy tak niewiele. Wiosenny, fałszywy powiew przereklamowanego optymizmu i lekki uśmiech niesiony wraz z chmarą ptaków powietrznymi drogami. A ja zawsze będę już tą, którą najlepiej opisuje się słowem "naiwna". Zawsze będzie we mnie wiele pozornie wygaszonych wspomnień, które tylko czekają, aż szczęście się uśmiechnie - no ale przecież co mnie tam obchodzi, że to po prostu uśmiech pogardy i lekceważenia... Ja przecież zawsze jestem mądrzejsza od samej siebie, ja wiem lepiej niż sumienie, lepiej niż rozsądek, lepiej niż wszyscy mędrcy świata razem wzięci. Mimo wstrętu, jaki wpełza na moją twarz przy każdorazowym spojrzeniu w lustro, to i tak mam w sobie za dużo egoizmu, niepoprawnego i pierwszorzędnego egoizmu, który każde mi twierdzić, że tylko ja mogę zrobić coś dobrze, że tylko ja wiem, co dla mnie dobre, że tylko ja panuję nad swoim życiem, i nie, do cholery, wcale nie jest mi specjalnie ciężko,a te kropelki rosy na twarzy to po prostu efekt uboczny nadmiaru pozytywizmu... Kiepsko kłamię, jeszcze gorzej rozpoznaję kłamstwa. Ale co tam, przecież w gruncie rzeczy lubię ból. Gdybym nie lubiła, to nie pozwalałabym, aby zajmował niemal każdy wieczór, zasłaniał wpadające przez okno światło poranka, malował wszystko na buro-szaro-czarno.
I już sama nie wiem, kto jest mną, a kto dla mnie. Już sama nie wiem, kim steruję i co jest prawdą w najczystszej postaci. Słowa tracą na mocy, gesty są odruchem pustym i automatycznym. I pozostaje jedno pytanie. To ja zobojętniałam, czy inni?
Może nigdy tak naprawdę nie byłam wrażliwa, tylko głupia i chora. Chora na życie. Defekt zepsutego dzieciństwa i paranoi zamiast mózgu. Aż chce się żyć, wejdź, Kostucho, rozgość się. Widzisz, jak mi na tej ziemi dobrze?


Te bezsenne noce,
kiedy Bóg zamyka okna, drzwi i zapycha komin...

środa, 7 marca 2012

5. (220)

Tak się boję. Zaciskam zęby i próbuję pokazywać swój entuzjazm, chociaż w środku mam tony lodowatego strachu, tony wątpliwości i pytań, tony tragizmu. Cała ta magia umyka gdzieś, wycieka szparami pod drzwiami, ucieka do studzienek kanalizacyjnych a potem niknie wraz z hektolitrami tego bagna, do tego stopnia, że żadne nowoczesne oczyszczalnie nie przywrócą jej dawnej siły, dopóki nie spłynie na mnie na nowo, z góry, w kolejnej życiodajnej porcji. Już sama nie wiem, czy lepiej czekać na cud, czy po prostu z góry przyjąć za realny najgorszy ze scenariuszy. Jeżeli w końcu przyzwyczaję się do porażek, to może nie będę mnie zaskakiwać. Przestaną przychodzić i straszyć mnie swoim zamaszystym trzaśnięciem drzwi, przestaną być gościem, zamieszką w mojej egzystencji, uodpornią mnie w końcu. Bo nie chcę już tak. Dość paraliżującego lęku, zmuszającego do heroicznych aktów udawania. Nic bardziej nie zmusza do naklejania uśmiechu na twarz, jak smutek w tłumie. Nic innego nie powoduje tak silnego paraliżu mięśni twarzy, które automatycznym i wyćwiczonym impulsem podnoszą kąciki ust do góry, by policzki urosły nagle, a oczy... Oczy nie kłamią. Nie lśnią, jak przy szczerej radości. Gdy ludzie udają, zmienia się w nich wszystko - prócz oczu. One zostają puste, blade i jakby za mgłą. One same się topią w głębokości źrenic i nie pozwalają kolorom błyszczeć. Jakby nagle zasada odbijania światła znikała wśród emocji. Wszędzie jest szaro, szaro do potęgi entej, szaro i pusto, wszystko paruje nieznośnym i drażniącym zapachem przegranej. Choć już sama nie umiem sprecyzować, o co walczę. Gdzieś we mnie kończą się zapasy optymistycznego spojrzenia, znika coranny uśmiech i kojące mrużenie powiek do słońca. Na firmamencie chmury. Wiosna przestraszyła się mojego świata. Rok temu nie zabijałam się na raty.


Wszystkie te sny spaliły realność marzeń.

wtorek, 6 marca 2012

4. (219)

Zastanawia mnie, skąd tyle wspaniałych słów w kierunku Boga w każdą niedzielę, bądź, w przypadku pobożnych babć z różańcami, codziennie. Zastanawia mnie, dlaczego Bóg jest tak genialny i miłosierny, skoro co rusz podstawia kłody pod nogi i zsyła deszcze niepowodzeń. Dlaczego pada się przed niż na kolana, choć nie widać go, nie słychać i nie czuć. Dlatego, że umarł przez ludzi? To dlaczego nie padamy z bojaźnią przed każdym samobójcą? Nie znam odpowiedzi. A jednak sama także błagam o cuda, o choćby anielski dotyk, o mrugnięcie oka "z góry". Odchodzę od Najwyższego, szydzę z Niego, gardzę Nim, a potem i tak mozolnie wracam - bo potrzebuję wiary, że jednak istnieje jakikolwiek sens cenniejszy niż przyziemne wartości zmaterializowane przez pieniądz, że jest ktoś, kto mimo braku ładu i składu panuje nad życiem i nie pozwala upaść wszystkim na raz. Wszystkie moje wahania i oskarżenia prędzej czy później sprowadzają się do wiary. Czasami po prostu lubię zrzucić winę na kogoś, kto i tak się nie sprzeciwi. I nie chodzi mi o uczucie ulgi. Nie chcę tylko czuć rozczarowania. Nie chcę pozwolić, by w mojej głowie błądziło przekonanie, iż to ja sama komplikuję sobie życie. Bo nie jest tak... Prawda...?
Wzrok co raz zezuje w górę i czeka na karę. Nie powinnam była znieważać boskości samego Stwórcy. Nie powinnam, a jednak to robię, robiłam wiele razy, żadnej konkretnej kary nie otrzymałam. Jedynie to złośliwe pytanie... Czy Jemu jest przyjemnie, jak patrzy na Swoje Dzieło? Czy lubi widok cierpiącej ludzkości, potoków łez, strumieni krwi, wrzasków nocy? Może w rzeczywistości jest starym pijaczyną z brodą, który przypadkiem zawładnął Wszechświatem. W moich oczach nie jest już ideałem. Nie wiem, dlaczego, ale wiem, kiedy to się stało. Wraz z momentem, gdy postanowił stworzyć ludzi. Hej, ty Wszechmogący, czy aby na pewno byłeś wtedy zdrowy na umyśle?
Nawet to, że także mi  nie dane byłoby egzystowanie, nie jest w żadnym stopniu przerażające. Ciężko jest żałować życia, gdy ono samo w sobie jest nasiąknięte żalem jak gąbka wodą i mydlinami.


Rozum genetycznie struty.

/przepraszam, jeśli kogoś uraziłam swoimi poglądami, do których, bądź co bądź, mam prawo

poniedziałek, 5 marca 2012

3. (218)

Chyba nie będę kłamać, jeśli krótko stwierdzę, że już nie jestem ślepcem, gdy chodzi o uczucia. Wyleczyłam się, choć nie potrafię podać nawet nazwy leku. Może to czas, może to przyjaciele, może to anioły, a może to świadomość własnej głupoty i znaczącej nadwyżki tego rodzaju nadziei, którego nazywam naiwnością. Być może nawet nie było z czego się leczyć. Może to był tylko nagły zryw serca i tęsknoty uwięzionej we mnie, której od dawna nie dane było czuć ciepła. Przez chwilę zachciało mi się żyć i kochać bardziej niż zwykle. I rzuciłam się w otchłań, nieświadoma konsekwencji, nieświadoma bólu, nieświadoma bagna, w jakie z ochotą i radością wypisaną na twarzy wskoczyłam. Było pięknie. Słońce świeciło z dawnym blaskiem, nie widziałam, że ono po prostu ostatni raz błyska do mnie, bo zachodzi, i wiele krwi się poleje, zanim wstanie ponownie. Ale ja byłam głupia. Widziałam we wszystkich chmurach czerwień i kształt serca, a nie zdołałam dostrzec, iż każda kolejna strzała Amora to nowy piorun, niszczący wszelką materialność na swojej drodze. Ale mnie nic nie obchodziło. Każdą wymykającą się wbrew woli łzę miałam za życiodajny deszcz, każdy ucisk w sercu tłumaczyłam zmianami ciśnienia, każdą nieprzespaną noc kaprysem Boga. Miałam naszyty na facjatę uśmiech, sztuczny do granic możliwości,  a jednak tak wiarygodny, że śmiałam nazywać swoje życie sensownym. Potom zrobiło się jakby chłodniej. Serce nie nadążało z ogrzewaniem dygoczących ramion. Zęby grały smutną melodię wciąż tym samym, motorycznym dźwiękiem. Ciemność zniewalała moc wzroku, doprowadzając układ nerwowy do stanu głębokiego szoku. Przestało być barwie i dostatecznie pozytywnie, sny wróciły do krainy umarłych marzeń, a bezlitosna rzeczywistość kazała mi cierpieć i cieszyć jednocześnie. Jakikolwiek, nawet ten nieistotny uśmiech skierowany gdzieś koło mnie był jak sypanie soli na rany - przeraźliwie bolesny, ale też odkażający. Wszystkie literki w przykrótkich wiadomościach stawały się uzależnieniem dla oczu, mimo potoku łez i zaciśniętych pięści. Śmiech, płacz, śmiech, płacz, wartości, emocje, uczucia zlewały się, stanowiły coś na kształt nieprzyjemnej w widoku papki. Pod płucem nosiłam tykającą bombę. Czekałam, aż rozłoży mnie na liczby pierwsze. Aż... dorosłam. Bardziej niż zwykle. Nawet nie musiałam latać ze śrubokrętem ani przestawiać kabelków. Bomba rozbroiła się sama. I nawet jeśli wolność jest tylko mitem, to ja dziś trwam w tym micie i nie mam w sobie nadto miłości. Dźwięk wiadomości mija uszy. Obojętności, witaj.


Odpocznijmy.


/żebrzę o 20 obserwatora

niedziela, 4 marca 2012

2. (217)

Gdzieś po podłodze walają się moje wnętrzności. Pies ciąga i szarpie jelita, w kółka od fotelu wplątują się kabelki z mózgu, a serce tłucze się po kątach. I niby wszystko jest w porządku, nie ma zwarć ani niechcianych spięć, a jednak prąd jakby sam z siebie nie chce płynąć naturalnym tempem, zapycha mi żyły i nie daje oddychać. Nawet gdy cisza sięga granic swoich możliwości, a czas przestaje kłopotliwe stukać wskazówkami, to i tak zmienia się tylko to, co zewnętrzne. We mnie wciąż jest ta bestia, która jak dotąd jeszcze nie zrozumiała beznadziejności swoich działań. We mnie nadal panoszy się potwór, który szepcze z nienawiścią, wyrzuca z ust porcje słów, zabija mnie co jakiś czas, zgrabnym ruchem dłoni. Co mi z braku krzyków o brzasku i ujemnej liczby trzasków drzwi nocą? Może i szczegóły się zmieniły, ale nie całokształt. Z lotu ptaka nadal dostrzegam plamy czerwieni i wypalone przestrzenie, na których rosną już tylko te brudne i niechlujne rośliny z podejściem bezdomnych. Jeżeli trzeba czegoś więcej, niż kojących słów i głębokich jak ocean spojrzeń, to tylko czasu. Czasu, który pozwoli mi zrozumieć, że teraźniejszość to tylko moment, w którym przyszłość staje się przeszłością. Że "teraz" to nawet nie sekunda, nawet nie milisekunda, nawet nie jakakolwiek jednostka czasu. Obiektywnie patrząc, teraźniejszość nie jest warta ni gorsza, jeśli nie umiemy jej zatrzymać magiczną mocą duszy, jeśli nie dana jest nam siła zaginania czasoprzestrzeni. W żadnych tam sprawach wagi światowej. Od tak. By topić się w wodach granatowych i lśniących, wcale nie czując dyskomfortu wody wlewającej się do płuc.
Już chyba tylko obrazy i głosy odbijające się od ścianek mojej czaszki są nadzieją. Wypełniająca się rzeczywistość nie jest przekonująca, leczę ją więc własnym wyobrażeniem o szczęściu. Zostałam obdarta z tajemnic, z wewnętrznego "ja", hierarchia wala się po parkiecie, ale to nic. Czasami nawet lubię upadać, by potem anioły zbierały mnie z czułością z ziemi i odgarniały mi oddechem włosy z przybrudzonego czoła. Czasami nawet to przegrywanie bywa przyjemne, gdy ratują mnie ci, co kochają bardziej, niż pisali w książkach i ukazywali w filmach.


Sam sobie narysuj świat,
coś nie podoba ci się, to sobie to 
zdrap.

czwartek, 1 marca 2012

1. (216)

Pomiędzy niewyraźnymi konturami moich wyobrażeń o szczęściu i nieszczęściu biednie i bezcelowo kołacze się ten stan, który trwa teraz, w tej rzeczywistości. Każda sekunda jest zaprzeczeniem poprzedniej, popadam ze skrajności w skrajności, z wściekłości w płacz, z płaczu w euforię. Wszystko, co dzieje się wokół mnie nie jest ani dobre, ani złe. Nijakie. Wszystkie barwy zasłania mi cienka, szara siateczka nałożona na powieki, która utkana jest z mojej byłej tajemnicy, ze świadomości zdrady za plecami. Nawet słońce wydaje się być wyblakłe, niczym nieodmienne od plagi szarych chmur. Rozmowy z powietrzem przestają być ulgą, samotność dusi mnie swoimi szponami, mimo tego tłumu bez oczu wokół. Zbyt łatwo uwierzyłam w optymizm świata. Sądziłam, że cała ta życiodajna siła mnie nie opuści, że załatałam wszystkie dziury i rany duszy, że tym razem zatrzymam ją w sobie. Myliłam się. Nie przewidziałam ciosających noży na mojej drodze, które w okamgnieniu porwały bandaże, jakimi okręciłam precyzyjnie każdy ślad po cierpieniu. Upadłam i myślę, iż nadal leżę. Patrzę, jak pode mną pojawia się kałuża z łez, krwi i właśnie tej anielskiej mocy, o którą walczę i która jest dla mnie niemal całym światem. Patrzę bezradnie, nie mogąc nic zrobić, jak jedynie czekać na uciszenie szlochu i rytmu serca. To dlatego nigdy nie chciałam, ani nawet nie potrafiłam być optymistką. Jestem człowiekiem, który woli być na dnie i nawet się od niego nie odzwyczajać, a niżeli spadać z hukiem z ostatniego pierwsza radości z gruchotem i odgłosem obijających się o kości organów. To upadki są najgorsze   - zwłaszcza te metafizyczne. Te, które nie ważne jak mocne by były, nigdy nie staną się ostatecznymi i śmiertelnymi. To dopiero wstając można umrzeć. Gdy serce nie wytrzyma siły zmian i pęknie w wyniku nadmiernego wysiłku. A co, jeśli ktoś umarł już dawno, na swój anormalny i psychiczny sposób?
Co mam zrobić, jak nie wyrwać serce i mózg i zakopać ich, razem, a najlepiej uprzednio podzióbać je obsesyjnie łopatą lub innych intrygującym, metalowym narzędziem, tak, aby teraz to oni cierpieli tak, jak ja przed nich od wielu lat? Co innego mam zrobić? Co by powiedział ten z nieba?
Spokojnie... Patrz w przyszłość. Przecież zawsze będzie też ten lepszy czas, jakkolwiek źle by nie było. To jest twoja rzeczywistość. Nie uciekaj od niej...


Czasami nawet walka wydaje się być zbędna.