poniedziałek, 3 października 2011

2. (111)

Boję się. Boję się. Boję się. Boję się. Boję. Bardzo. Przeraźliwie. Boję się, bo widzę, jak to wszystko wraca. Dostrzegam coraz więcej złych symptomów. Cofam się do złych wspomnień, moje myślenie zaczyna przeglądać się w krzywym zwierciadle. Nie kontroluję tego. Właściwie nawet nie chcę. Jest mi tak dobrze. Wiem, dokąd idę, choć  to droga wprost do bram piekła. Jest mi tak na rękę. Słucham się siebie, słucham się swojej paranormalności. Innych zostawiam w tle. Ja wiem, co oni o mnie myślą. Wiele słyszałam, mając słuchawki na uszach, bez włączania muzyki. Wiele widziałam, dostrzegam te dyskretne wskazywanie palcem. Nie chcę tak. Nie chcę. Dlatego właśnie wolę zamknąć drzwi i wychodzić tylko po kawę albo jedzenie. Choć i to chciałabym ponownie ograniczyć. Nawet postawiłam już pierwsze kroki w tym kierunku. Dyskretnie, z głową (na razie...). Choć tak naprawdę nic nie jest tak, jak być powinno. Jasne, jak ubiorę ten stan w miłe dla ucha słowa, to niewielu dostrzeże rzeczywistość. Tak naprawdę cholernie się gubię. Nie umiem się otworzyć. Nie potrafię mówić. Tylko modlę się od czasu do czasu, repetując wciąż te same, nieposklecane i niepoprawne stylistycznie prośby. Bóg tego nie kupuje, to jest za tanie, za brzydkie i za egoistyczne. Może też trochę zbyt banalne, proste? Nieważne, jakie one by nie były, to sens mają tylko wieczorem, gdy każda dawka nadzieja jest zbawienna. Usypiam. I się budzę - już bez tej magicznej wiary w cuda. Znów dobija mnie to, co innych cieszy. Słońce wpada przez okno i razi za mocno, a poza tym - ludzie! - dlaczego ta kołdra jest tak krótka? Rankiem nawet nie szukam pozytywów, zaczyna się nowy dzień. Rankiem nawet za specjalnie nie myślę. Robię mechanicznie pewne czynności. Potem pędzę przez szkolną codzienność, ledwie łapiąc oddech. Tak. Natalka dobra. Natalka grzeczna i pilna. Natalka BEZPROBLEMOWA. Grr. Nienawidzę tego słowa. Przypomina mi trochę tą część Pierwszej Zasady Dynamiki, gdy "na ciało nie działa żadna siła". Nierealne w praktyce. Tak jak i bezproblemowość. A, niestety, rodzina bliższa i dalsza właśnie tym bezsensownym słowem opisuje mnie najczęściej. Szkoda mi ich wszystkim. Żal mi ich niewiedzy i głupoty. A jednocześnie przypominam sobie, kim ja jestem. Czy w ogóle coś znaczę? Czy w ogóle jest coś takiego jak dobro jednostki? Nie. Jest szczęście i dobro ogółu, społeczeństwa, wspólnoty, grupy. Mówimy ogólnikami. Podporządkowujemy siebie nawzajem pod wyznaczone z góry epitety. Dobra, zła, smutny, ładny.
Właśnie tego się boję. Tego, co robi ze mną świat. Staję się czymś nawet mniejszym od piksela na tym przeogromnym życiowym obrazie. Boję się, gdy czuję to, co zwykle towarzyszy spadaniu. Uderzenie powietrza w plecy, zamazany obraz.
Jestem przestraszona.
Przestraszona tego, czego nie wiem.
Wszystkiego.
Niczego.
Siebie samej.



Może w gruncie rzeczy
nikt nie jest człowiekiem.

niedziela, 2 października 2011

1. (110)

I tak oto nadszedł ten moment. Moment, którego jeszcze kilka postów wcześniej piekielnie pragnęłam. Chciałam zmiany. Przełomu. To mam. Mam właśnie jakże słodką chwilę u boku, w której los zaczął mnie kulturalnie jebać. Nastał czas powolnego rozsypywania się starannie poukładanej codzienności. Miesięcy temu sześć o niczym innym nie marzyłam, jak o spokoju, nieistotnie jakim, czy stoickim, czy tylko takim od czasu do czasu. Chciałam tylko tego. A gdy już to zdobyłam, to, idiotka, przestałam ubóstwiać tą błogość lekkiego życia. Z własnej woli zrezygnowałam z luksusu bycia sobą. Zaczęłam brnąć w tą nieuzasadnioną nienawiść do monotonii, choć przecież tak naprawdę dotknęłam tego terminu w bardzo małym stopniu. Właściwie wszyscy mamy niewiele wspólnego z monotonią. Nazywamy tak brak chęci do robienia czegokolwiek. Ubieramy w to słowo zwykłą wadę wzroku duszy na to, co już mamy. Wszystko, co mamy, jest nudne, tylko dlatego, że jest nasze. I to w naszym, ludzkim mniemaniu jest monotonią. Nie rozumiesz? To teraz wyobraź sobie dziecko z Afryki, które przez kilka dni szuka wody, potem, jak ją znajdzie, to znowu szuka kolejnej, i tak bez końca. I czy właśnie TO nie jest monotonią? Ale, wierz mi, to dziecko nie zna takiego wyrazu. Ono nie myśli o tym, czy życie jest nudne, czy jest zbyt mało atrakcyjne. Ono to życie bierze z pokorą. I walczy nieustannie. Walczy z losem! A nie z niesfornym kosmykiem włosa czy worami pod oczami. My, ludzie szczęśliwi z definicji, nie rozumiemy tego. Nie wiemy, co to problem. Nieletni szpanerzy walczą z kacem, nastoletnie lalki smuci rozmazany tusz. My nie mamy problemów. Mamy zbyt bujną wyobraźnię, zbyt egoistyczny umysł. Cywilizacja nas zepsuła. Zepsuła doszczętnie. Tak, wiem, że pięć minut po napisaniu (w moim przypadku)/przeczytaniu tego postu nadal wrócimy do tradycyjnego umartwiania się niczym. Zdaję sobie z tego sprawę. Lecz urodziłam się tutaj, w tym śmietniku. I nie umiem nie narzekać. I nie umiem pomyśleć "mam wszystko, co mi do szczęścia potrzebne". Bo nie mam. Brakuje mi tego czegoś. Tego kogoś. Tych wszystkich.


Wszyscy jesteśmy samolubni,
ale wszyscy chcemy, by
inni
interesowali się bardziej nami, niż sobą.

środa, 28 września 2011

21. (109)

Gdybym była posiadaczką milionów, zakupiłabym sobie jakąś człekopodobną machinę, która byłaby obok mnie 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Tak, tylko tyle potrzeba mi do szczęścia. Obecności kogokolwiek. W szkole, wśród mnóstwa bliskich mi osób śmiech jest jednoznaczny z oddychaniem. Wracam ze szkoły, w pośpiechu odrabiam lekcje ze słuchawkami na uszach, następnie godzinę poświęcam na gitarę i fortepian. A potem? Cisza. Pustkowie. Lubię to chyba. I nienawidzę jednocześnie. Bo mi nie powinni dawać mózgu. Poprzez proces zaplątanych czynności zaprogramowałam go tak, by myślał o tym, co złe, zimnie i nieprzyjemne. Jestem w środku cholerną pesymistką, wbrew wszelkich pozorów. Tylko pewni ludzie potrafią stłumić moje ponure usposobienie wśród pozakręcanych nerwów i żył tak, by nie dawało o sobie znać. A potem oczywiście i tak te moje niezliczone, zdołowane komórki znajdą sposób, by powtórnie wyjść na pierwszy plan. Do tego można się przyzwyczaić. Ale, na Boga, dlaczego jak jest już "dobrze", to ja i tak wcale się "dobrze" nie czuję? Sprzeczności wplątują mi się w jelita. Nie rozumiem tego i nigdy tak naprawdę nie rozumiałam. Nie pojmuję tych wyrzutów sumienia o nic, nie jestem w stanie przełknąć krytyki i nie umiem się nie przejmować. Choruję widocznie na wysoki stopień egoizmu. Wątpię, by dało się to wyleczyć. Zaleczyć, owszem, ale nigdy usunąć tak na zawsze, doszczętnie. Znam nazwę lekarstwa. Lecz zielonego pojęcia nie mam, jak je zdobyć. Pozostaje mi tylko ciche wzdychanie do Boga. Wierzę w cuda. Ale czy ja jeszcze wierzę w siebie...?




- Dlaczego jest tak, jak jest? Dlaczego nie mogę się podnieść?
- Spalonej zapałki nie uratujesz. Możesz jej użyć, ale to nigdy nie będzie to samo.

wtorek, 27 września 2011

20. (108)

Wszyscy wlewają nam nienawiść do żył. Na każdym kroku. W każdej chwili i o każdym czasie. Jesteśmy karmieni nienawiścią i w nienawiść się ubieramy. Mało wśród nas ludzi z natury dobrych i nastawionych zawsze pozytywnie. A szkoda. Bo wewnątrz, pod tą grubą warstwą kurzu, egoizmu i udawania są ludzie warci uwagi. Są ludzie, których charakter przechodzi najśmielsze oczekiwania. Nie widzimy tego. Nie mamy odwagi odezwać się czy chociażby spojrzeć w oczy, wysłać pocieszny uśmiech. Jesteśmy zawsze na nie, bo innym źle z oczu patrzy, bo mają znoszone buty, bo w ręku trzymają fajkę symbolizującą wysoki stopień zdemoralizowania. Nienawidzimy tych ładniejszych, mądrzejszych i bogatszych. Uczy się nas nienawiści do innych religii, tępi się ludzi odważnych na tyle, by głosić poglądy inne od ogółu społeczeństwa (które zazwyczaj są prawdziwe).
Dlaczego tak jest...? Tyle geniuszy mija nas na ulicach, w parkach, gnając przed siebie, żyjąc bardziej z obowiązku niż dla siebie, a zwłaszcza kogoś. Tracimy szanse na lepsze jutro przez zbyt skrupulatne rozkładanie przeszłości na części pierwsze. Żyjemy według dyktowanych od urodzenia stereotypów. Bez litości i skrupułów. Czas staje się dyktatorem, a zysk kryterium. Powtarzamy "to mi się nie opłaca", "a co dostanę w zamian?"... A gdyby tak choć raz, jeden jedyny raz uśmiechnąć się do przypadkowej osobie spotkanej na ulicy? A gdyby tak powiedzieć komplement nieznajomej? Boże, przecież to tak banalne! Dlaczego nie wszczepiono nam czegoś więcej niż pompy do krwi i poskręcanego, oślizgłego materiału w głowie? Dlaczego nie mamy jakiegoś sprzętu do bycia dobrym ot tak, bez względu na temperaturę za oknem czy zły nastrój?
Dlaczego rzeczywistość koli takim egoizmem? Dlaczego ludzie chodzą w betonowych skafandrach? Ne rozumiem tego świata. Nie chcę go rozumieć. Bo pojąć życie to jednocześnie stać się szaleńcem obsadzonym w kiepskiej roli. Nie będę na to patrzeć. Wybrzydzam. Nie mam ochoty przyłączyć się do was. Taplanie się w bagnie przestaje mnie bawić.
Kto tak nas zespawał? Mamy tyle niedociągnięć...


Sumienie nie jest krwiste i mięsiste.
Sumienie z perspektywy nauki nie istnieje.

poniedziałek, 26 września 2011

19. (107)

MUSZĘ (?) pozwolić sobie na nieidealność. Na bycie sobą tylko po to, by być sobą. Nie będzie łatwo. Przyzwyczajenia i mania perfekcjonizmu  będzie przebijać przez skórę. Ale powoli. Spokojnie. Trzeba mi czasu i... miłości? Taaak. Zdecydowanie. Co z M.? Powiedzmy, że oddzielam nas grubą krechą. Już nie chcę patrzeć na mapę i liczyć, ile kilometrów nas dzieli. Tam jest inne życie. Beze mnie. Nie da się pewnych rzeczy tak po prostu przeskoczyć. Teraz przynajmniej widzę, kim byliśmy. A raczej czym. Nieposkładaną plątaniną niedorzeczności i sprzecznych sobie cech. Żadna, kurczę, miłość idealna. Nic z tych rzeczy. Prędzej czy później dziwne uczucie zwane tęsknotą zacznie blaknąć, a wiec po co na siłę je zatrzymywać...Zerwijmy już z oczy te komiczne maski. Chociaż podobno przyszłość zależy od nas, to NIE łudźmy się. Optymiści różnią się od nas tym, że nie bolą ich upadki. Wyjęli sobie z głowy miękki i gąbczasty mózg, przyczepiając go do tyłka by, spadając, go nie potłuc. Chroni ich to przed bólem. Ale nie przed porażkami. Ja tak nie chcę. Nie chcę żyć bez jakichkolwiek amplitud temperatur uczuć. I taki chyba jest sens. Poznać skrajności życia. Poznać jego zalety, wady i cenę. Tak sobie myślę teraz... Wady znam. Cenę? Raczej też. Ale.. Zalety? Niewiele. Poznam je. Nie z tobą. Przy tobie mogę tylko poznać na wylot proces przeliczania odległości na mapie na odległość w terenie. Nie chcę tak. Nie, nie, nie. Dosyć. Kończymy to. Dziękuję Bogu za te chwile, szkoda tylko, że modlimy się do innego nieba.


Mam zamiar śmiać się z momentów,
gdy wierzyłam w twoje słowa.

czwartek, 22 września 2011

18. (106)

CZY jest w porządku, gdy tęsknota miesza się z radością, tylko w związku z brakiem innych uczuć w sercu? Czy jest w porządku, gdy, będąc tyranem, nazywamy się jednocześnie ofiarą, bo przecież winni są wszyscy? Granica między dobrem a złem jest tak cienka, jak nić. Tak łatwo ją przekroczyć. Tak łatwo ulec pokusie i zacząć nie tyle bać się bólu, co go sprawiać. A przecież wszyscy JESTEŚMY tacy sami... Niszczymy swoje lustrzane odbicia - świadomie, czy nie, to jednak, cały czas łamiąc jakieś granice, nie wahamy się. Ja w  tej chwili jestem chyba na skraju dobroci i zła. Jestem tego świadoma i dostrzegam konsekwencje. Tak naprawdę nie wiem, czy jeszcze czuję. Mam w sobie jakąś dziwną pustkę, skutecznie zagłuszającą wszystkie możliwe głosy: głos serca, głos rozsądku, a zwłaszcza... głos sumienia. Tracę kontrolę, a nie powinnam. Nie potrafię ocenić swojego postępowania. Nie klasyfikuję się ani do grupy o nazwie "dobro", ani do miejsca o przydomku przeciwnym. Popełniane przeze mnie błędy są warte jedynie wyszydzenia. Szkoda, że dostrzegam to dopiero teraz, no, ale przecież ktoś już kiedyś na moją korzyść stwierdził, że lepiej późno, niż wcale. JESZCZE niedawno rysowałam przyszłość w ciepłych barwach. Rzeczywistość jest zupełnie odwrotna. Potoczyło się inaczej, niż oczekiwałam. Co wyniosłam z tej lekcji? Czas na zawsze zostać pesymistką. To pozwoli mi unikać zawodzeń. To pozwali mi widzieć świat takim, jakim jest i nie liczyć na dobro od losu. Chyba tylko tyle mogę zrobić...
Nie, nie jest bardzo źle. Jest nie tak. Jest nieswojo, nie według mych planów. Prosiłam Boga o coś innego. Najwyraźniej mówiłam zbyt cicho. Zbyt mało czasu poświęciłam na dręczenie kolan. Zupełnie inaczej to sobie wyobrażałam. MYślałam o cudownej przyszłości, bezchmurnym niebie i uśmiechu. A teraz mam, mili państwo. Mam. Ale tylko to, na co zasłużyłam. Czyli nic.
Nic?
Złe słowo.
Mam wiele, ale to wszystko mija się z celem. Przyszłość nie nadchodzi, wciąż ta pieprzona teraźniejszość. Niebo wcale nie jest jednolicie niebieskie, to tylko te chmury przykryły je doszczętnie, imitując bure sklepienie. A uśmiech? Szczery? Tylko przez łzy, gdy sama do siebie szepczę "Co, przez nią/niego/nich (niepotrzebne skreślić) będziesz ryczeć?"...



Choć, wezmę cię za rękę
i pokażę świat, którego 
nie jestem w stanie
zrozumieć.

poniedziałek, 19 września 2011

17. (105)

Czuję niedosyt. Dręczący i wwiercający się w brzuch cholerny niedosyt nie wiadomo czego. JEST buro, nudno i nieciekawie. Jest monotonnie. Nie ruszam się z miejsca. Trwam na starcie, zbyt głucha, by dosłyszeć strzał pistoletu. Czekam, Bóg wie na co. Chyba na jakiś przełom. Coś nowego. Właściwie obojętnie mi, czy to będzie klęska, czy tryumf. Cokolwiek. Przydałoby się w końcu ruszyć. Coś zrobić. Zacząć wspinać się ku górze, do źródła światła. Potrzebuję kroku w przód. ZBYT długo czekałam na zbawienie. Teraz, gdy już mniej więcej obrałam sobie cel, trzeba zatrzeć dłonie i chuchnąć w nie na szczęście. Motywacja. ?. Hm. No właśnie. Za mało tu życia, panowie. Proszę nieco ognia do pieca. Nieco dramatyzmu.
Idiotka ze mnie. Doszukuję się problemów tylko po to, by mieć o co walczyć. CICHO liczę na moją zabójczą zdolność pakowania się w kłopoty. Potrzebuję naturalnego dopalacza, jakiejś niewykrywalnej siły, kopniaka z góry. ABY mnie zrozumieć, trzeba dostrzec mnóstwo słów między wierszami. Sama także miewam momenty, gdy nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak, a nie inaczej. Teraz także dziwnie przyglądam się poprzednim linijkom tekstu. Monotonia? Źle. Spokój. Źle? Cisza. Źle?!
No właśnie. Głupieję. Nie mogę tego w żaden sposób PRZERWAĆ. Chce mi się rewolucji w życiu. Albo...  czekaj, nie! Wojny. Taaak, wojny chcę. Wojny z sobą. O siebie. Muszę wiele zmienić TEN STAN, podbudować swoje ego i uzupełnić zapasy pozytywnego uporu. Koniecznie.
Wojny chcę. Prawdziwej. Takiej, jak kiedyś. Chcę gry o wszelką ceny. Śmierci. Tak. Tak. Właśnie tak. Już to widzę. Czuję...
Boże, co się ze mną dzieje... Mam tylko nadzieję, że nie nazywam się Adolf, bo nie do twarzy mi z wąsikiem.

Zabijmy się wszyscy
Będzie wesoło!

16. (104)

Coś przychodzi, jest chwilkę, potem znów gdzieś pędzi. Ekhem, poprawka. Ktoś przychodzi, odchodzi, bla, bla, bla. Tak już po prostu. Cytując opis na gg jednej z koleżanek, potwierdzam "Byłoby mi łatwiej, gdybym potrafiła cię znienawidzić.". Tak, zdecydowanie. A teraz mogę jedynie zastanawiać się, co będzie. Odpowiedź jest prosta, ale nie wypowiadam jej. Zbyt mocno kaleczy wargi, wypływając z nich, nawet szeptem. Póki co, będziemy wierzyć, że nadal nic nas nie DZIELI. Złudzenie podadzą nam na śniadanie, obiad i kolację. Owszem, można tak. Do czasu. Do chwili, gdy będziesz rzygał od samego brzmienia mojego imienia. Stanę się elementem przeszłości. Starą przygodą, krótkim zdaniem z kropką na końcu. Nie będzie NAS. Będzie ona, ta, ee..., Natalka bodajże? I on, kurwa, Michał od siedmiu boleści. Póki co, nazywamy te relacje tęsknotą. Smutek, rozdarcie i te sprawy. Ale ja nie wierzę w miłość na odległość. To nie ma szans na przetrwanie. Bez dotyku, bez rozmów w cztery oczy, bez ciszy i uśmiechów - równie dobrze można tylko spać, jeść i pić. Bez jakichkolwiek uczuć i emocji. Nie oznacza to, że nic nie odczuwam. Boję się i nie jestem w stanie patrzeć przed siebie. Rzeczywistość jest zamglona, nie wspominając o przyszłości. CZAS jest w stanie wyleczyć rany - o ile pacjent będzie współpracował. Ja chyba nie pasuję do tego kryterium. Za mało we mnie spokoju i opanowania. Zmienna jestem jak pogoda. I, niestety, coraz bardziej od niej zależna. Nauczyłam się przyklejać do twarzy uśmiech tylko wtedy, gdy za oknem jest znośnie. Bez okiełznania Celsjuszów nie mam imienia. Od tak, Natalka. Ani wesoła, ani smutna. Istniały jeszcze inne wskaźniki nastroju. Jednym z nich jest... no? Tak, ty. A teraz? Jak będzie? Kto zdoła łaskotać mnie do momentu, aż śmiech samoistnie mnie pozytywnie zgwałci? Kto będzie pieprzył głupoty tylko dla mnie?
NIE. Nie mów, że będzie tak, jak i kiedyś. Pęka we mnie owoc strachu. Nic się już nie ułoży. To jest niespełna 400 km. Tego się nie da pokonać. Muszę cię puścić. Nie mamy aż tak długich rąk. Ta ODLEGŁOŚĆ nas zabije. Zobaczysz. Wspomnisz moje słowa.
Albo i nie. Zapomnisz o tych słowach. Jak i o całej reszcie moich myśli.

Musimy skończyć tą grę, 
nim ona skończy nas.

sobota, 17 września 2011

15. (103)

Nie wiem, co czuję. Nie jest dobrze, nie jest źle. Jest... dziwnie. Już niewiele rozumiem. Zostałam otumaniona jakiś środkiem, bynajmniej tak się czuję. Zbyt dużo tego wszystkiego. STRACIŁAM panowanie na sytuacją. Pozwoliłam, by głupota i egoizm zburzyła mój mur obronny. Był byle jaki, posklecany z kilku rodzai cegieł, niedokończony, kruchy - ale był. Teraz stoję na środku pustkowia, wystawiona na atak ze wszystkich stron. Ja... ja nie rozumiem. Nie wiem, co się stało. Ja tego nie pojmuję. Nic nie układa się w całość. Jest nie tak! Jest strasznie zimno i niepewnie, lód już powoli pęka nam pod nogami! Zimno mojej duszy. Choć właściwie z przyzwyczajenia przy ociepleniu sama wkładam ją do zamrażarki. Przyzwyczaiłam się do tej drażniąco-kojącej pustki w sercu. Chcę przestać się pogrążać, ale, do cholery, sama nie dam rady! Ktoś musi mi podać rękę! Ale kto, kurwa... Kto? Tu, na dole, WSZYSTKO jest tak niewyraźne i blade. Cisza przeszywa, światło razi, nawet słodycze przestają cieszyć. Nie chcę tu być. Chcę wstawać rano i mówić "życie jest piękne". W tej chwili nie wiem, jak w ogóle wstaję. Nie wiem też, CO robię... Chwila przerwy? Ale przerwy od czego? Od siebie? Od życia? Urlop? Nie da się. Nie da. Nie da...
Mam ochotę krzyknąć, powtarzając za Nosowską: Miłość Uwaga Ratunku Pomocy!. Tak, właśnie tak. Bo miłość to bagno. Nie do ominięcia. Teraz, patrząc wstecz, mam ochotę wziąć swoją głowę i rzucić nią o ścianę. Bo gdzie była, gdy była potrzebna? Co robiła, gdy serce rwało do roli pierwszych skrzypiec bez przygotowania? Naiwne, głupie - teraz ma za swoje. Krwawi. Krwawi! Po cichu... Tylko ja czuję krew wylewającą się z żył i skapującą na wątrobę i inne nieprzyjazne wnętrzności. Tego nie widać. Skórę mam zbyt grubą. Poharataną, ale grubą. Silną. Przyzwyczajoną.
MIAŁAM szansę, by wszystko odkręcić. Teraz jest za późno. Nadzieję i zaufanie ciężko ponownie zaprosić do domu. Teraz pozostaje tylko czytać między wierszami. Aby zrozumieć ludzi, trzeba tylko postarać się usłyszeć to, czego nie mówią. Bo się boją. Jak my wszyscy i jeszcze trochę.


Kiedyś moja dusza miała dom
taki z drzwiami i oknem na ciebie

piątek, 16 września 2011

14. (102)

Wytłumaczcie biednej Natalce, co to jest, kurwa, wsparcie? Co to, do chuja, jest zaufanie!? Co to, kurwa, jest przyjaźń?! Bo biedna Natalka chyba już nie wie! Chyba już nie rozumie! Chyba zgasła nadzieja i chyba teraz już nie będzie mogła ufać innym!!!
Nie rozumiem, dlaczego Bóg wszczepił nam pod skórę tyle egoizmu! DLACZEGO nie umiemy rozumieć innych, a przede wszystkich siebie! Dlaczego zadawanie bólu jest pasją wielu!
Dlaczego...
Czy tak trudno jest najpierw pomyśleć, potem działać? Po co niszczyć komuś wieczory...Po co zabijać go powoli, a jednak skutecznie? Wiecznie jesteśmy tylko my i my. Nikt poza tym. Inni? Ich tylko nieustannie OCENIAMY, wylewamy im na głowę wiadro pomyj z domieszką oszczerstw, INNYCH nie staramy się zrozumieć, nie rozkładamy ich zachowań na części pierwsze. Tylko ból. I cierpienie. Łzy. Staramy się udawać miłych, ale wciąż powtarzając  "dobranoc" nie pozwalamy tym drugim zasnąć. W imię czego, pytam? W IMIĘ CZEGO!? Satysfakcji? Dumy?
Uciszenia sumienia. Tak. Zdecydowanie. Sumienie, jakiekolwiek, ciche czy głośne, lubi być łechtane (nie)idealnym zrzucaniem winy na innych. Sumienie, moje czy też twoje, pragnie bezmyślnego zarzucenia komuś, że jest zły. Że nie spełnia oczekiwać. Że milczy. Podczas gdy "oskarżony" po prostu dławi się łzami, dlatego nic nie mówi...
To my, zabójcy, jesteśmy ofiarami. Własnego idiotyzmu i wrodzonej słabości. Jesteśmy ofiarami. Krzywdzą nas. Powoli. Boleśnie. Krzywdzą nas. BEZPODSTAWNIE. Nie patrząc na reakcje. Nie oczekując ich. Nie widząc.
NADAJĄC życiu kolor krwisty, idę dalej. Oglądam się za siebie, ale tylko po to, aby ze szczerą nienawiścią pokazać wszystkim INNYM dumnie podniesiony środkowy palec. Po drodze gubię niezbędną do życia wodę. Tylko kilka kropel. Kroczę. Smętnie szuram nogami. Zmierzam w stronę światła. Idę. Bez celu - oby jak najdalej. Gdzieś w połowie drogi do poranka pożeram TABLICZKĘ czekolady, niechętnie licząc czas do startu - na nowo. Z rozmachem poprawiam włosy. Cierpię. Coraz bardziej, z dnia na dzień intensywniej i doszczętniej. Nie mogę pokazać innym swojej żałosnej porażki. Dziwią mnie tylko ludzie, tak bliscy, a tak dalecy. Widziani przez lornetkę z NAPISEM "złudzenie".
Nie chcę mieć uczuć.
Nie chcę mieć serca.
Świat jest aż za bardzo ZŁY.
Duszę też mi zabierzcie. Bo po co mi ona? Dość już łez wylanych przez przyjaciół, którzy, doskonale widząc mój nie-idealizm, nadal chcą więcej i więcej. Przecież tak się staram... Więc?




Cześć, jestem Natalka. Więcej nigdy nie powiem o tym, jak jest, jak było, jak będzie.

czwartek, 15 września 2011

13. (101)

 NIE odnajduję się w tym życiu. Nikt nie dał mi żadnej mapki albo chociażby instrukcji obsługi. Nikt też nie uprzedził mnie, że to wszystko wokół będzie powoli zabijać. Najgorsze jest to, że nie MAM nawet żadnej gwarancji na powodzenie. Nikt nie daje mi 100 %-owej pewności sukcesu. Mogę się potykać tysiące razy, mogę wypadać z torów. Ale to nic nie da. Gra będzie toczyć się dalej - ze mną, czy bez, to jednak będzie. Choć właściwie nie ma tutaj opcji "wyłącz". Jedyne, co możemy zrobić, to zresetować samych siebie. Zaczynać od nowa - na nowo, aż do chwili, gdy "ktoś z góry" odetnie prąd. JUŻ teraz niezmiernie o tej chwili marzę. Pragnę jej, pochłaniam. Niestety, to nie takie proste. Nie od razu zdobywa się szczyt. Trzeba wielu starań i mnóstwo SIŁ włożonych w dążenie do celu. Być może to nieco prymitywne. Marzenia, cel, praca, bla, bla, bla. Ale taki mam plan. Grać. Udawać. Dążyć. Nie mówię, że nie jest ciężko. Bo jest. Piekielnie. Z wielką trudnością przychodzi mi powstrzymywanie łez. Cisną mi się do oczu coraz częściej. O powód nie trudno. BY to okiełznać, trzeba czasu. I miłości. Dużo miłości. Mnóstwo. Potoki. Nie wiem, czy już mam to jakże wymarzone uczucie w swojej kieszeni. Zapewne nie dostrzegam, jak wiele miłości mnie otacza. Ilość, jaką mam, pozwala mi nie tyle ŻYĆ, co smętnie przeskakiwać z dnia na dzień. Nie radzę sobie ze swoją nieokiełznaną duszą. Boli mnie patrzenie na swoje nieumiejętne poczynania. Boli mnie sam fakt, że tu jestem. Bo po co to, na co? Nic z siebie nie daję, za to (zbyt) wiele biorę. Wszystko, cokolwiek się wydarzy, strasznie przeżywam. Choć (wydaje mi się, że) to ukrywam, to i tak efekt jest marny. Zresztą, w XXI wieku nie trudno być niezauważalnym. Wystarczy przestać się uśmiechać i usunąć ze swoimi problemami w kąt nikomu innemu niedostępny. Tak będzie prościej. Nie tylko dla mnie. Dla was. Nie będziecie musieli mnie przytulać, ocierać słone łzy. Te chwile są już tylko moje. Nie muszę się nimi chwalić.


Za mało odwagi, by czasem wprost coś powiedzieć...

wtorek, 13 września 2011

12. (100)

I tak oto nastała historyczna dla mnie chwila. Setny post. Setny raz przelewam tu swoje myśli. Setny raz mogę w ciszy wykrzyczeć cokolwiek, do anonimowego odbiorcy. Teraz nadszedł dla mnie czas podsumowania. 2078 wejść. 9 obserwatorów. Kilkanaście komentarzy. Dużo? Mało? Nieważne. Nie jestem tu dla internetowej popularności. Choć momentami miałam chęć prowadzić blog w stylu np.Ankyls (www.ankyls.blogspot.com). Ale nie, nie, nie. To mi nie wystarcza. Nie chcę, by ten blog przekształcił się w coś typu "Cześć, byłam dziś w mieście, kupiłam sobie to i to...). Nie chcę w tym momencie obrazić Ani, bo jej blog jest świetny i bardzo go cenię. Sęk tkwi w tym, że ja muszę wyrzucać z siebie emocje. Dlatego właśnie tak, a nie inaczej.
Zmiany podobno są dobre. Dlatego kolejne wpisy będę pewnie nieco inne. Szablon pewnie też zmienię. Chcę czegoś świeżego, nowego. Skończyłam już ze zmienianiem siebie.
Niech to świat się zmienia dla mnie.

poniedziałek, 12 września 2011

11. (99)

Ja to ogólnie kocham się jarać byle czym. Kocham mieć odpały. Kocham być w stanie takim, jak chociażby teraz. Oczywiście jedynym racjonalnych wytłumaczeniem mojego przebajecznego humoru jest gorączka. Ta powyżej 38*C zawsze tak na mnie działa. I chwała jej za to. Nie chcę tego przerywać. I choć na dziś zaplanowałam już w głowie cudnego, jubileuszowego, setnego posta, to dam sobie siana. Zdrowie lubi mi płatać figle.


Ajajaj, kocham dziki kraj!

sobota, 10 września 2011

10. (98)

Czasem lepiej jest po prostu milczeć. Nic nie mówić, trwać w nieustannej ciszy. Dać odpocząć strunom głosowym. Dla mnie nastał właśnie taki czas. Dziś nie napiszę już nic więcej. Muszę trochę pomilczeć. I pomyśleć.


Cisza bywa głośniejsza
niż krzyk.

piątek, 9 września 2011

9. (97)

Ogólnie rzecz biorąc to ja jebie tą waszą całą miłość. Jebie te romantyczne wyznania uczuć, jebie te motyle w brzuchu, jebie całą akcję z podrywaniem i flirtem. Mam serdecznie w dupie czułe mrzonki i inne dyrdymały. Nie jara mnie to już. Ogarnięta jakąś nieludzką obojętnością przestaję mieć true love za coś pięknego. To chyba bajka - ale już nie dla mnie. Mdli mnie na samą myśl o tym. Nie twierdzę, że to po prostu przypadkowy napad wstrętu. Być może mi przejdzie, wcześniej czy później. Ale teraz mamy piątek, godzinę 20.56, i ja właśnie teraz, w piątek, o godzinie 20.56 nie widzę sensu w miłości. Ten cały shit ogranicza ludzi i przypomina wieczny wyścig. Jeszcze na dodatek, gdy, wydawałby się, wszystko jest już cud miód, piękne - musi pojawić się ktoś, kto wszystko spieprzy do kwadratu. Wiem, że takie poglądy spotykają się z niezrozumieniem, ale... hm, czy coś tracę? Raczej niewiele. Nic mnie nie omija. A nawet jeśli już coś, to jedynie idiotyczne marnowanie czasu. A to i tak wychodzi mi perfekcyjnie. "Przychodzisz ze szkoły i resztę dnia spędzasz w czterech ścianach przy komputerze". Tak, najwyraźniej jestem tylko przykurzoną idiotką o marnym poziomie inteligencji.
W tej chwili jedyną osobą, która traktuje mnie na poważnie jestem ja sama. Wszyscy pozostali dostrzegają tylko moje wady. Nikt nie widzi, jak momentami wypruwam sobie żyły, wszystko tylko po to, by zadowolić ogół społeczeństwa. Nikt nie widzi, jak się staram, jak bardzo staram nad sobą pracować.
To nie jest moje miejsce. Właściwie jestem już przygotowana, aby uciec - DALEKO. I nie martwić się złudną, subiektywną i niekrytyczną opinią innych. Muszę wyskoczyć z tego rozpędzonego pociągu choć na sekundę i znaleźć swoje popieprzone serce. Dość mam ciągłej walki o nic.
Udawanie... Taaak, to boli najbardziej. To boli jak nóż noszony w sercu. Sztuka niełatwa, a możliwa. Trudna do opanowania...
Płoną mi policzki, jestem wściekła, i choć dłonie, zlodowacone od nie wiadomo czego, nieposłusznie dotykają klawiszy, to piszę dalej, chcę to gdzieś z siebie wyrzucić, choć na moment nie myśleć o dniu dzisiejszym, a nawet o całej reszcie przeszłości. Tylko ta chwila. I ja dotrzymująca jej kroku. Nic więcej się nie liczy. Nie teraz.


Zbyt długie czekanie w końcu sprawi,
że zapomnisz już, na co czekasz.

czwartek, 8 września 2011

8. (96)

Coś zaczyna się sypać. Nie umiem kontrolować emocji. Popadam w paranoję. Nie umiem nawet o tym pisac. To stan bez konkretnej nazwy. Nieokreślona pustka, brak jednego z elementów układanki. I te zmiany nastrojów... Nie, to nie okres. To już codzienność. Słowa innych boleśnie mnie kaleczą. To trochę jak szpilka wbita w ramię. Nie umiem jej wyjąć, bo wiem, że popłynie strumyk krwi. Dlatego zostawiam ją w ciele, chyba wolę cierpieć niż płakać.
Swoją drogą, płacz ostatnim czasem pojawia się u mnie na zawołanie, jak u aktorów. Wystarczy mi mniej więcej 10 sekund. I proszę, katastrofa gotowa.
Muszę zacząć działać, pracować nad sobą, walczyć o samą siebie. Czas się w końcu ustatkować.



Nie ogarniam.

środa, 7 września 2011

7. (95)

Jeszcze chwilę temu siedziałam na balkonie otulona kocem. I grałam na gitarze melancholijną etiudę. Było mi tak dobrze, sam na sam ze swoim egoizmem. Zostałabym tam, z wielką chęcią. Ale codzienność woła mnie tak głośno, że nie sposób ją zignorować. Dobija się drzwiami i oknami, nie pozwalając na nawet moment anormalności, odmiany. Nie, nie czuję się dobrze. Coś mnie kuje, w środku. Coś na kształt dawnego cierpienia. Boli mnie serce, zaczęłam rozdrapywać rany. Z żałobnym nastawieniem patrzę w kalendarz i widzę tylko negatywy. Być może nawet nie staram się dostrzegać strony dobra. Bo po co mi ona? Dlaczego mam udawać optymistkę, skoro nie zostałam wyposażona w dobre nastawienie do świata...?
Patrząc w przeszłość widzę wiele chwil takich, jak teraz. Cisza wszechobecna, wszechobecna cisza. Wiele smutku, wiele cierpienia, wiele szaleńczej nienawiści do życia. Mnóstwo sprzecznych emocji i jedno marzenie. Zniknąć. Na zawsze. Uciec od tego, co irytuje najbardziej i od tych, co nawet nie starają się zrozumieć, a i tak "wiedzą lepiej".
Od tamtego czasu bardzo wiele się zmieniło. Od nowa nauczyłam się śmiać. Niepewnie, ale jednak, zaczęłam stawiać kroki w stronę własnego zadowolenia. Nie, nie szczęścia. Bo go nie ma, mówię po raz setny. Równie dobrze można szukać prawdziwego mięsa w parówkach.
Teraz dochodzę do wniosku, że chciałabym zapomnieć o moim życiorysie. Chciałabym go raz na zawsze wymazać z pamięci. Nie chodzi tu o wstyd przed prawdą. Prędzej o tęsknotę do dawnego "ja". Miałam wtedy szansę, by dojść do stanu perfekcji. Zaprzepaściłam to. Zmarnowałam jedyną okazję, aby poczuć się wyjątkowo. Teraz muszę grać tą marną rolę w marnej sztuce. Nie ma szans na wycofanie się. Już z góry zadecydowano za mnie, jak będzie wyglądać moje życie. Nie wiem nic, prócz jednej rzeczy: nie będzie ono idealne. Jak i wszystko inne wokół. Mogę marzyć o przeszłości. Ale czasu nie cofnę. Będę zasypiać z obrazem przeszłości przed oczami. I marzyć. Będę dużo marzyć. Muszę zmotywować się na tyle, by wyjść z dołu, do jakiego się wtoczyłam. Muszę wstać po własnej klęsce. I zacząć na nowo. Z czystą kartą. Rygorystycznie, ale po cichu. Żeby już nikt mi nie przeszkodził w drodze do wiecznej ciszy i spokoju ciała i duszy.


Znajdę nowy dom dla swojej duszy.
I kupię go za wszelką cenę.

wtorek, 6 września 2011

6. (94)

Uwielbiam te chwile. Momenty tak błahe, a jednocześnie piękne. Kocham śmiech, którego ludzkimi siłami nie sposób opanować. Kocham stan, gdy każde słowo bawi w nieprawdopodobny sposób. Dławiący, głośny śmiech. Euforyczny stan ducha. Błoga miłość do chwili. Brak mi tchu. Myślę o tym z takim uśmiechem, jakiego świat jeszcze u mnie nie widział. Zaraz jednak przypominam sobie, jak to kiedyś nie umiałam się śmiać. Jak jedynym uśmiechem na mej twarzy był uśmiech ironii. Wiele się zmieniło. Jestem na dobrej drodze. Już nie idę sama. Są moje dziewczyny, jest Kaśka, jest M., jest nawet drugie M. Łatwiej się śmiać, gdy jest do kogo i z kim. Jest się o kogo oprzeć. Odczuwam wsparcie. Ze wszystkich możliwych stron. Muszę je umiejętnie wykorzystać. Tak, bym potem niczego nie żałowała. Bym nie żałowała powrotu do normalności.


Bogaci ludzie to ci,
co umieją płakać ze śmiechu.
Wszyscy pozostali nie zaznali bogactwa życia.

poniedziałek, 5 września 2011

5. (93)

Zbyt bardzo biorę do siebie krytykę, nawet tą ujętą żartem. Sama, na własne życzenie, niszczę swoją samoocenę i, przede wszystkim, dobry humor. Pocieszam się faktem, że i tak zaczęłam postrzegać się inaczej, niż ongiś. Nie, nie lubię samej siebie. Raczej... toleruję. Nic poza tym. Jestem zmuszona do nieustannej obecności niezaradnej Natalki. Czy tego chcę, czy nie, ona jest zawsze. Czasem jej nie poznaje... Momentami zachowuje się co najmniej dziwnie - nie panuje nad emocjami, zaprzecza sama sobie, bredzi. Jej życie jest poukładane w nikłym stopniu. Wierzy w wieczną miłość, wmawiając sobie potem regułkę o nieistniejącym szczęściu. Gubi się. Regularnie. We własnym umyśle.
Hm, rzadko patrzę na siebie z takiej perspektywy. Owszem, egoistka ze mnie pierwszoligowa. Ale ani mnie to jakoś specjalnie smuci, ani wybitnie cieszy. Skończyłam już z walką z samą sobą. To prowadzi donikąd. Jest bolesne w skutkach, nie tylko dla mnie, ale i dla innych. Efekty tejże bitwy zdążyłam już nieco poznać. W moim ciele nie mieszka już ta sama dusza, co, chociażby, rok temu. Straciłam nie tylko optymizm, ale i wiarę w cokolwiek. Nie ma tego, co lubiłam w sobie najbardziej. Lekkiego kroku w życiu. Opanowania. Spokoju w podejmowaniu decyzji. Zachciało mi się zmian... I wtoczyłam się do wielkiej otchłani, ot tak, dla rozrywki. Teraz nie mogę się wspiąć z powrotem, na górę. Zostałam tu, obrosłam znieczulicą, utknęłam w martwym punkcie. Nie próbuję stąd wyjść. Kolejnych zmian już bym nie zniosła...


A gdyby tak jeszcze raz
widzieć piękno w zwykłych rzeczach?...

niedziela, 4 września 2011

4. (92)

Przyjaźń nie chodzi po ulicach. Przyjaźń nie fruwa samolotami. Przyjaźni nie zobaczysz oczami. Przyjaźń trzeba poczuć, by ją zrozumieć. Rozumieć ją jako coś więcej niż ośmioliterowy wyraz. Ta prawdziwa wytrzymuje lata i stawia czoła kilometrom. Nic jej ni zniszczy, nic nie powstrzyma. W XXI wieku nie ma już takiej idealnej. Właściwie na każdej, bliższej czy dalszej znajomości można znaleźć jakieś szramy i rysy. Nie sztuką jest je jedynie zauważać. Sztuką jest szukanie niewidzialnego plasterka, którym rany można zakleić. Blizny zostaję, ale odpowiednio pielęgnowane - z czasem staną się coraz bledsze i niewyraźne. W normalnych okolicznościach napisałabym, jakim wielkim szczęściem jest dla mnie K. Ale nie napiszę. Bo dziś jest dzień z grupy wyjątkowych. Dzień, w którym muszę poświęcić kilka linijek jedynej, bliskiej mi Marynie.
Nie wiem, czy ona to czyta, czy nie. W jej życiu nie zawsze świeci słońce, a zegary nie stoją w miejscu. Ale nawet jeśli nie czyta, to wierzę głęboko, że myśli o mnie, tak samo, jak ja o niej.
Ja - Krynka, cicha miejscowość (żeby nie powiedzieć wieś) w okolicach Siedlec, Łukowa. Ona - Przemyśl, piękne miasto, znane mi, niestety, tylko z pocztówek i zdjęć.
Kilkaset kilometrów. Rok bez chociażby jednego spotkania. I to wytrwałe czekanie do wakacji. Do spotkania. Do "tempo Krynka", do "łoj" i innych przebojów, które zna tylko nasza dwójka.
Kiedy wspominam nasze pierwsze spotkanie, mimowolnie zaczynam wierzyć w przeznaczenie. Tylko los mógł sprawić, że prababcią Tyni jest moja sąsiadka. Tylko ten fakt ściągał ją tu, do Krynki. Ten niby szczegół pozwolił nam odkryć, jak piękne są dzieła przypadku. Przecież wystarczyłoby, abym wyjechała w czasie jej pobytu na wsi, przecież mogłam po prostu nie podchodzić, nie zapoznawać się.
Teraz wiem, jak wielki błąd bym popełniła. Wtedy nie mogłam tego zrozumieć. Miałam kilka lat. Chyba 8. Nie interesowało ciche szeptanie i chichotanie na każdym kroku. Teraz dziękuję Bogu. Wzbogacił moje życie. Na nowo.
Muszę nauczyć się dostrzegać to częściej. Nie tylko w urodziny przyjaciół. Nie tylko.
Zawsze.
Zawsze jest ktoś obok.
Zawsze. Wystarczy się rozejrzeć, a nie kryć twarz w dłoniach.


.Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, 
gdy nasze skrzydła zapomniały jak latać.

sobota, 3 września 2011

3 (91)

Ludzie pozbawieni są umiejętności rozmowy. Takiej zwykłej, prostej rozmowy. Znam to. Z własnego doświadczenia. Wymiana zdań momentalnie przeobraża się w ostre krzyki i wulgarne słowa wplecione w treść. Teraz już wiem, jak nad sobą panować, ale innych nie jestem w stanie kontrolować. A szkoda. Bo to boli... Boli świadomość, że być może pod wpływem emocji ta druga osoba wykrzykuje mówi po prostu prawdę... Staram się nie wpadać w gniew, ale gdy słyszę biegnące w moją stronę wyrażenia typu "pieprzona idiotka" albo "pyskata gówniara", to mimowolnie, tam, w środku, coś we mnie pęka. Niczym pęknięcie biegnące wzdłuż ściany, tak i szrama na sercu, duszy. Paradoksalnie, kiedy się staram, nikt mnie nie docenia. Nikt... Zniechęcenie perfekcyjne.
Dlaczego tak jest? Dlaczego na jakąkolwiek krytykę czy uwagę reakcja niemal zawsze jest taka sama? Dlaczego ranimy się nawzajem, nie znając umiaru?
Sumienie.
Ostatnio często się do mnie odzywa. Nawet w idiotycznych sytuacjach. Dręczy mnie, gdy nie pogłaszczę milusińskiego kota. To samo w sobie jest dla mnie jakby sygnałem ostrzegawczym. Znam już przecież ten dręczący głos w głowie... Myślałam, że opuścił mnie - tym razem na zawsze. A jednak. Mam w sobie krztę człowieczeństwa.
Nie w tym rzecz.
Niepokojąco wraca do mnie przeszłość. Albo ja do niej. Początek roku szkolnego zawsze był dla mnie okazją do zmiany. Noworoczne postanowienia - to chyba zna każdy. Ja jednak ruszyłam o krok dalej. Nie tylko staram się nadać życiu nieco ogłady, ale też wiernie dotrzymuję danych sobie obietnic. Może także nieco kryję się z emocjami, wyrzucam je do starego worka z wspomnieniami. Nieudolnie zgrywam kogoś, kto ma w nosie konsekwencje czy też opinie innych. Nieudolnie, bo z wielką trudnością. Walka z samą sobą to potwornie ciężkie wyzwanie. Stracona pozycja. Nie wiem, czemu to robię. Chcę się zmienić. Kończy się to tylko płytką, nietrwałą przemianą. W środku nadal mam w sobie coś z samotnika. Mam w sobie skłonność do płaczu, mam wrażliwe usposobienie i boję się świata. Ot, cała ja, w kilku słowach. Cierpiąca już tylko wewnątrz. Zamknięta na kilka spustów. Ciężko się żyje z nadbagażem uczuć, skrycie chowanych przed światem. Łzy ocierane szybko skrawkiem rękawa palą dwukrotnie bardziej, niż kiedyś. Nie umiem się z tym pogodzić. Nie umiem zaakceptować swojego "ja". Dobrze, że przynajmniej dostrzegam wady mojej diametralnej zmiany. Dobrze, że tu, w pustym, ciemnych pokoju umiem wyznać prawdę jasnemu ekranowi komputera, klikając leniwie w klawisze. Dobrze, że on nie widzi moich zaszklonych oczu...


Kocham być tu, w tym miejscu
doskonaląc swoją znieczulicę.

piątek, 2 września 2011

2. (90)

Nie umiem pisać optymistycznych postów. Przyzwyczaiłam się do monotonnej ciszy wymieszanej z samotnością. Aż do chwili, gdy... zrozumiałam, co jest moim celem. KTO jest moim celem. Ktoś, kto nawet w myślach pojawia się nieproszony, a w snach gra pierwszoplanowe role. Ktoś, o kogo warto zabiegać, nawet jeśli serce zagłusza rozum bądź na odwrót. Przyświecała mi myśl o uczuciu nazywanym miłością. Teraz zastanawiam się, co było ważniejsze. On, czy słodka myśl "na świecie jest ktoś, komu na mnie cholernie zależy". Ze wstydem muszę postawić się po stronie drugiej opcji. Kierowała mną chęć kochania i bycia kochaną. Chęć walki o to, co naiwni nazywają szczęściem. Teraz również zaliczam się do grupy idiotów wierzących w wieczny uśmiech, ale, co mi tam. Nic nie tracę.
Śmiem widzieć w nim sens wszystkiego. Śmiem wiązać z nim wszystko, co piękne. Cieszy mnie to i przeraża jednocześnie. Podobno wszystko, co dobre szybko się kończy. Co się wtedy ze mną stanie?
O Boże...
Okropna myśl.
Przyprawiająca o dreszcze.
Teraz jesteśmy my. Ale bez ciebie moje imię brzmi tak słabo. Tak... bezradnie. Natalka. natalka. natalka. natalka.
Co ze mną będzie? Zniknę?

Dosyć.
Przyszłość zostawiam w rękach bogów.

 
-Jesteś?
-Jestem.
-Zostań. Na zawsze.
-Zostanę.

czwartek, 1 września 2011

1. (89)

I oto mamy 1 września.
Bo tak podobno nazywają pieszczotliwe wrota do piekła.
Witam w nowym rozdziale.
Przywitaj się grzecznie z nową Natalką.

niedziela, 7 sierpnia 2011

3. (88)

Właściwie dopiero teraz zaczynam widzieć jakiekolwiek różnice pomiędzy przyjaźnią a "przyjaźnią". Pomiędzy jednym a drugim jest przepaść, której opisać nie umiem. Pluję sobie w oczy, bo przecież, na Boga, jak mogłam być tak ślepa?! Jak mogłam brnąć w tą ciemność, nie przewidując konsekwencji?! A teraz masz, idiotko, zachowujesz się, jakbyś miała za mało problemów.
Właściwie tą ciemność mogę zabić jednym, stanowczo wypowiedzianym słowem.
Koniec.
Tradycyjnie, wydawało to się niemalże proste. Ale nie jest. Boję się szczerości, zwłaszcza ze względu na to, że zabijając ciemność, zabiję wszystko, co pozwalało mi w tym mroku przetrwać. Choć są chwile, o których chciałabym zapomnieć, to miłość znosi je na drugi plan. Mimo woli zapominam o bólu, zapominam o bezczelnym kopaniu leżącego. Chciałabym przeszłość oddzielić grubą kreską. Ale nie potrafię, za mało we mnie siły, wspomnienia są przecież ważne, bez względu na ich jakość. Teraz, nawet gdy nie chcę, to na pierwszy plan zawsze wchodzą momenty pełne śmiechu, szczęścia i szaleństwa. Momenty, w których problemy rozrywał porywisty podmuch błogiego stanu upojenia obecnością tej drugiej osoby. Tak jest na początku. A potem przed oczami stają rozmowy składające się zaledwie z przywitania i następującego zaraz po nim pożegnania, cisza wymieszana z głuchymi słowami. Mam to skończyć? Zrób to, jeżeli jesteś na 100% pewna, po co potem żałować. Czyli wszystko jasne. Ale nie mogę tego zrobić. Jeszcze nie teraz, nie mam 100%-owej pewności. Pieprzona nadzieja wciąż powtarza spokojnie dwa słowa "druga szansa". Okej, druga. A ta która by była? Dziesiąta? Dwunasta? Setna?
W mojej głowie toczy się walka na trzy fronty. Z jednej strony serce, z drugiej rozum, pośrodku sumienie. Równe szanse. Czy aby na pewno? Odnoszę wrażenie, jakby rozum wyjątkowo królował. To nie w moim stylu. Zawsze dominowało serce. Choć... Zawsze? To niebezpieczne słowo. Dobrze, więc nie zawsze. Zazwyczaj. Często. Czasami...
Teraz jest inaczej. Nie rządzą mną żadne uczucia. Żaden strach, ból, nie ma żalu, tęsknoty. Straciłam coś? Nie. Jest tak, jak było. Jeżeli coś zniknie, to jedynie obcy mi człowiek, z niewiadomych powodów nazywany moim przyjacielem. Ktoś, kto wie o mnie mniej niż ksiądz proboszcz. Ha, zabawne. Ciekawe, czy pamiętasz, jak była mowa o przyjaźni do grobowej deski. Zapewne umknął ci ten moment. Tak jak umknęłam ci i ja. Wybacz, cokolwiek ci zrobiłam. Nie jestem niewinna, ale to ty jesteś katem, to ty trzymasz ostrze nad nicią naszej więzi. No uderz.
Zabij mnie.
Szybko.


Czy ja przypominam ci jakąś zabawkę?
Hę?

środa, 3 sierpnia 2011

2. (87)

Właściwie nawet nie wiem, co napisać. Właściwie nawet nie wiem, jak się dziś czuję, kim dziś jestem, czy się uśmiecham, czy nie. Brakuje mi dziś kogoś, kto mi powie, czy się śmieję. Bo stałam się głucha na samą siebie.


Ale co się będę nad sobą użalać. Przecież nie wiem, co napisać.

wtorek, 2 sierpnia 2011

1. (86)

Zbyt bardzo poczułam się optymistką. Chwila uniesienia tylko spotęgowała bolesność upadku i czas spadania. Wróciłam na ziemię, boleśnie tłukąc kolana. Czar prysł. Rozlało się woda z mydłem, z której to dmuchaliśmy piękne, barwne jak tęcza przeźroczyste obłoczki. Zapada ciemność, słońce kryje się za nieprawdopodobnie ogromną chmurą nieszczęść. Jeżeli teraz zacznie na nas padać zimny, przyprawiający o dreszcze potok kropel, to może się okazać, że końca nie będzie. Poddaję się? Nie, przecież nic takiego nie powiedziałam. Raczej jest na odwrót. Boję się, boję się swoich reakcji. Zbyt bardzo mi zależy, by teraz kaprysy losu wszystko popsuły. Nie pozwolę odebrać sobie marzeń, radości z chwil, nie pozwolę, nie oddam, nie daruję. Najłatwiej jest wymagać od innych dojrzałości, podczas gdy sami oskarżyciele zawstydziliby nawet dzieci swoją bezmyślnością. Dość niesprawiedliwości. Właśnie tego się boję. Wybuchu, którego efektem będzie (bez)sensowny bełkot poświęcony wytykaniu błędów innym i ich brutalne uświadamianie. Boję się też swojej upośledzonej umiejętności patrzenia w przyszłość. Rzadko kiedy w mojej głowie pojawia się słowo "konsekwencje". Coraz częściej zaś dostrzegam moją nienawiść do porażek. Nie potrafię uczyć się na błędach. Wciąż brnę pod górę, na pionową skałę, choć z drugiej strony jest łagodny stok. Nie docierają do mnie rady płynące z serca, w moich uszach w niezrozumiany sposób zachodzi proces, w którym to do każdego usłyszanego słowa dosypuje się szczyptę ironii. Sarkazm przyprawia mnie o chorobę duszy i ciała.
Zresztą, to nie jest dobra pora na zwierzenia. Zaczynam plątać się we własnych słowach. Adiou!


Do pięciu liczę - znikaj.

sobota, 30 lipca 2011

14. (85)

Wraz z upływem czasu zaczynam widzieć jakby nowe barwy. Żywe, radosne, ciepłe. Natłok zajęć nie pozwala mi się użalać i doszukiwać wad w dziele stworzenia. Ale dochodzę do, hm, dość niepasujących do mnie wniosków: Ostatnio polubiłam pracę, jakąkolwiek, czy to odkurzanie, czy składanie dwumetrowego wzgórza usypanego z upranych ubrań. Staram się dostrzegać pozytywy wszędzie, choć nie zawsze mi się udaje. Staram się... Właściwe sama dziwię się jeszcze temu słowu, zwłaszcza jeżeli wychodzi ono spod moich palców lub z moich ust. Z natury swojej unika(ła)m starania się i jakichkolwiek prób poprawy sytuacji. Zmieniłam się? Myślę, że tak. Albo inaczej: nadal przechodzę metamorfozę. Tak, jestem pewna, zmianę na lepsze. Nie, nie dążę do ideału. Raz już zeszłam na tą drogę. I nie chcę tego powtarzać. Chciałabym stać się nieco bardziej sobą. Ale o przeszłości nie da się zapomnieć. I nawet czas tego nie zmieni. Na zawsze gdzieś na mym sercu będzie szrama, a dusza będzie ociekała łzami. W pewnym sensie to już na zawsze stało się częścią mnie - melancholia, może i pesymizm. Być może akurat teraz jestem na wzgórzu. Prędzej czy później stoczę się ponownie na dno. Wspinaczka jest trudna. Zwłaszcza, jeśli nikt nie chcę\e podać dłoni... Teraz już mam kogoś, kto pomoże mi wstać. I chyba tak zostanie.


Nadzieja wcale nie umiera ostatnia.
Nadzieja nie umiera nigdy.

czwartek, 28 lipca 2011

13. ( 84)

Wstąpiła we mnie ogromna ilość pozytywnej energii. Nawet nie wiem, czemu to zawdzięczam. I nie potrzebuję już połowicznej miłości, uczucia płynącego tylko z jednej strony. Trzeba mi kogoś, kto naprawdę będzie się starał. Życie jest za krótkie, by marnować czas na fałszywe, przelotne miłości bądź przyjaźnie. Od dziś obiecuję sobie, że nie będę dostępna dla ogółu. Nie wszyscy mogą odegrać jakąś rolę w moim życiu. Nie piszę tego z przekąsem czy zgryźliwością. Ja po prostu nie chcę odczuć smaku niespełnienia. Serca młodych ludzi z dnia na dzień są coraz głupsze. Nie mogę pozwolić sobie na takie zlodowacenie.  Nasze pokolenie potrafi bez skrupułów mówić słowo "koniec". Teraz jednak jestem już pewna swojego zdania - tylko TY zasługujesz na posiadanie klucza do mojego serca. Tylko TY. Czas przestać dążyć do perfekcji. Nikt nie zdołał jej osiągnąć, więc dlaczego mi miałoby się udać? Nadzieja ma sens -ale w umiarkowanych ilościach. Tylko dawkowana stopniowo pozwala na racjonalne myślenie. Ja zbyt często nie spożywałam jej wcale, widząc tylko ciemność, albo też, na odwrót, zachłystywałam się nią i łapczywie łykałam - tylko po to, by na moment poczuć się jak na utkanej z waty chmurce. Przecież zamiast tego mogłam się uśmiechnąć i pozwolić, by Słońce dotknęło mnie swymi ciepłymi promykami. Ale nie, bo najprostsze rozwiązania oczywiście nigdy nie są dla mnie widoczne.
Czas się obudzić.
Nie uratujemy świata, nie będziemy bohaterami w swoim domu, nie spadnie nam gwiazdka z nieba, doba nie będzie trwała dłużej, a noc nadal pozostanie ciemna, życie krótkie, a pogrzeby smutne.
Dlatego uśmiechnij się teraz. I bądź tylko sobą. Nikim innym.
Przestań dążyć do perfekcji.
BĄDŹ SOBĄ!

wtorek, 26 lipca 2011

12. (83)

Cisza. Lecznicza, kojąca, lekka. Cisza. Tak przyjemna, jak kostki lodu przyłożone do rozgrzanych skroni. Uwielbiam te wieczorowo-nocne chwile przeznaczane na myślenie o niczym. Nic nie czując, wpatruję się w ścianę i bywa, że nawet dostrzegam światełko nadziei. Nikłe, wyblakłe, ledwo żywe - ale jednak. Płomyk potrafi mnie wzruszyć mnie i wycisnąć z oka mimowolną łzę. Szkoda tylko, iż ta oto kropelka słonej wody w okamgnieniu gasi szansę na lepsze jutro. Wraz z zapadającą ciemnością duszy zaczynam wracać z zaświatów. I kiedy już jestem tu, w szarym świecie, przyodzianym codziennością, wiem jedno - tak naprawdę nic nie zależy ode mnie. Moje życie toczy się tak, jak gdyby kierowało nim Przeznaczenie, i to z zamkniętymi oczyma. Jedyne, co ja mogę zrobić, to wstając rano z łóżka, wyszeptać "Bądź silna". Wydaje się, prosty przepis na uniknięcie potoku łez i zawodzenia duszy. I zapewne można się spodziewać, nie jest to łatwe. Bo jak, pytam się, jak bez mrugnięcia powiek zabić własnoręcznie żyjącą w człowieku wrażliwość? Jak pozbyć się jakichkolwiek oznak odczuwania emocji? Jak wyrzucić z siebie okruch humanizmu? Równie dobrze mogłabym próbować przekopać Ziemię na wylot. Co by się stało? Spaliłabym się. Zresztą, wewnętrznie jestem już bliska tego stanu. Wypalam się, jak papieros. Kończy się to, co miało być zwane Szczęściem. Dzieciństwo inaczej? Nie, nie, okres beztroskiego rozkwitania dawno się ze mną pożegnał. Teraz właściwie stoją na granicy pomiędzy wymaganą ode mnie dorosłością a młodzieńczym buntem. Prawie wcale nie stawiam kroków w przód. Oglądam się za siebie, gubiąc skromną łzę. Tak bardzo chciałabym znaleźć sposób na cofanie czasu... Być może wówczas nie stałoby się to, co się stało. A ja nadal śmiałabym się do słońca. Swoją drogą, teraz to i tak niemożliwe. Złowrogo ciemne chmury przysłoniły mi uosobienie radości. Wszystko jakby wygasło, zbladło, zmarniało. To już nie jest to samo, co kiedyś. Szybciej się poddajemy, rezygnujemy z marzeń. Co jest, co się dzieje? Czyżby nasze pokolenie miało we krwi porażkę?...
"Bądź silna".
Bądź silna, by móc wstać po kolejnym upadku, dopowiadam w myślach.
Bądź silna, tylko w ten sposób uda ci się przeżyć pośród szerzącego się duchowego kanibalizmu.
Bądź silna, do cholery! to brzmi lepiej niż "Jesteś nikim"...


Aby zapomnieć,
trzeba umrzeć.
Dlatego nie karz mi zapomnieć.
Wyrok śmierci z Twoich ust
boli mnie
bardziej niż powolne przecinanie skóry.

poniedziałek, 25 lipca 2011

11. (82)

I tak oto wczoraj strzeliła mi piętnastka. I już sama nie wiem, co czuję. Powinnam się cieszyć. Powinnam nazywać to kolejnym krokiem w stronę dorosłości. Ale to tylko kolejna porażka. Zresztą, jak się cieszyć, gdy połowa tych, co powinni pamiętać - nie pamiętała? Albo jeśli treść życzeń brzmi "Żebyś była lepsza, niż jesteś"? I kiedy ktoś karci cię za bycie sobą?
Powinnam się cieszyć... A to ci dopiero...
Dobrze, kochani bliżsi i dalsi! Będę nadal udawać. Dziękuję za motywację. Dziękuję za powolne zabijanie mojej osobowości.

piątek, 15 lipca 2011

środa, 13 lipca 2011

9. (80)

Życie wcale nie jest takie złe. Świat staje się piękny, jeżeli tylko spojrzymy na niego z innej perspektywy. Ludzie bywają wredni, bo tak naprawdę wołają o pomoc i zrozumienie. Trzeba ich tylko poznać, zajrzeć do ich wnętrza, pomóc im w zrzuceniu skorupy utkanej z egoizmu i kłamstwa. Przyjaciele rzadko kiedy rzeczywiście są fałszywi, zazwyczaj to właśnie my takich z nich robimy. Miłość nie musi wiązać się z cierpieniem. A wady z natury swojej skazane są na przemijanie. Dominują nad nimi liczne zalety, znacznie bardziej widoczne w tłumie.
Wszystko jest proste. Jeśli tylko się chce. Jeśli na dnie umysłu niespokojnie śpi płomyk nadziei - wówczas naprawdę może się udać. Wiara czyni cuda - nie tylko ta wiara w Boga, ale też w małe, niepozorne rzeczy niosące radość. Uśmiech jest jednym z tych cudów. Spotykany na co dzień, a tak niedoceniany. Tak wiele wnosi do naszej egzystencji. Czas go dostrzec i pokochać. Nauczyć się go dawać. Poznać i zrozumieć jego magiczną wartość. Z uśmiechem na twarzy łatwiej się idzie przez świat. Kłody rzucone pod nogi same znikają. Słońce śmiało oświetla drogę, deszcze jest tylko ciepły i przyjemny, tęcza nieustannie mu towarzyszy. Wszystko będzie dobrze. Wszystko się ułoży - lepiej, czy gorzej, zawsze jednak. Siła tkwi w ludziach, nie rzeczach. Siła tkwi w duszy, nie ciele. Siła jest tylko kwestią wewnętrznej równowagi. Wszytko zależy od nas samych. My - nikt inny - mamy w rękach klucz do szczęścia. Spójrz w dłoń. Co widzisz? Tak, tylko dłoń. Bo kluczem jesteś ty sam. Postaraj się odnaleźć to szczęście w sobie. Tam jest jego źródło. Tam żyje spokój. Tam jest ukojenie. Wsłuchaj się w siebie. Zobacz, jaki świat jest piękny. Ja to zobaczyłam. Poczułam. Zrozumiałam. Odnalazłam. Szkoda tylko że...
To był tylko sen.
Nie jest w porządku, nic się nie ułoży, nie mam siły, nie mam uśmiechu, nie mam wystarczająco nadziei. Strach ogarnia moją duszę.
Nic nie jest w porządku.
Nie wierz w sny. To iluzja. Wytwór półkuli, która nie do końca jest wiarygodna.
Nie wierz w sny.
Sny w rzeczywistości nie istnieją.


Uciekaj.
Świat cię zabija.
Uciekaj...
Sam siebie zabijasz...

poniedziałek, 11 lipca 2011

8. (79)

Najważniejsze to umieć postawić się na miejscu drugiego człowieka. Najważniejsze to nauczyć się zaprzestania zadawania bólu. Najważniejsze to dzielne jego znoszenie.
Z dziwną lekkością to piszę. Przecież każde z tych zdań mnie dotyczy. Każde w jakiś sposób jest problemem. Lecz nie boję się już tego. Nie boję się bólu. Przywykłam. Najgorszy jest moment, gdy uśmiech nagle spełza z twarzy. Zaraz potem cisza. Zewnętrznie wszystko szybko wraca do normy. Wewnętrznie... Cóż, pozostawię to bez komentarza.
Mam teraz czas na uporządkowanie. Przede wszystkim siebie. I swojego życia. Mam czas na spokój ukryty w realizowaniu marzeń, rozwijaniu pasji. Cóż z tego, że telefon milczy? To może i lepiej. Wraz z pewnymi ludźmi znikną problemy. Tymczasem ja postaram się otworzyć na nowe doznania i przeżycia. Zatracę się zupełnie w szumie morskich fal i delikatnym dotyku promyków słońca. Z niechęcią będę wracać. Do szarej codzienności. Do szarych ludzi. Do życia bez większych powodów do uśmiechu. Do trudnej sztuki udawania.
Zdecydowanie wiele się zmieniło. Jeszcze nie umiem powiedzieć, czy na lepsze. Zbyt wcześnie wyciągam wnioski. Za szybko oczekuję diametralnych zmian.
Czasem wystarczy tylko czyjąś dłoń.
Czasem wystarczy tylko sekunda razem.
Szkoda, że wszyscy chowają dłonie w kieszeniach i wiecznie gdzieś gonią...


Na Boga, dokąd my zmierzamy...?

niedziela, 10 lipca 2011

7. (78)

Czuję się odmieniona. Wyjazd do Lichenia dał mi naprawdę wiele. To nie tylko czas spędzony z bliskimi ludźmi, ale też połączenie pożytecznego z przyjemnym. Śmiech i łzy. Będę to niezmiernie miło wspominać. Będę pamiętać złowrogi cień flagi o 23.00, będę pamiętać tego księdza, będę pamiętać "inteligentne" rozmowy w autobusie. To wszystko działa na mnie leczniczo. Dawno się tak nie śmiałam. Dawno nie byłam aż tak do bólu sobą.
Nie do końca wszystko się już ułożyło. W głowie nadal kołacze mi się mnóstwo problemów. Jest jeszcze mnóstwo spraw do wyjaśnienia. Ale nie teraz. Nie miejsce, nie pora. Dosyć wybiegania w przyszłość. Jak to mówi moja babcia "Ja pierdolę, ale faza!".
Zaczynam odzyskiwać wiarę w te wakacje. Zaczęły się niezdarnie, no, ale przecież początki zawsze są trudne. Teraz nie żałuję, że wyszło tak, jak wyszło. Przestałam też histeryzować i wymagać od innych łaski. Jest wokół mnie mnóstwo ludzi. I racja, lepiej nie szukać sobie osoby pełniącej rolę pępka świata. Wszystko zależy tylko ode mnie. I to ja zadecyduję, z kim będę "marnować" czas.
Co teraz myślisz?
Pewnie coś w stylu "Ale mnie załatwiła. Zrobiła to samo, za co ja dostałam kazanie!".
Cóż...
Witamy w klubie egoistów.





Mua.

środa, 6 lipca 2011

6. (77)

Czasem nawet anioły porzucają swoje skrzydła. Albo też dopiero dla innych je zakładają.
Kompletnie nie wiem, co myśleć. Przeraża mnie to wszystko. Przeraża mnie świadomość, że nagle zabrana mi będzie wszelka radość z życia. Niczym ograniczony dopływ tlenu.
Nagle stałam się złamana. Pokonana, bezsilna, leżę na poplamionej krwią ziemi i nie potrafię się podnieść. Nie, wcale nie pogodziłam się z losem. Nadal nie wyobrażam sobie kolejnych dni. Nie wiem, czy zdołam to wytrzymać. Byłam już tak bliska szczęścia. Już je czułam, niemal miałam. Aż tu nagle "trach". Runęła drabina do nieba. Skończyło się, nie ma już codziennych spotkań, śmiechu, rozmów o wszystkim i niczym. Podobnie rozpoczęło się niszczenie relacji z Majką. I tego się obawiam.
Choć, tak na serio, powinnam się cieszyć, że ktoś taki jak ty w ogóle zwrócił na mnie uwagę. Powinnam błagać na kolanach, by ktoś taki jak ty nadal przy mnie był. Właśnie, ktoś taki jak ty, czyli... jaki? Idealny? Nie, aż tak nie. Niemal idealny. Niczym lek na poszarpane serce. Dar od Boga. Ktoś, kogo kocham, pragnę i potrzebuję. Ktoś, kto zajmuje w moim życiu najważniejsze miejsce. Ktoś, na kogo punkcie mam obsesję.
I wszystko ładnie, pięknie. Ale tego kogoś teraz nagle... nie ma. A wraz z nim przestaje istnieć jakikolwiek sens. Przestaje istnieć nadzieja.
Wiem, nie powinnam tak pisać. Przecież jesteś... Ale już nie tylko dla mnie. Muszę się z tym oswoić, na razie nie potrafię pojąć całej tej sytuacji. To dla nas próba. Niezmiernie trudna, przynajmniej dla mnie. To dla mnie test, sprawdzający, czy rzeczywiście cię kocham i będę na tyle ślina, bo uszanować twoją decyzję. Póki co, potykam się, nie idzie mi za dobrze.
Przepraszam.


Daję ci moje serce.
Hm... A właściwie dałam ci je już dawno.
Nie wiem tylko, co z nim zrobisz...

wtorek, 5 lipca 2011

5. (76)

I znów jestem karana za... właściwie nie wiem, za co. Nie wiem, cóż takiego zrobiłam. Nie wiem, za co została zastosowana wobec mnie taka ignorancja. Nikt nawet nie spytał mnie o zdanie. Nie pozwolił wyjaśnić. Dlaczego? Po to ,by teraz przez kilka dni nie rozmawiać? Naprawdę, szczytny cel. I teraz to nie ja pierwsza będę przepraszać. Nic nie zrobiłam. To nie ja czepiam się o byle co i nie pozwalam "oskarżonego" dopuścić do rozmowy. Nie czuję się winna. Czuję się... źle. Znów zostałam brutalnie zakopana żywcem, zrównana z ziemią.
Znów moje uczucia się nie liczą - tak, mam jeszcze uczucia! Jest za późna na odkręcenie tego - stało się. Teraz okaże się, czy jesteśmy wystarczająco dorosłe, by po ludzku to rozwiązać...
Jestem coraz bardziej nerwowa, niespokojna. Te wakacje odbiegają od mojego ideału. I nie chodzi mi tu o brak zajęć czy pogodę. Po prostu pewni ludzie traktują mnie nie tak, jak traktować powinni. I co ja mam zrobić? Naprawiać samą siebie, czy te osoby? Od czego zacząć? Jak pozbierać te rozbite na miliony kawałków serce z lodu? Pozostaje mi tylko położyć się i zapaść w niespokojny sen. Przepraszam za wszystko, co spieszyłam. Przepraszam z humorki i błędy. Nie zasługuję na przebaczenie. Usnę i zapomnę. A potem znów ktoś zgoni mnie z łóżka i będzie kazał udawać. Wiem, że nie uda mi się zmienić deszczu w słońce. Na zawsze będę tylko nudną Natalką z małej miejscowości. Mogę tylko przepraszać. Tylko to umiem robić tak, by nic nie schrzanić. Bo przecież niszczenie czegoś wychodzi mi perfekcyjnie.
Wszystko co mam, to właśnie ludzie. Oni jednak powoli mnie zostawiają, gęsiego. Boję się tych słów, ale... Przeraża mnie świadomość, że kiedyś mogę zostać całkiem sama, nawet bez tych najnajnajbliższych. Nie będę mogła wtedy żyć. Dlatego brońcie mnie od rzeczy, które mogłyby mnie zabić. Wiem, że nie mogę tego zrobić. Wiem, że cierpienie ma sens. Nie znam go, lecz wierzę. Nie mam wyboru.
Raz jeszcze przepraszam. Nie panuję nad sobą, muszę wrócić do antydepresantów. Muszę na nowo leczyć się farmakologicznie. Łykać sztuczny uśmiech. A, no i oczywiście leczyć się ostrością mojej małej znajomej.
Przepraszam za to, jaka jestem.
Przepraszam za to, jaka byłam.
Przepraszam za to, jaka będę.
Przepraszam za wszystko.
Nie zmienię się... Nie umiem...
Zbyt mało we mnie sił i motywacji... Dla kogo mam się zmieniać? Dla powietrza? I ono może mnie zdradzić...


Łzy wypalają moje oczy.

poniedziałek, 4 lipca 2011

4. (75)

Wbijam mocno paznokcie w twardy blat biurka. Jestem dziś nieswoja. Bez powodu poddenerwowana. Wszystko mnie dobija. Odnoszę wrażenie, że nawet rodzeństwo specjalnie robi mi na złość. Nie układa się po mojej myśli. Życie na tym zimnym świecie jest wyniszczające. Każdy dzień staje się wędrówką pod niewiarygodnie stromą górę. I... tak naprawdę każdy ma swoje własne wzgórze. Nie ma ludzi, których los rzucił na prostką, brukowaną drogę. Są też doliny i przepaście, zazwyczaj stworzone właśnie przez ludzi. Nie widzę w tym sensu. Przecież metą i tak będzie start. Zaświaty. Miejsce, z którego pochodzimy. Miejsce, potocznie opisywane słowem "raj". Zaiste, musi tam być przyjemnie. Tutaj nieustannie pada deszcz łez. A noce przypominają jesienną melancholię. Czasem ciężko mi w takich warunkach zasnąć. Sięgam wtedy po książkę i staram się odpędzić złe myśli. Ale one się nie poddają - wracają prędzej, niż się spodziewam. Zauważyłam, że zatracam się bezpowrotnie w głupim rozmyślaniu. Zabawa w filozofa? Być może. Nie mam z tego żadnych korzyści. Jest tylko gorzej. Żyję w skorupie bez duszy. Jak sparaliżowana. Staram się - bez efektów. Skazano mnie na porażkę - bo w siebie nie wierzę. Nie umiem. Nie próbuję. Bo wiem, że wszystko, co robię, robię źle. Albo... niewystarczająco dobrze. Każdy komplement jest ironią, każde poniżenie standardem dziennym. Rzadko używam swojego imienia. Nikt, zero, idiotka, pusta zdzira... Czyż to nie pasuje do mnie lepiej? Czy nie jestem idealnym obrazem tych słów?
Nie zaprzeczaj. Nikt nie zdoła mnie przekonać. Znam swoją wartość (albo raczej jej brak). Milczenie nauczyło mnie umiejętności godzenia się z rzeczywistością. Dlatego nie mam  do nikogo pretensji. Zerem zawsze się pomiatało. Ile to razy zgubiłeś jakieś w zadaniu z matematyki? Ile razy je zignorowałeś? Ile razy oszukałeś sam siebie, pisząc jedno zero za mało?
Widzisz? Jestem przyczyną problemów. Nie ma co o mnie zabiegać. Jeżeli już chcesz mnie odwiedzić, pomóc, to pamiętaj:
Weź ze sobą nóż i skończ mój ból...


Podaj mi jeden powód,
dla którego miałabym wrócić do życia.

sobota, 2 lipca 2011

3. (74)

Świat nigdy nie będzie taki, jak bym chciała. Ja też nigdy już nie będę sobą. Bo mnie nie ma. Nie istnieję. Został tylko strzępek nerwów i nieogarniętych myśli. Podobno nigdy nie jest za późno... Niestety, w moim przypadku czas na odwrót zdecydowanie minął. Teraz mogę tylko bardziej się pogrążać. Nie widzę innego wyjścia. Jest tylko gorzej. I coraz ciszej. Nie działają zwroty typu "zobaczysz, wszystko będzie dobrze". Puste słowa nic nie znaczą. Nigdy nie będzie dobrze! Nigdy.
Staram się przeżyć, staram się sprawiać dobre wrażenie. Staram się, lecz nie zawsze mi wychodzi. Efekty często mijają się z celem. Chciałabym usnąć. Ale wiem, że nie mogę. Podobno dla niektórych jestem ważna. Ale na świecie jest ok. 6 miliardów ludzi. Co ja jedna, takie małe dziewczę, mogę zmienić? Jestem małym pikselem w zdjęciu, okruszkiem. Niezauważalnym odłamkiem szkła - raniącym i zranionym. Jestem zagubiona. Myślę, że nawet osamotniona. Psychicznie słaba.
Wszystko właściwie zależy ode mnie. Tylko ja sama mogę zadecydować o swoim losie. Ale po ludzku mi się nie chce. Nawet nie próbuję - boję się porażek, odrzucenia. Boję się kolejnych upadków. To co, że dna już dotknęłam? Zawsze znajdzie się ktoś, kto przybiegnie z łopatą i zacznie kopać ziemię, by dół był jeszcze dłuższy i ciemniejszy. Do miejsca, gdzie się obecnie znajduję, słońce nie dochodzi. Powietrze także nie wywiązuje się z obowiązków. Zmysły przestają działać. Ogarnia mnie znieczulica.
Szczerze mówiąc, zazdroszczę innym odwagi. Ja jej nie posiadam. Mam płytką duszę. Unikam stanowczości. Wciąż się waham. Nie umiem podjąć ostatecznej decyzji, w moim "życiu" brak jakiegokolwiek ładu i składu. Gubię się w labiryncie uczuć. Czekam na zbawienie - i chyba się zawiodę. Nigdy nie poczuję ulgi. Nigdy nie znajdę w sobie wystarczająco siły, by zacząć walczyć. Nie uda mi się wrócić do oblicza Natalki. Teraz jestem zaledwie jej niedokładnym i postrzępionym cieniem. Czasu już nie cofnę. Podobno się nie da.
Definitywnie zakończyłam publiczne wołanie o pomoc. Teraz tylko tam, w środku czuję coś naprawdę. Nikt nie wie, jak jest. Nikt się nie dowie. Nikt nie zrozumie.
A czy ja rozumiem? Nie mam pewności. Momentami błądzę po swoim umyśle, szukając powodu smutku. Jeszcze nigdy nic nie znalazłam... Bo tak naprawdę często to wynika samo z siebie. A ja i tak zwalę to na obrzydliwą pogodę.
Ale czasem...
Często...
Zazwyczaj...
Prawie zawsze cierpię przez ludzi.
Nienawidzę was.
Za to, że zmuszacie mnie do czynów tak bezlitosnych i okropnych wobec mnie samej. Nienawidzę waszej obojętności. Nienawidzę was za to, że przez was teraz ja sama nienawidzę siebie.
Ale to i tak nic nie zmienia. Na świecie nadal jest kilka miliardów ludzi. Co ich wszystkich to obchodzi...?


Żyjemy na wielkiej kuli, wypełnionej wewnątrz ogniem.
Nazywamy się cywilizowanymi.
A nawet zwierzęta mają od nas więcej taktu.

piątek, 1 lipca 2011

2. (73)

Wiara jest mi potrzebna. Tak, wierzę w Boga. Wierzę, że jest ktoś tam, na górze. Mam nieopisaną nadzieję, że dla Stwórcy wcale nie jestem zerem, nikim. I może wcale nie powinnam żegnać się z tym światem. Przecież zawsze jakoś walczyłam z problemami, liczyłam na lepsze jutro. Miałam dość siły, by po bolesnym upadku wstać. Zaraz potem natychmiastowo i z łatwością zapomniałam o już rozwiązanych problemach. Teraz... stałam się niesłychanie krucha. Nie znam już znaczenia słowa "zapomnieć". Wszystko tkwi we mnie i męczy mnie, niczym drzazga wbita w palec. Teraz, gdy przypominam sobie ten ból... Pamiętam to, jakby wydarzyło się wczoraj. Wieczór, za oknem słoneczna pogodna. I krótka wiadomość "Mam to wszystko w dupie. Lepiej to urwać, niż ciągnąć dalej". Szok. Zawał duszy. Łzy.
Kołaczą mi się w głowie też inne chwile. Przykładowo, zimna marcowa noc i ja w roli głównej. Zapłakana, zmarznięta, robiąca brzuszki na zimnej podłodze. Wszytko w imię celu, obranego ideału. Albo biegająca po polach, jeszcze okrytych śniegiem, o 4.00. A w myślach mój wyśniony cel. Ile? Jak najmniej. Za jaką cenę?
Za bycie sobą.
Właśnie dlatego potrzebuję modlitwy. Ale nie klepanych różańców. Wolę w ciszy rozmawiać z Bogiem, nawet jeśli w rzeczywistości On wcale mnie nie słucha. Ewentualnie pogram sobie na gitarze i ponucę molowe piosenki religijne. To mi nie tyle pomaga, co uspokaja. Koi i daje, co prawda nikłe, szanse na normalny sen.
A potem się budzę.
I znów żyję, cicho krwawiąc.
I znów nie widzę barw.
Nadzieja znika, gdy jest mi potrzeba...


Musiałam sprawdzić w lustrze,
czy wciąż tu jestem.

1. (72)

Cisza. Wszyscy wyszli, zostawili mnie sam na sam z tą obrzydliwą pogodą. Deszcz głucho obija się o metalowe ścianki rynny, kapie bezmyślnie na brudny parapet. Tak, na efekty nie trzeba było długo czekać. Trzy krechy. Trzy powody. Bo nienawidzę siebie, bo nie jestem wymarzonym ideałem, bo wszyscy widzą tylko moje wady i nieustannie porównują mnie do innych. Tak, to to, o czym myślisz. Tak, przyjaźnię się z żyletką. Tak, zachowuję się jak rozwydrzony bachor.
Przydałby się spirytus salicylowy. Potęguje ból. Pomaga szybciej zapomnieć. Ale trudno, niedawno wykorzystałam ostatnie mililitry. Obędzie się i bez. Wystarczy, że dopięłam swego. Teraz mogę już przestać niespokojnie oddychać.
Niszczę się, wiem, doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Zrozumieć może mnie tylko ten, co także ratował się widokiem krwi i przenikliwym cierpieniem. Wszyscy pozostali... mogą myśleć, co tylko chcą. Dosyć mam wiecznego podporządkowywania się wymogom ludzkości. Póki co, nie chcę nic zmieniać. Tak jest dobrze. Nikt nic nie wie, nikt nie widzi. Sztuczny uśmiech, wieczna gra.
Po co cokolwiek zmieniać? Przyzwyczaiłam się do swojej roli. Nie przestanę udawać. Nie wiem, co mnie tak przy tym trzyma. Może świadomość, że jestem bardziej przebiegła i sprytna niż kiedyś. Bardziej... doświadczona.
"I coraz bardziej nieludzka...", podpowiada cicho głos sumienia.
A kim są niby ludzie? Nie chcę należeć do tego gatunku.
Zbyt wiele zła dosięga mnie ze strony ludzi.
Lepiej zostać egoistą i godzinami wpatrywać się w lustro.


Zaryglowałam drzwi,
już nikogo tu nie wpuszczam.
Serce nie jest domem do kupna.